Do trzynastu

Ocena: 
10
Average: 10 (1 vote)

Krople śliny spadły młodemu aniołowi na twarz. Starł je, krzywiąc się z wyraźnym obrzydzeniem.

– Jesteś jak trucizna – jęknął, szarpiąc się w uścisku silniejszego, o wiele starszego skrzydlatego.

– Jestem trucizną – szepnął tamten w odpowiedzi. – Jestem śmiercią – wyznał, po czym roześmiał się szaleńczo, odepchnąwszy żałosne pisklę Pana od siebie. Jael ugiął się pod siłą rozpędu. Boleśnie przeszorował po ziemi dłońmi, chroniąc kolana. Jego, wciąż słabe skrzydła nowicjusza pokryły się brudem z parkowej ścieżki.

– Nie masz prawa jej zabrać – warknął, ale bez przekonania. Samael nie był kimś, z kim można było dyskutować. Kto dałby się przekonać do czegokolwiek czy tym bardziej zastraszyć. Cała ta sytuacja była śmiesznie oczywista. Od samego początku. Jednak stróż – zwyczajny, szeregowy pierzasty młokos – nie potrafił odpuścić. Najwyraźniej musiał się nauczyć.

– A kim ty jesteś, żeby mi dyktować prawo, ptaszynko? – Samael od niechcenia przeczesał palcami swoje długie, rude włosy. Wymownie oparł dłoń na rękojeści krótkiego miecza wiszącego przy skórzanym pasie. – Chcesz się ze mną pojedynkować o tę duszę, może, co? – prowokował, kpiąc bezlitośnie.

Jael był tylko opiekunem. Nie miał daru do walki, nie został do niej przeszkolony i nie znał jej. Wiele rzeczy tylko sobie wyobrażał. Zbuntował się teraz, bo… Sam nie wiedział czemu. Światłość pod jego żebrami pulsowała szaleńczo. Strach zostawiał w ustach gorzki smak porażki.

Opiekował się młodą, uroczą dziewczyną, która miała przed sobą mnóstwo życia, aż okazało się, że plan uległ zmianie. Ktoś przeredagował zdania Księgi, korekta miała od razu zostać przekuta w czyn. Ale Jael przywiązał się do swojej podopiecznej. Może odrobinę za bardzo, skoro właśnie klęczał w piachu przed Aniołem Śmierci uśmiechającym się w  paskudny sposób.

– Tak sądziłem – sarknął nie bez rozczarowania rudowłosy anioł. Odwrócił się na pięcie. Sztywno, po żołniersku.

Jael obserwował, jak przechodzi między ludźmi, niemogącymi go dostrzec, nieświadomymi, aż nagle trąca skrzydłem tę jedną, najważniejszą dla stróża. Ciemne pióra Samaela nasiąkały krwią. Młodszemu skrzydlatemu dzwoniło w uszach, ale dopiero po chwili zrozumiał, że krzyczy. Krzyknął też jakiś przechodzień, gdy nastolatka upadła nagle, a z jej nosa pociekła niewielka strużka krwi. Wszystko na moment zastygło w bezruchu i przerażającej ciszy.

Przynajmniej tyle, Samael nie bawił się tą śmiercią, nie przedłużał nieuchronnego. Zabrał tylko to, po co przyszedł. Jael znał zasady, mimo to, coś w nim pękło.

Nie krzyczał ani za drugim razem, ani za dziesiątym. Obiecał sobie,  że już nigdy nie krzyknie.

Właściwie odchodził od nich, od swoich ludzi, zanim następował zgon. Nikogo nie prowadził do światła, nikomu nie podawał dłoni, nie zadawał pytań o życie na ziemi. Wykonywał swoje obowiązki sumiennie, ale bez przekonania. Wypalał się, coraz częściej przepełniony wątpliwościami. Nie mógł ich zrozumieć, ale czuł je, jak wżerają się w jasność. Zwątpienie, jak czarne, kosmate plamy pleśni, pożerało sens istnienia Jaela.

Przy trzynastej śmierci, gdy tylko wyczuł energię Anioła Śmierci, odwrócił się i chciał odejść. Nie zdołał, potężna, zgrubiała od rękojeści miecza dłoń chwyciła go za kark i mocno szarpnęła do tyłu. Samael przez zaciśnięte zęby wysyczał pytanie:

– A ty dokąd, dwulicowa ćmo? – Potrząsnął Jaelem, po czym rzucił go na ziemię jak szmacianą lalkę. – Takie ścierwa powinny się czołgać – dodał.

W głowie stróża kłębiły się różne myśli, nie potrafił ich jednak ubrać w słowa. W końcu, wwiercając spojrzenie w przybysza, postanowił wstać. Powoli, na wypadek gdyby jego pobratymcowi niekoniecznie się to spodobało. Samael tę ostrożność w ruchach po prostu wyśmiał. Zanim młodszy skrzydlaty zdążył choćby mrugnąć, potężnym ciosem wierzchem otwartej dłoni z powrotem powalił go na trawnik.

Rudowłosy anioł kucnął obok Jaela, a następnie cichym, niemal łagodnym głosem zaczął tłumaczyć:

– Widywałem takich jak ty. Patrzyłem, jak miękną po dwudziestym czy trzydziestym człowieku. Kończyli w Pustce, bo nawet Piekło ich nie potrzebowało. A ty, młody, masz iskrę w oczach. Miałeś ją wtedy w parku, przy tej twojej pierwszej… – urwał, marszcząc czoło.

– Joanna – wychrypiał stróż. – Miała na imię Joanna – powtórzył słabo.

Samael mruknął coś niezrozumiałego, podniósł się bez wysiłku i wyciągnął rękę w kierunku wciąż oszołomionego anioła. Ten wpatrywał się w niedawnego napastnika z uzasadnionym wahaniem.

– Udzielam ci tylko lekcji, pisklaku – wyjaśnił. – Teraz leżysz, ale zaraz wstaniesz i nie powinno ci przeszkadzać, że ktoś jeszcze nieraz cię pokona. – Uśmiechnął się półgębkiem bez śladu złośliwości.

– Prawdziwi skrzydlaci zawsze wstają, nie da się ich przygnieść na zawsze – doprecyzował.

Jael uścisnął oferowaną dłoń. Kiedy już stał o własnych siłach, popatrzył Samaelowi prosto w oczy.

– Idź po niego – szepnął stróż. – Ja poczekam tu – dodał, a światłość zadrżała pod jego żebrami.

Odpowiedzi

Wszytko fajnie, tylko pociekła jej strużka, nie stróżka, chociaż miała stróża. ;)

Dziękuję! Tyle osób czytało, nikt nie wyłapał.