All-inclusive

Ocena: 
0
Brak głosów

Siedzę w pokoju bez okien, oświetlonym lampą zwisającą z popękanego sufitu i drugą, która stoi na biurku, obok pliku kartek, kompletu ołówków i zegara odmierzającego ostatnie minuty mojego drugiego życia. Za drzwiami słychać szum fal i hawajską muzyczkę. Wiem, że niedługo znajdę się po drugiej stronie, gdzie ujrzę turkusowe morze, plażę, palmy i błękitne niebo. Jestem więc spokojny o moją przyszłość. To przeszłość mnie martwi. Spoglądam na zapisaną do połowy kartkę, powtarzam w myślach pierwsze zdanie, potem ostatnie, i zastanawiam, co jeszcze powinienem napisać.

„Zapamiętam ten widok do końca życia” – czytam na głos. Potem resztę: „Jej plecy otulone migotliwą czernią. Powiedziała coś, na co nie znalazłem dobrej odpowiedzi. Więc milczałem, a ona mówiła dalej. Gdy umilkła, nie spojrzała na mnie, wyprostowała się i weszła w czerń. Wtedy widziałem ją po raz ostatni.

Nie mogę przypomnieć sobie jej twarzy. Zapachu. Faktury skóry. Nie wiem już, jakiego koloru miała włosy, jaką nosiła fryzurę, w co lubiła się ubierać. Nie znam nawet jej imienia. Pamiętam za to inne rzeczy – że byliśmy kochankami, że współpracowaliśmy ze sobą, że byłem jej podwładnym, i że w obu tych sferach, zawodowej i prywatnej, grałem postać z drugiego planu, częściej statystę niż bohatera. Czy ją kochałem? Oczywiście! Im bardziej się oddalała, tym mocniej. Obsesyjnie wręcz. I było mi z tym cholernie dobrze. Dlaczego? Cóż, znacie historie o związku dwojga osób, z których jedna – przeważnie w ostatnim akapicie, ku zaskoczeniu czytelnika – traci swojego partnera, nawet jeśli on nie odchodzi? Uwielbiałem je! I cieszyłem się, że moje życie jest jedną z nich. Dopóki nie zostałem sam. Bo ona jednak odeszła. Wbrew wymarzonej fabule”.

Odkładam kartkę na stół, usta zaciskam wokół końcówki ołówka. To zabawne, ale nie pamiętam, gdzie widzieliśmy się po raz ostatni. Na Ziemi? W domu na plaży? Gdzie indziej? Na przykład, na pokładzie stacji kosmicznej? Tak czy inaczej, staliśmy wtedy przy panoramicznym oknie, za którym rozciągał się usiany gwiazdami pejzaż, ona zaś powiedziała coś, co zawsze wprawiało mnie w zakłopotanie: „Nie mam przeszłości”. Potem weszła w czerń.

Teraz rozumiem, jak musiała się wówczas czuć.

Im bardziej o niej zapominam, tym mniej wiem o sobie. Im mniej wiem o sobie, tym więcej wątpliwości żywię na swój temat. Pamiętam – jeszcze pamiętam – że się kochaliśmy. Ale nie wiem, gdzie ani jak. Ani nawet co pieściłem. Po czym wodziłem językiem, co całowałem, ssałem, nawet przygryzałem. Poza tym, że należało to do osoby. Ludzkiej? Androidziej? Z innego gatunku? Nie wiem. Nie wiem. Nie wiem. Ale nie żałuję. I jestem pewien – choć w moim stanie jest to pewność biorąca się jedynie z intuicji – że gdybym wiedział, to również bym nie żałował.

Dość! Odkładam ołówek, przeciągam się i wstaję od stołu. Męczy mnie myśl, że jeśli przekroczę próg, zapomnę o wszystkim, co było moim pierwszym życiem, ale pamięć o tym, że przez godzinę żyłem drugim, tymczasowym, polegającym na spisywaniu więdnących wspomnień, pozostanie. I będzie mnie dręczyć. Naciskam mimo to na klamkę. Przez szparę wdziera się ożywczy powiew wiatru. Szum morza i hawajska muzyczka przybierają na sile. Mrużę powieki. I cofam się o krok. Po przeciwnej stronie pokoju otwierają się drzwi. W rosnącym przejściu kłębi się migotliwa czerń. Widzę niewyraźny zarys sylwetki. Za plecami mam rajską plażę z barem oferującym niekończący się korowód kolorowych drinków. Przed sobą malejący w mojej pamięci fragmencik poprzedniego życia.

Nie wiem, co wybrać.