Tak jak powinno być

Ocena: 
5
Average: 5 (1 vote)

Rakieta z impetem przydzwoniła w lodową powierzchnie księżyca. Nim zatrzymała się, wyryła półkilometrowy ślad.

– Morawiecki! Jak sterujesz, bałwanie!

– Nie dało się inaczej, panie rotmistrzu – odpowiedział Morawiecki. – Straciliśmy dwa silniki. Dało się wylądować tylko na twardo.

– Niech wam będzie. Wszyscy cali?!

Z trzewi statku dobiegły głosy załogi.

– Tylko Krzysztofeczko oberwał w bark. Nie domknął szafki w kambuzie; przy lądowaniu wyleciał garnek i walnął z czterema gie przyspieszenia. Nic wielkiego, rana już opatrzona.

Rotmistrz Rayewicz spojrzał na wskaźniki. Tlenu mieli sporo, więc zapalił papierosa. Wyszedł z centrali. Za drzwiami, po lewej, znajdowało się stanowisko radiowca.

– Undziakiewicz, co w eterze? – zapytał.

– Odbieramy automatyczną stację namiarową na Hyperionie. Więcej nic. Baza na Tytanie wejdzie w nasz zasięg dopiero za siedemnaście godzin.

– I nikogo w pobliżu?

– Nikogo. Jest szansa, że kręci się tu gdzieś Drwęcki, ale raczej odleciał zaraz jak manewry skończyły.

Rayewicz strzepał popiół na podłogę. Opadał blisko pół minuty, wirując w powietrzu; grawitacja była tu słaba.

– Zarządzam ciszę radiową, dopóki nie wejdziemy w zasięg Tytana. Nie daj Boże Drwęcki jednak tu jest. Nie pozwolę, by ratował nas ten głupiec, byłby wtedy blamaż na cztery fajerki. W międzyczasie zobaczmy, co możemy zrobić sami. Janiak, zastąpisz Krzysztofeczkę i przygotujesz obiad. Morawiecki – ze mną, sprawdzić zbiorniki paliwa...

Nagle wtrącił się Undziakiewicz.

– Panie rotmistrzu, melduję, że złapałem słaby sygnał. Nadają z, chwileczkę... stąd, najdalej piętnaście kilometrów.

– Więc zrobimy inaczej. Undziakiewicz, na stanowisku, Janiak – obiad, reszta załogi skontroluje układy statku. Ja i Morawiecki idziemy na rekonesans.

Lodowy okruch, na którym wylądowali był jednym z wielu anonimowych księżyców pasterskich, które utrzymywały w stabilnej pozycji pierścienie Saturna. Pierścień „ich” księżyca, blady i wąski, stąd też nie wyglądał interesująco: wąski pasek mgiełki, upstrzony jaśniejszymi iskierkami przecinał horyzont. Saturna z tej półkuli (umownie mówiąc, bo księżyc przypominał kartofel) nie było widać, słońce zaś miało wzejść dopiero za kilka godzin, Rayewicz z Morawieckim musieli więc oświetlać sobie drogę latarkami. Szli ostrożnie, gdyż długie cienie ukrywały rozpadliny i inne nierówności terenu. W oddali gwiazdy zasłaniało wzniesienie. Według Undziakiewicza stamtąd dochodził sygnał.

Rzeczywiście, podnóże rozświetlała latarnia. Dokoła latarni stało kilkanaście standardowych cylindrycznych modułów mieszkalno-roboczych, jakich setki produkowano na potrzeby kolonizacji Układu. Moduły były polskiej produkcji, zauważył przez lornetkę Morawiecki. Na boku każdego widniał emblemat zakładów w Stalowej Woli.

Podeszli bliżej. Rotmistrz zadzwonił do drzwi śluzy największego modułu.

– Halo? – rozległ się głos w słuchawkach hełmu. – Z kim mam przyjemność?

– Mówi rotmistrz Stanisław Rayewicz z czwartego pułku ułanów międzyplanetarnych. Lądowaliśmy awaryjnie na tym księżycu. Potem złapaliśmy wasz sygnał, zatem uznałem, że warto przyjść poprosić o pomoc – wytłumaczył.

– Zapraszamy – głos wybuchł entuzjazmem. – Proszę wchodzić. Panie Moryc, pan się ruszy i chwyci ta wajcha. Nu, jak inaczej klienci do sklepu wejdą?

Pomieszczenie było obszerne, ale do tego stopnia zapchane szpargałami i rozmaitym śmieciem, że Rayewicz z Morawieckim ledwie się w nim mieścili. A grube skafandry doskwierały bardziej niż zwykle.

Za ladą stanął szczupły, brodaty mężczyzna w chałacie.

