Ludzie potrzebują igrzysk

Ocena: 
0
Brak głosów

Ulotka wciśnięta w dłoń. Mały, archaiczny przedmiot, który zaprzątnął moją głowę na cały dzień. I kolejny. Ani się spostrzegłem, minął tydzień.

Jedno pytanie, na które powinienem był odpowiedzieć stanowczym „nie”. A jednak nie dawało mi ono spokoju. Czy potrzebujesz igrzysk?

***

Schodzę niżej, do trochę uboższej, ale wciąż porządnej dzielnicy. Różnica polega na prostych rzeczach, od razu rzucających się w oczy - tańsze pojazdy i bardziej zdobne budynki. Czasami aż paradnie ozdobione, zupełnie jakby większa ilość świecidełek miała dodać więcej szyku poszarzałym ścianom.

Minąłem trzy skąpo odziane, rozchichotane nastolatki. Jedna z nich przyłożyła palec wskazujący do jednego kącika ust, a środkowy do drugiego o wysunęła język w dość jednoznacznej propozycji. Pokręciłem tylko głową, odprowadzany krzykami, które jasno określały moją orientację. Dzisiejsza młodzież.

Mężczyzna, który na mnie czekał, wyglądał do bólu przeciętnie. Nijakie włosy, pospolita twarz, średni wzrost, nudne ubranie. Wręcz idealny do pracy przy niezbyt legalnym biznesie. Poprowadził mnie wąskimi uliczkami, tak, że po chwili kompletnie straciłem orientację. Uśmiechnął się przepraszająco, bąknął coś o procedurach bezpieczeństwa. Pokiwałem tylko głową w pełnym zrozumieniu, czując narastającą adrenalinę.

Dotarliśmy na miejsce. Mój nijaki towarzysz został na zewnątrz, życząc mi wszystkiego dobrego.

Uśmiechnięta dziewczyna z masą fioletowych warkoczyków na głowie, fioletowym makijażu i fioletowym kostiumie podetknęła mi ankietę oraz oświadczenie, że korzystam z usług dobrowolnie i zrzekam się wszelkich pretensji zdrowotnych. Czytając pytania, poczułem nachodzące mnie wątpliwości. Gry grami, to było zupełnie co innego. Fioletowa dziewczyna chyba zauważyła moje wahanie, bo z perfekcyjnym uśmiechem, który musiał swoje kosztować, zapewniła mnie o pełnej satysfakcji klientów, oraz że zawsze mogę wrócić, gdy już się zdecyduję. Dodała też coś o pełnej anonimowości.

Zamaszysty podpis.

 Raz się żyje.

Zaprowadzono mnie do zielono-białego pokoju, na którego środku stał czarny, szeroki fotel, teraz przypominający rzeźbę z muzeum sztuki początku XXI wieku. Pamiętam reklamy tego cuda. Ukształtuj go jak chcesz, zachwyć gości pomysłowością! A gdy na niego usiądziesz, dostosuje się do twojego ciała,  w każdej pozycji będzie ci wygodnie! Potem, na fali niewybrednych żartów z każdej pozycji, Agencja Cenzury kazała zmienić treść reklamy.

Zapadłem się w fotelu.

Do środka wsunął się wysoki mężczyzna muśnięty pierwszymi śladami siwizny. Przejrzał moją ankietę, pokiwał głową i oznajmił, że nie mam się czego obawiać. Miał tak ciepły uśmiech, że niemal mnie przekonał o swoim szczerym zainteresowaniu moją psychiką, a nie kosztami, jakie grożą mu za pozew. Fioletowa dziewczyna przyczepiła mi do głowy jakieś kable i czujniki, potem wbiła dwie igły w żyłę prawego przedramienia. Nałożyła gogle.

- Nigdy pana tu nie było - pożegnała mnie ze słodkim uśmiechem.

***

Obudziło mnie zimno albo ból. Nie byłem pewien, co wygrywa walkę o pierwszeństwo. Leżałem na wilgotnym chodniku, padał na mnie deszcz, a obok mojej głowy utworzyła się kałuża rozcieńczonej krwi. Lewą ręką obmacałem głowę i odnalazłem strup zakrzepłej już krwi. Potem poszukałem innych ran, czy złamań. Złamań nie było, ale szczękę miałem opuchniętą, a skórę na kłykciach zdartą. Do tego tępe pulsowanie w całej prawej ręce, kłucie w boku, morze szklanych odłamków w głowie i wrażenie, jakbym w płucach miał kamienie.

Dźwignąłem się na kolana, a potem, korzystając z pomocy ściany, zdołałem się wyprostować, choć kosztowało mnie to dużo siły i przyprawiło o zawroty głowy.

Co się, do cholery, stało?!

Obmacałem się po kieszeniach i ku mojemu zdziwieniu odkryłem, że niczego mi nie brakuje. Niby w porządku, ale odzyskując przytomność w takich okolicznościach człowiek niemal oczekuje, że został okradziony.

Uderzenie w twarz, czuję jak wzbiera we mnie gniew. Gnojek podniósł na mnie rękę ostatni raz.

Prawie zwymiotowałem, gdy przed oczami pojawiła mi się zakrwawiona twarz chłopaka. Trzymałem go jedną ręką za kołnierz kurtki, a drugą uderzałem czekając na odgłos pękającej czaszki.

Ciało leży między pudłami w rosnącej kałuży krwi. Przed chwilą kopnąłem go w głowę, coś chrupnęło. Satysfakcja. Moc. Władza.

Tym razem nie wytrzymałem i zwróciłem zawartość żołądka. Podpierając się ściany, wyszedłem na jakąś ulicę. Igrzyska, pierdolona ich mać.

***

Minęły dwa tygodnie, ale w wiadomościach nie podano informacji o żadnym pobitym na śmierć chłopaku. Policja nie wyważyła moich drzwi. Odetchnąłem z ulgą.

Robiąc porządki, znalazłem pogniecioną ulotkę.

Mój znajomy twierdzi, że ludzie potrzebują igrzysk. Widoku krwi i cudzej śmierci. Coś w tym niestety było. Reportaże z katastrof zawsze wzbudzały największe zainteresowanie, zdjęcia z miejsc tragedii, najlepiej z ludzkimi zwłokami, wzbudzały chore podniecenie u tłumów.

Ja swoje igrzyska już przeżyłem i nie miałem ochoty na więcej.

Spaliłem ulotkę.