Ostatnia prosta

Ocena: 
0
Brak głosów

Kochałem go, naprawdę go kochałem. Jurek był moim partnerem od pięciu lat. Ufałem mu bezgranicznie, ale żeby to osiągnąć, długo musieliśmy się docierać. Przeżyliśmy razem wiele niesamowitych, strasznych i pięknych chwil, po których wyrył się w moim sercu i pamięci na zawsze.

Dlaczego myślę o nim właśnie teraz, patrząc na powoli jaśniejące niebo, ciągle jednak poprószone brokatem gwiazd? Sam nie wiem, ale obawiam się najgorszego. Pamiętam jak chorował i nie mogę odsunąć od siebie tego obrazu.

- Kurwa, jak boli - powiedział, przyciskając ręce do ciała w okolicach serca. Widząc jego wykrzywioną w bólu twarz i mnie skręcało.

Znowu przesadzaliśmy, nie ma co ściemniać, ale to była nasza miłość, nawet wtedy, gdy przyniosła nam tyle bólu. Za szybko, zbyt pewni siebie.

- Nie mogę oddychać - dodał zmęczonym głosem. Oddychał płytko, a czasami gwałtownie łapał powietrze niczym ryba wyciągnięta na brzeg.

Ale na serio wystraszyłem się, gdy zaczął kaszleć krwią. Myślałem, że zwariuję, chociaż teoretycznie dobrze wiedziałem, co Jurka czeka. Jednak wiedzieć a widzieć, to nie tylko różnica jednej literki. To ocean doświadczenia.

- Ty skurwielu, to wszystko twoja wina. Po prostu nie chcesz, żeby mi się udało! - Bredził charczącym głosem, a ja starałem się nie słuchać słów, nie szukać w nich sensu. Miałem świadomość, że to choroba przez niego przemawia, jednak trudno było zachować dystans, gdy zaczął mnie oskarżać o swój stan.

- Przecież ja cię nie zaraziłem! - Zacisnąłem gniewnie ręce i wyszedłem ochłonąć.

Pamiętam, że zimne powietrze owiewało mi twarz i uspokajało myśli, jakby te powstawały gdzieś pod samą skórą i chłodem można by ukoić ich przepływ, zamrozić jak wodę. Być może wtedy spojrzałem w niebo i ten mroczny obraz odcisnął się na kliszy mego umysłu.

Wróciłem i poczułem w powietrzu ostry zapach wymiocin. Serce mnie bolało, gdy spoglądałem w szalone i przerażone oczy partnera, czułem się, jakbym zaglądał w głąb studni, w której czaiła się jakaś nieokreślona groza. Policzki opinały uwydatnione kości policzkowe Jurka, widoczne nawet pod kilkucentymetrowym zarostem. Wytarłem wymiociny.

Kilka miesięcy później nie było go już wśród nas. Od tego czasu nie miałem innego partnera. Nie chciałem (nie potrzebowałem!) przeżywać tego po raz kolejny. Chociaż wiem, że nie zawiniłem jego śmierci, to jednak gdzieś tam głęboko ciągle czai się poczucie winy, bo to jednak zawsze byliśmy „my”, a nie „ja” i „on”.

Jeszcze raz sprawdziłem ekwipunek, myśląc w duchu, że i tym razem szczęśliwie uniknąłem choroby. Na niewielu odkrytych częściach ciała poczułem ukłucia igiełek mrozu, przypływ adrenaliny postawił na sztorc włosy na karku, a oczami umysłu zobaczyłem szczęśliwą twarz Jurka. Ciemny, intensywny granat nieba, już teraz prawie bezgwiezdnego, zapowiadał piękny dzień. Boginie zdobywa się właśnie w takie dni, więc najwyższy czas, abym i ja dosiadł swojej. Po wyjściu z Obozu Czwartego zostanie już tylko ostatnia prosta. Bogini Plonów, zdobędę cię. Bogini Plonów. Annapurna.