– Aaron Sztern, do usług. Co panowie oficerowie chcą kupić?

– Sklep? – Rayewicz nie krył zdumienia. – Tutaj? Na Saturnie, to jest na księżycu Saturna?

– Czy ja pytam, co panowie szwoleżerowie robią tak daleko od jednostki? Nie, bo nie wypada się za bardzo interesować cudzym geszeftem. A więc: co panowie kupują?

– Macie elementy rakiet?

– Czy mamy? Panie rotmistrzu!

Rayewicz kazał Morawieckiemu połączyć się ze statkiem przez radiotelefon.

– Halo, Undziakiewicz, jesteście? Odbiór.

– Tak jest, panie rotmistrzu. Odbiór.

– Wiadomo już, czy coś się zepsuło? Odbiór.

– Melduję posłusznie, iż znaleźliśmy pęknięcie w przewodzie pompy paliwa. Bez nowego nie polecimy. Odbiór.

– Coś jeszcze do naprawy? Odbiór.

– Melduję, że nic a nic, nawet portret Marszałka nie zerwał się z haczyka. Odbiór.

– Dobra, za jakieś dwie godziny przyniesiemy przewód. Bez odbioru.

Undziakiewicz nie usłuchał:

– Ale skąd, panie rotmistrzu…

Rayewicz wyłączył radiotelefon.

– Panie Aaron, po ile macie rury od pompy paliwowej?

– Dwadzieścia złotych polskich.

– Cena w sam raz. Bierzemy. Mój podwładny zaraz przyniesie pieniądze. Morawiecki, co tak stoisz jak żona Lota?! Biegiem po pieniądze. Masz tu klucz do skrytki…

– Panie Aaron.

– W Czym mogę pomóc?

– Rura. Sprzedał mi pan rurę.

– Panie Moryc! Pan przynesie księgi… tak, tak… nu, sprzedałem.

– Ma za małą średnicę. Potrzebujemy przejściówki.

– Wie pan rotmistrz, coś się znajdzie. W rakiecie macie standardowe zbiorniki paliwa, czyż nie? W takim razie proszę, przejściówka. Należy się sto złotych.

– Trochę drogo – westchnął Rayewicz i dał geszefciarzowi banknoty.

– Panie Aaron…

– Szef poszedł na obiad – za ladą stanął subiekt Moryc.

– Szelma wiedział, że będę chciał go ochrzanić. Ech, dobra… panie Moryc, przejściówki, którą nam sprzedaliście nie da się za żadne skarby zamontować. Żaden śrubokręt nie pasuje.

– To nie moja wina, że szef zamawia tylko nietypowe rozmiary.

– Nie winię pana. Proszę nie gada i dać mi narzędzia. Komplet. Na pewno macie.

– Jak pan zgadł?

Ostatecznie Rayewicz kupił jeszcze tuzin przedmiotów potrzebnych do naprawy rakiety. Najdroższa (trzysta złotych za puszkę) była specjalna farba. Bez niej uszczelka (czterdzieści złotych) łącząca rurę z przejściówką wchodziła w reakcję z klejem (siedemdziesiąt dziewięć złotych) złotych groziła zapłonem. Na szczęście starczyło pieniędzy w kasie i następnego dnia szwoleżerowie polecieli prosto do bazy na Tytanie, gdzie znajdował się punkt zborny dla uczestników manewrów.

– Jedno mnie zastanawia – rzekł do Undziakiewicza. – Po jaką cholerę Żyd założył tam sklep. Przecież ludzie pojawiają się w tamtym rejonie raz na dziesięć lat, a frajerzy jak my jeszcze rzadziej. Po co, do licha, pytam.

– Chyba wiem, panie rotmistrzu. Przed manewrami piłem w kasynie podoficerskim z inżynierem ze Lwowa. Właśnie zatwierdzono plan terraformowania Tytana. Ten inżynier napisał pracę o tym, jak sprowadzić tam wodę.

– Skąd niby?

– Z pierścieni Saturna. To przecież tysiące brył lodu. Wody, tlenu i azotu ile dusza zapragnie. Założą bazę na jakimś pasterskim księżycu, skąd będą przy pomocy bomb atomowych strącać te zmrożone okruchy na Tytana. Grad w skali kosmicznej.

Wtem rotmistrza oświeciło.

– Rozumiem, że pierścień, w którym oberwaliśmy jest na najlepszej orbicie względem Tytana. A tam, gdzie wylądowaliśmy, będzie baza.

– Tak jest, panie rotmistrzu – odpowiedział Undziakiewicz.

– Obawiam się, że budżet państwa tego nie wytrzyma.

Marszałek Piłsudski spoglądał z portretu wzrokiem bankruta.