Odwiedziny

Ocena: 
0
Brak głosów

– Boskie śniadanko! – oznajmiłem uroczyście karteczce na lodówce, z napisem Kocham Cię, drabie – od Ganny, kobiety, która znosiła moją mizantropię. I która zrobiła mi śniadanie. Zanurzyłem dobrze wypieczony tost w gorącym żółtku jaja na miękko. Mmm… A potem kawka. I whisky. Wszystko bez pośpiechu. Pełen komfort.

Ganna uciekła do pracy. Zołza. Nie miałem z kim leniuchować i zjeść reszty tos…

– Głupie pudło!

Sądziłem, że go wyłączyłem. Khe-khe, zakaszlałem – toster buchnął czarnym dymem. I wyskoczył z niego diabełek. Khe … CO?!

– Nie zajmę wiele czasu. Remigiusz Boruciak.

Diabełek. Czerwony, tłuściutki, z miniaturowymi błoniastymi skrzydełkami. Cholera, jednak nadmiar fantazji szkodzi. Nawet pisarzowi.

– Dwa tygodnie temu minął termin umowy. – Diablik podrapał się w tyłek i spojrzał wyczekująco.

– …!

– Cyrograf wygasł. Mija drugi tydzień, a pana żona nie uregulowała należności.

– Żona? Czyja? Stop! Jaki cyrograf…!  Spokojnie, stary, jesteś normalny, oddychaj… – dyskretnie uszczypnąłem się w udo pod szlafrokiem.

– Ech, ludzie… Nieświadomi siły słów... Ale pan? Pisarz?

Czart usadowił się okrakiem na tosterze i kontynuował z flegmą:

– Pani Ganna Izmanijłowa podpisała umowę półtora roku temu, w lipcu. Deklaracja brzmiała, cytuję: Niech mnie diabli wezmą, ale to będzie bestseller! Kojarzy pan? Ponieważ książka wyszła w pięciu tomach, cyrograf objął wszystkie. Do pakietu liczy się wena za okres…

Nie oszaleję, postanowiłem. Kiedy ten gadał swoje, wybierałem numer do Tobiasza. Potrzebowałem pomocy. Ganka, nie tylko partnerka, ale i agentka, na spotkaniu z wydawcą. Zostawał Tobi.

– No, siema. Co tam? Już wiem, co z trupem!

– Tobiasz, posłu…

– Trucizna jest trywialna, wpuszczę mu powietrze w żyły…

– TOBIASZ! Nie pieprz mi o twojej książce, ja mam świra!

– No tyle to wiem... Jak każdy fantasta.

– Słuchaj, gollumie jeden, mam zwidy. Prawdziwe. Z tostera wyszedł mi diabeł. A na prochach nie tworzę, whisky tylko.

– Zwidy? Za dużo czytasz.

– Tobi, przyjedź tu zaraz, błagam cię…

 

Przyjedzie, uff. Tobi był moim najlepszym kumplem, chociaż dzieliły nas poglądy na literaturę. Odłożyłem komórkę na stół, popatrzyłem na czarta. Niech tam. Obłęd to obłęd. Mogę iść w dialog z omamem. Wypytałem diabła o wszystko.

– I chcecie za to duszę Ganny?! A, po moim trupie!

– Dałoby się zro…

– To powiedzenie takie! – warknąłem – Żadna umowa!

– Przykro mi. Sukces już pan odniósł.

– To talent! Iskra boża!

– Jaka Boża, pan w Niego nie wierzy!

– Nic ci do tego, ty…!

Brumpff. Toster znów podejrzanie sapnął. Powoli rozprostowując skrzydełka, pierzaste tym razem, mały aniołek wytoczył się z kuchennego wahadłowca.

– Przykro mi, panie Boruciak. Kwestia „boskiego śniadanka” niweluje transakcję. Artykuł szesnasty, paragraf siódmy, ustęp trzeci: „Kto nawet mimochodem stwierdza obecność Stwórcy w świecie, używając słowa boski, nieświadomie nawołuje Jego imienia…”

– To znów wy, Świetlanowicz! Durnie! To było wzywanie imienia nadaremno, nie żadne stwierdzanie boskości, tfy! A zawołanie wiążące wyszło od jego żony!

– Nie mamy ślubu – omieszkałem się wtrącić.

– Widzi pan, Boruciak? Nie żyją w małżeństwie, tylko w konkubinacie. W takim razie nie można podpisać cyrografu za małżonka!

