Ostatnie godziny młodości

Ocena: 
0
Brak głosów

Wydarzyło się to w przygranicznej osadzie, dokąd po mobilizacji i żałośnie krótkim przeszkoleniu wysłano mnie z plutonem równie nieprzygotowanych żołnierzy. Żołnierze zgodnie z rozkazem przygotowywali placówkę, ja zaś często zachodziłem na proszone kolacje do doktora N., jedynego w gminie lekarza. Dawało mi to chwilę wytchnienia w przedwojennej nerwówce oraz – bardzo poważnie traktowałem tę wymówkę – nie uszczuplałem prowiantu.

– Jedna rzecz mnie martwi – powiedział pewnego razu doktor N. Siedzieliśmy przy stole w czwórkę: ja, on, pani doktorowa i ich córka, Agata. – Znajdujemy się w klinie. Z trzech stron najwyżej dwa kilometry do granicy. W razie ataku okrążą nas bez trudu.

– Jest takie ryzyko – odparłem – ale powinniśmy wytrzymać do nadejścia odsieczy.

– Cały lipiec chodziłam z dziewczętami na kurs pielęgniarski – odezwała się Agata. – Teraz jestem w domu, ale gdy tylko odezwie się alarm, zbieramy się wszystkie pod szkołą. Tam ma być szpital polowy. Tata będzie naszym chirurgiem.

– Odpukać! – pani doktorowa, kobieta przesądna, kilka razy uderzyła knykciem w stół.

– W nieheblowane trzeba – ja na to.

Niepotrzebnie się odezwałem. Doktorowa zerwała się z krzesła, szukając kawałka nieheblowanej, lub chociaż nielakierowanej deski. Na próżno.

– Mogę puścić muzykę? – zapytała Agata i nim ojciec zdążył się odezwać, pobiegła do kąta salonu. Stała tam superheterodyna w obudowie z wiśni. Drogie, stylowe cacko. Nie stać byłoby mnie na takie coś z nauczycielskiej pensji. W domu musiał mi wystarczać odbiornik kryształkowy, zrobiony przez znajomego elektryka. Czekałem więc, aż Agata włączy odbiornik. Chciałem przekonać się, czy dźwięk prawdziwego radia naprawdę jest taki głośny i czysty, jak mówią. Ale z głośników popłynął szum.

– Nie mogę złapać stacji, tato. Pomożesz?

– Nie warto – odezwałem się. – musieli wyłączyć nadajniki. Wróg mógłby ich użyć do radiolokacji.

– W takim razie zniosę patefon – odparła doktorowa. Nowa myśl uspokoiła ją. Ale zanim doszła do schodów, podniosłem rękę.

– Nie trzeba. Późno już, muszę doglądnąć chłopców. Bardzo dziękuję za kolację... i do jutra.

Stanąłem jeszcze przed lustrem w sieni, by założyć równo furażerkę, po czym wyszedłem w chłodną noc.

Było ciemno, bezksiężycowo, od domów nie dochodził najsłabszy promyk, bo zgodnie z nakazem zaciemnienia wszystkie okna szczelnie zasłonięto. Szedłem więc po omacku, ale pewnie, bo już po kilku krokach wyczułem pod podeszwami wydeptaną ścieżkę. Placówka, którą dowodziłem ulokowała się w małym domku stojącym półtora kilometra od wioski. Kiedyś była to budka dróżnika, ale po poprzedniej wojnie i zmianie granic skasowano idącą tędy linię wąskotorówki. Budynek przez lata zarosły chaszcze, dach przeciekał i dopiero nowa wojna przywróciła go do życia. W środku ulokowałem własną kwaterę i punkt opatrunkowy. Żołnierze oczyścili przedpole z krzaków, a potem zrobili okop z obu stron budki. Całość, która z wysokości wyglądała jak ptak rozkładający skrzydła, miała służyć obronie granicy na wysokości wioski. Dostałem w tym celu trzydziestu ludzi, dwa erkaemy oraz skrzynkę granatów. Siedzieliśmy tak drugi tydzień, a teraz, jak już wspominałem, była noc i ataku spodziewaliśmy się lada chwila.

– Hasło – głos wyrwał mnie z zamyślenia. To był sierżant. Odpowiedziałem i, mimo że się rozpoznaliśmy, kazałem jeszcze podać odzew. Nie było nas wielu, znaliśmy swoje głosy, ale dyscyplinę utrzymują najmniejsze gesty. Ruszyłem zobaczyć, jaka sytuacja panuje na placówce. Warta pilnowała, czujka czuwała, pozostali drzemali na stanowiskach, a sierżant łaził i mnie zastępował. Czyli wszystko w porządku.

