Różowe piórka - Jan Sztaudynger

Prosiaczki…, Świntuszki…

Krzysztof Baranowski

Tym razem Alek dał mi do zrecenzowania tomik fraszek. Zadanie nader niewdzięczne. „Dlaczego niewdzięczne?” – zapytacie zgodnym chórem. A może nie zapytacie? I tak odpowiem…

Jestem człowiekiem starej daty i uważam, że każdą książkę należy przed zrecenzowaniem przeczytać. Przeczytać, przemyśleć i dopiero potem ocenić. Podejście coraz mniej popularne, ale moim zdaniem słuszne.

I tutaj pojawił się pierwszy problem: przeczytać tomik fraszek. „W czym problem?” – zakrzykniecie zgodnym… No, mniejsza z tym. Rzecz w tym, że nigdy nie przeczytałem tomiku fraszek „ciurkiem”. Mam ich, tomików znaczy, całkiem sporo na półce. Sięgam od czasu do czasu po któryś, otwieram na przypadkowej stronie, czytam kilka dwu- lub czterowierszy i odkładam z powrotem. Inny sposób czytania takich drobiazgów osłabia ich urok. Czyż nie?

Dlatego trochę trwało zanim zasiadłem do tej recenzji. Chociaż w przypadku „piórek” miałem zadanie o tyle ułatwione, że większość z nich znam od lat na pamięć.

I tutaj pojawił się drugi problem. Znowu mam oceniać coś, co uważam za genialne. Znowu, już na samym wstępnie, wszelki obiektywizm szlag trafił.

Zatem do „adremu”.

Człowiek lubi sobie czasem troszkę poświntuszyć.

Jest to wpisane w naturę ludzką i nie da się tego przeskoczyć. I bardzo dobrze. W końcu życie bez odrobiny pieprzu było mdłe i niesmaczne.

Problem w tym, że świntuszyć, szczególnie świntuszyć z klasą, niewielu potrafi.

Sztaudynger potrafił.

„Ach jak ja kocham te baby!

Chybaby

Mnie leczyć trzeba by.”

Proste? Oczywiście. Kapitalne? Nie inaczej.

Bo fraszka to nie sonet, psalm czy tren. Fraszka ma być prosta. I ma powalać.

Fraszki Sztaudyngera powalają.

Ławka w parku. Półmrok. Ona i on. On trzyma w ręku tomik poezji. Czyta. Ona zasłuchana, zarumieniona. Nie wiem co czyta, bo gazowa latarnia daje mało światła i nie widać tytułu. A film niemy, więc nie słychać.

Były czasy, prawda? Ano były. Kiedyś. Trochę szkoda.

Chamiejemy moi drodzy, chamiejemy…

Kto dzisiaj czyta kobiecie poezję? Łatwiej przecież zanucić jakiegoś dyskotekowego hiciora. Bo to i tekst bardziej przyswajalny, i melodia chwytliwa. Łatwiej spamiętać.

„Cnota z okazją razem noc przespały,

Cnoty nie było, kiedy rano wstały.”

Można i dosadnie, i z wdziękiem? Można.

Sztaudynger mógł.

„Piórka”, szczególnie te co bardziej różowe, mają tę przedziwną właściwość, że wbijają się w pamięć, czy tego chcemy, czy nie. I to nie tylko w pamięć osobniczą, ale – rzekłbym – gatunkową. Bo przecież wszyscy znamy przynajmniej kilka fraszek Jana Izydora. Zgoda, nie wszyscy o tym wiemy, ale przecież:

„Myjcie się, dziewczyny,

Nie znacie dnia ani godziny.”

Przecież:

„Nie da ci ojciec, nie da ci matka,

Tego co może dać ci sąsiadka.”

Że przypomnę tylko te najczęściej słyszane.

Czytajcie Sztaudyngera.

Po kawałku, po dwie trzy sztuki. Albo duszkiem. Jak wolicie.

A potem te wybrane, te szczególne, czytajcie innym. Tym wybranym. Tym szczególnym. Albo, w ramach sprostania wymogom naszych czasów – wysyłajcie esemesem.

„To dziwne, że cudze nogi

M n i e sprowadzają z drogi…”

Bywa tak, że po przeczytaniu książki człowiek zamyśli się na chwilę, westchnie i stwierdzi: „Dobre. Życiowe. Takie prawdziwe.”

Sztaudynger potrafił zamknąć najbardziej nawet złożone życiowe prawdy w dwóch, czterech wierszach fraszki. Rzadka umiejętność. Coraz rzadsza. Szkoda…

Szkoda, bo ja osobiście zawsze uważałem, że jeśli nie można jakiejś myśli zawrzeć w kilku słowach, nie warto poświęcać jej opasłych tomiszczy.

„I kobieta, i kwiat

Mają dni swoje. Nie mają lat.”

Bo „Piórka” to nie tylko świntuszenie. To mnóstwo oczywistości. Ba, wręcz banałów. Ale jakże cudownie ubranych w słowa. I jakże prawdziwych.

Uch, pojechałem troszkę w tych ostatnich zdaniach… Przepraszam, poniosło mnie.

Czytajcie Sztaudyngera.

To świetna lektura na poprawę humoru. A jeśli akurat od kilku dni nie oglądacie kanałów informacyjnych i już macie dobry humor, zadbajcie o jego utrzymanie.

„Para ud

Godna ód”

To dobrze, że są wydawnictwa, które decydują się wznawiać sztaudyngerowskie piórka. To miłe, że robią to tak starannie jak Wydawnictwo Literackie. Oprawa godna zawartości. Niby książka to książka. Niby ma „się czytać” i nie musi wyglądać. Ale tutaj jakoś tak, ja wiem… Pasuje. I ta podwiązka, o której Alek wspominał. I te piórka. I te zacnie ilustrowane pocztówki… Tak, mi to pasuje.

„Nie rób samemu, co można we dwoje,

Takie są rady

I zasady

Moje”

Czytajcie Sztaudyngera.

Dla zabawy. Dla uśmiechu. Dla smaku. Zanim do końca zamienimy tę odrobinę pieprzu na zwykłe, chamskie pieprzenie.