– Co się tu dzieje? Ej, stary, nagrywasz sobie dialogi? Całkiem dobra meto…

Ani się skapnąłem, jak Tobiasz wlazł do kuchni. Czyli Ganna znów nie zamknęła drzwi, roztrzepana jak zwykle.

Przez chwilę Tobiasz milczał. W końcu opadł na taboret i szepnął:

– Ale jaja…

Widział ich. Ulżyło mi. Czyli oszaleliśmy razem, jest siła, jest moc.

Goście kłócili się o paragrafy i poprawki, podczas gdy ja szeptem streszczałem koledze sprawę. Ten tylko kiwał głową.

– Masz wagę kuchenną? – zapytał w końcu.

– W szafie na korytarzu. – Nie pytałem, co wymyślił. Tobiasz miał patent na wszystko, jak detektyw Szaruga z jego książek.

– Zaczekaj tu. Pilnuj ich.

Nie było kogo pilnować. Przybysze darli koty. O mnie zapomnieli. Po chwili wrócił Tobiasz. Niósł oburącz wagę kuchenną, na której dumnie spoczywał… pęk kurzu. Literaci nie sprzątają zbyt często. Ale na co Tobiemu moje brudy?

– Panowie się nie kłócą. Oto moja dusza. Jestem gotów oddać przysługę koledze i koleżance. Proszę zważyć.

Spojrzałem na Tobiasza jak na idiotę, ale nic nie powiedziałem.

– Czy ustawa przewiduje zamianę…? – spytał anioł.

– Tak – niechętnie przyznał Boruciak. – Musi pan podpisać…

Nie wierzyłem własnym oczom. Jak urzeczony patrzyłem na mruczącego coś diabła, Tobiego gryzącego się w palec, gryzmolącego coś na pożółkłym świstku. Wszystko trwało ledwo kilka minut, po czym obaj posłańcy rozpłynęli się w eterze.

 

– Jak ty to…

Tobiasz roześmiał się.

– A ile waży dusza? Dwadzieścia jeden gramów. Nikt jej nigdy nie widział, co? No to wziąłem lekką kupkę kłaków i wio. Skoro obaj wyglądają jak z przesądu, uznałem, że nie są bystrzy. Zresztą, przed pisaniem pracowałem w marketingu. Wcisnąłem im kit, że to moja brudna dusza, wiesz, pełna grzechów i tak dalej… Mogę się poczęstować?

Capnął tost, wsadził prawie cały do ust.

– Whasająs do thego thupa…

 

Piekielny gość Tobiasza został bestsellerem.

Odpowiedzi

W zasadzie mi się podoba, ze swadą napisane, fajny styl.
Jeśli mnie coś gryzie, to brak solidnej puenty, ta co jest, jest na pół gwizdka. Może to wynika z pewnej niekonsekwencji.
Tobiasz proponuje konkretnie - jego duszę leżąca na wadze. Skąd pomysł, ze potrzebna jest dusza na wadze? Żona bohatera nie potrzebowała wagi ani ważenia, by zawrzeć umowę. Trochę to naciągane, przydałoby się lepiej uzasadnić.

Mam podobne wrażenie co Kruger. Jakby szort był tak naprawdę dłuższy i obcięty na wymogi konkursu. Brakuje uzasadnienia i trochę treści. Ale i mi się podoba.

Podobają mi się imiona diablika i anioła.

:)
Kurde, mam 3 dobre typy na punkt (1,3 i 4) i wielką zagwozdkę. Trudna decyzja :(

Zostawiłam punkt.
Tekst spodobał mi się ze względu na szczególnie lekki sposób pisania i ciekawy dobór słów. Treść jak treść, zabawna, ale nic nowego. W każdym razie przeczytałam z prawdziwą przyjemnością.

Zgodzę się z Seleną. Tekst napisany jest lekkim językiem i czyta się go bardzo przyjemnie. Miałam dość luźne skojarzenie z "Mistrzem i Małgorzatą". Diabeł i rosyjskie nazwiska. :)

Fajnie napisane, ale gdzieś mi tam fabularnie zgrzyta. Nawet mimo konwencji, w której takie niedociągnięcia nie powinny mieć znaczenia, zgrzyta. Ogólne wrażenia pozytywne, choć nie zaskoczyło, nie rozbawiło do łez. Tekst w temacie.
Pozdrawiam ;)

Fajne!