– Działo się coś? – spytałem sierżanta.

– Nic a nic, panie poruczniku.

– Nikt się nie ruszał po drugiej stronie?

– Cały czas jest cicho, a przez mgłę niczego nie widać. Ale raczej niczego ciężkiego nie podprowadzili na granicę. Słyszelibyśmy.

– Dobrze. Jest pan wolny, sierżancie.

Zwolniwszy go, ulokowałem się w domku dróżnika. Zaciągnąłem szczelnie zasłonę, zapaliłem lampę naftową. Wyjąłem papiery i jąłem pisać kolejny nudny raport.

Wojna nadeszła w godzinie wilka, w ostatniej chwili przed świtem. Nie wiem, co mnie obudziło, blask przebijający się przez zasłonę i szpary w deskach, czy łoskot dział. Zerwałem się z krzesła, złapałem za klamkę i jednym susem wylądowałem w okopie. Wszystko drżało w rytm dudnień, ziemia sypała mi się na głowę. Było tak jasno, że można było czytać gazetę, każdy przedmiot rzucał długi upiorny cień o ostrych krawędziach. Ostrzał nasilił się i dźwięk armat zlał się w zwierzęcy ryk. Leżałem wciśnięty w dno okopu, zasłaniałem głowę rękami, no nie zdążyłem nawet założyć hełmu. Leżałem tak wieczność.

Ale w końcu skończyło się. Wróciła noc, zapadła cisza i cisza raniła uszy bardziej niż salwy. Z trudem podniosłem się na nogi. Przede mną podniósł się jeden z szeregowców. Śmierdział, jakby popuścił w portki krwawą biegunkę. Mina wskazywała, że chyba to zrobił.

– Ja... – zacząłem. Nie poznałem własnego głosu. Odkaszlnąłem flegmę i przypomniałem sobie szkolenie: – wszyscy na stanowiska! Za chwilę tu będą!

Nikt nie przyszedł. Nie wypaliliśmy ani jednej kuli. Staliśmy tylko i patrzyli we mgłę, na próżno czekając, aż zmąci ja choć jeden cień. Oczy wszystkich bolały od wytężania wzroku. Gdzie była moja wojna? Przeszła bokiem, zostawiając nas, nic nie znaczących? To było gorsze od wizji oblężenia. Nikt nas nie potrzebował.

Nie przydaliśmy się.

Mgła w końcu opadła. Po drugiej stronie nie było nikogo, horyzont kończył się linią lasu i, gdyby miało to sens, moglibyśmy wykopać nowy okop nieco dalej i zająć kawałek wrogiego terytorium. Po naszej stronie było gorzej. W świetle dnia zobaczyliśmy, że z wioski została kupa gruzów. Tam poszedł cały ostrzał. Nawet nie dymiło.

– Zaraz wracam! – jak głupi krzyknąłem do sierżanta i wyskoczyłem z okopu.

Biegłem co pary w płucach. Ścieżka, nieskoszona trawa. Zarośla. Pierwszy dom, kopiec z cegieł. Drugi dom. Przyspieszyłem. Trzeci, czwarty. W końcu stanąłem pod domem doktora. Jedna ściana zniknęła, poddasze z piętrem zwaliły się na parter. Wszedłem do środka.

Było ciemno i cicho. Po chwili oczy przystosowały się do braku światła i zacząłem rozpoznawać kształty. W powietrzu wisiał kurz. Część pomieszczeń ocalała, do innych trzeba się wciskać i czołgać. Agatę znalazłem w salonie. Zwisała z dziury wybitej w suficie. Krew brocząca z przebitego brzucha zakrzepła na twarzy, skleiła włosy.

Cofnąłem się jak oparzony. Myślałem żeby tylko stamtąd uciec. Wtedy zobaczyłem jeszcze kogoś. W mrocznym kącie korytarza stał staruszek w szarym prochowcu.

– Proszę pana – wychrypiałem – jestem z wojska, naszego wojska, zaraz pana stąd zabiorę, przeszukamy wszystkie ruiny, znajdziemy innych ocalałych i odprowadzimy was na tyły. Już do pana idę... – ruszyłem do niego, wyciągnąłem rękę, ale poczułem tylko zimne, gładkie szkło.

To było lustro. Ocalało.

Przyjrzałem się swojemu odbiciu. Wojskowy płaszcz był brudny od ziemi, a skronie przyprószyła siwizna na znak, że starość zagościła na mojej twarzy.