Wątpliwość

Autor: 
Ocena: 
7.5
Average: 7.5 (2 votes)

Leże potwora kryło się we wnętrzu wielkiej góry. Odbijające się od jej jasnych zboczy promienie oślepiały i dezorientowały. Przed wejściem walały się fragmenty ciał, skrawki skóry, kupki kości.

Młody wojownik zadrżał, wyglądając zza kępy krzewów. Choć przybył tu pełen determinacji, nagle zdjął go paraliżujący strach. Jak ma w pojedynkę stawić czoła bezwzględnej bestii, która urządziła tu sobie gniazdo i porywała kolejnych jego bliskich i przyjaciół? Gadzina niosła ze sobą ogień i śmierć, a jego lud był zbyt słaby, by obronić się przed taką potęgą. Mogli tylko uciec albo próbować walczyć o honor i byt.

Młokos przypadł niżej do ziemi, gdy ujrzał, jak wejście do jaskini otwiera się z sykiem, a z jej ciemnej czeluści wyłania się potwór – wysoki, straszny, poruszający się niezgrabnie na długich łapach. Powarkując coś cicho do siebie, podszedł do stosu skór zdartych z ciał pobratymców wojownika i zaczął w nim grzebać.

Dla młodzieńca tego już było za wiele – kiedy pokraka odwróciła się do niego plecami, rzucił się na nią rozpaczliwie, nie czekając, aż straci resztki odwagi.


Człowiek spojrzał przez ramię, gdy usłyszał za sobą hałas – szelest liści, trzask gałązek, posapywanie. Wielkimi susami biegła w jego kierunku jedna z istot które, przez wzgląd na uderzające podobieństwo do potworów z dawnych wyobrażeń, nazwał smokami. Choć pochodziły z obcej planety i nie osiągały rozmiarów większych niż przeciętny owczarek niemiecki, ze względu na pokryte łuskami ciała, długie ogony, parę błoniastych skrzydeł i trójkątne uszy wyglądały jak żywcem wyjęte z podania o świętym Jerzym.

Mężczyzna czym prędzej sięgnął do biodra, na którym miał zawieszony tradycyjny, samopowtarzalny pistolet. Łuskowata skóra smokowatych nie miała w sobie nic z wytrzymałości ich legendarnych pierwowzorów.

Pierwszy pocisk chybił, gdyż stworzenie poruszało się szybko jak błyskawica, drugi także, ale już trzeci ugodził je w pierś. Smok padł w odległości kilku kroków od człowieka, krwawiąc zieloną, lepką posoką. Kula musiała przebić płuco, sądząc po wyraźnie słyszalnym rzężeniu i świszczeniu.

Mężczyzna dla pewności wystrzelił pozostałe pociski, a następnie przykląkł przy zwierzęciu. Odruchowo pogłaskał je po boku. Umierający smok spróbował chwycić go zębami, nie sięgnął jednak. Przez chwilę jeszcze drapał pazurami ziemię, aż w końcu znieruchomiał. W jego gasnącym spojrzeniu można było bez trudu odczytać bezbrzeżną nienawiść.

Człowiek nie miał mu tego za złe. Na miejscu smoka też by sobą pogardzał.


Odciągnął ciało na bok, do późniejszego oprawienia. Mięso zwierząt okazało się całkiem smaczne, a skóry, dzięki wysokim właściwościom termoizolacyjnym, doskonale nadawały się na ubrania. Na Ziemi będą z pewnością krzykiem mody... o ile statek zdoła tam powrócić. 

Na tej planecie człowiek odkrył tylko jedną rzecz, którą uznał za cenniejszą od smoków – szlachetne kamienie wielkości kokosów, twardsze od diamentu, występujące w kilkunastu odmianach o różnych kolorach. Nazwał je smoczymi jajami. Zdobył ich na razie tylko dwanaście i dosłownie mógłby zabić za kolejne.

Rozejrzał się uważnie, jednak uznał, że napastnik przybył sam. Zanotował sobie w pamięci, by w wolnej chwili wyciąć jak najwięcej drzew i krzewów wokół wahadłowca – ot tak, na wypadek, gdyby smokowate wpadły na pomysł zaatakowania go większą chmarą. Póki co zachowywały się niezwykle honornie i atakowały tylko w pojedynkę.

Człowiek wrócił do wnętrza statku i obmył ręce z krwi.

– Następny? – powitał go komputer pokładowy, który zarejestrował całe zajście dzięki zamontowanym na kadłubie kamerom.

Gdyby nie on, mężczyzna już dawno by zwariował. Przebywał na obcej planecie sam od blisko dwóch miesięcy. To znaczy od czasu, kiedy wylądował tu awaryjnie. Wcześniej przemierzał samotnie przestrzeń przez ponad cztery lata. Szacował, że na odsiecz z Ziemi przyjdzie mu czekać przynajmniej kolejne cztery.

– Ano – odparł, przeciągając się. Podszedł do jednej z ukrytych w ścianach szaf, by wyciągnąć amunicję i załadować ponownie magazynek. – Dużo ich tu ostatnio – dodał. – Coraz więcej. Nie wygląda na to, by miały zamiar zrezygnować.

Komputer zamigotał lekko.

– Czy nie rozważałeś możliwości nawiązania kontaktu? Jednostka w obliczu wielu wrogich istot w ostatecznym rozrachunku stoi na straconej pozycji.

– Aha, wiele smoków przeciw jednemu człowiekowi – zaśmiał się mężczyzna, rozbawiony. – Jak w cholernej baśni, tylko że tym razem nastąpiło odwrócenie ról. To ja tu jestem potworem, a nie one. Żeby mnie tylko nie załatwiły jakąś wypchaną ow...

Zaskoczony własną konkluzją znieruchomiał na chwilę, ale zaraz otrząsnął się z dziwnych myśli.

– Bzdura – rzekł do siebie i odszedł w głąb statku, by przygotować syntetyczny posiłek.

Tymczasem niedaleko wahadłowca kępa krzaków poruszyła się z lekkim szelestem i na ścieżkę, którą człowiek wydeptał w drodze do strumienia, wytoczyło się smocze jajo.

Odpowiedzi

Ciekawe ujęcie tematu. Czasami wydaje mi się, że tekst jest trochę przegadany. Momentami mi się wydaje. Z drugiej strony, dlaczego nie? No i pewne obiekcje miałem co do zachowań bohatera, do jego przemyśleń, postępowań. Strzela jakby był na strzelnicy, a potem pochyla się nad swoimi ofiarami i wręcz im współczuje. Po jakimś czasie zastanawia się nad tym czy skóry z jaszczurów zdobędą uznanie w świecie mody. Tu mi zgrzytnęło.
Ale generalnie tekst dobry. Jego sens i przekaz jeszcze lepszy.
Pozdrawiam,
R.

... świetnie dopełnił całość. Zaskoczył, ale pozostawił w domysłach. To był przyjemnie spędzony czas.

Bardzo dobry tekst.
Bardzo mi się podobało.