Zabawa

Ocena: 
10
Average: 10 (1 vote)

Rozlegają się oklaski, dwie dwórki ujmują go pod ramiona i przy akompaniamencie królewskiej kapeli wyprowadzają z apartamentów wprost do parku. Jest czerwcowa noc.

Młody król, oszołomiony winem i tanecznymi korowodami, daje się prowadzić jak wystrojona kukła. Oczy ma przesłonięte chustką, zdany jest więc przede wszystkim na słuch i węch. Zmieszane aromaty roślin zastąpiły ciężkie zapachy perfum, pudru i potu; gra świerszczy i szmer wodotrysków koją uszy po hałaśliwej muzyce. Zabawa jak zwykle przenosi się do parkowego labiryntu. To właśnie tutaj towarzystwo będzie się teraz chować. Wiele par zaszyje się pośród olbrzymich żywopłotów. Prawdę mówiąc, dwudziestoletni król też ma na to ochotę. Słyszy śmiech diuszesy. Mimo zasłoniętych oczu widzi ją wyraźnie : śliczna twarzyczka pod wysoką koafiurą, srebrzystoróżowa spódnica na szerokim stelażu i zwiewny wachlarz w drobnej dłoni. Wie, kogo będzie szukał tej nocy w roślinnym labiryncie. Dwórki obracają go kilka razy wokół jego królewskiej osi i delikatnie popychają w stronę wysokich żywopłotów. Jeszcze nie wolno mu zdejmować z oczu obszytej koronką chustki. Jeszcze nie teraz. Monarcha idzie przed siebie po omacku, oddychając głośno, podniecony zabawą. Wyciągniętymi dłońmi dotyka liści i sprężystych gałązek. Śmiechy i nawoływania za jego plecami stają się coraz cichsze, w końcu zupełnie milkną. Nikt teraz nie chce zdradzać, gdzie jest. Kiedy młody król zdejmuje nareszcie chustkę, nie ma pojęcia, w którym miejscu labiryntu się znajduje. Jest ciemno, ogród rozświetla jedynie blask księżyca. Myśl, że się zgubił, budzi jeszcze większe podniecenie. Kto wie, może diuszesa czeka już za najbliższym zakrętem? Ileż będzie śmiechu, kiedy na siebie wpadną w tym mrocznym korytarzu! Ale nie ma jej ani za tym, ani za następnym zakrętem. Zdaje sobie sprawę, że całkowicie stracił orientację. Nie wie, czy oddala się od pałacu, czy też zmierza w jego kierunku. Zrzuca z ramion płaszcz, bo robi mu się nagle gorąco – poci się pod peruką. Ściany wyglądają jak wykute ze skały. Ulatnia się naraz dobry nastrój, młodzieniec ma ochotę jak najprędzej wrócić do apartamentów i napić się wina. Zaczyna biec, oddychając ciężko, ale już nie podniecenia, lecz z wysiłku. Serce króla bije coraz mocniej. Oddech krótki, w prawym boku szarpiący ból. Dokąd prowadzą te korytarze? Jak rozległy jest labirynt? Skąd ta cisza? Ktoś powinien przecież złamać milczenie, roześmiać się, prawda? Ma wrażenie, że uczestniczy w jakimś koszmarnym śnie. Wreszcie widzi przed sobą blask pochodni. A więc wraca jednak do pałacu.

Zdyszany i mokry, wybiega z labiryntu, lecz staje jak wryty, uświadamiając sobie, że wydostał się nie na plac przed pałacem, ale na rynek jakiegoś miasta. W nozdrza uderza fetor krwi. Żołnierze i tłuszcza otaczają ciasno platformę na której stoi wysoka konstrukcja z uniesionym stalowym ostrzem. W blasku pochodni lśnią wykrzywione nienawiścią twarze motłochu. Król moczy pludry. Dwaj śmierdzący tanim winem żołnierze ujmują go pod ramiona i wloką w stronę machiny przy akompaniamencie warczących werbli. Peruka spada z dostojnej głowy, odsłaniając zaawansowaną łysinę.

Niemal czterdziestoletni, przygarbiony i schorowany monarcha daje się prowadzić na szafot jak kukła.