Te dni...

Ocena: 
0
Brak głosów

To była miłość od pierwszego wejrzenia. I nic nie zapowiadało tragedii.

Wszystko przez nową wersję opty-filtru „Idealny partner”. Programiści sfuszerowali, nie usunęli wszystkich błędów… I proszę bardzo - Marina nagle dostrzegła pośród bezpłciowego tłumu, w godzinach szczytu, miłego młodego człowieka.

Soczewki Mariny nie pokazały go jako części wirtualnego tła – wprost przeciwnie, podświetliły jasno i pociągająco. Na wąskiej średniowiecznej uliczce zatrzymał się zupełnie współczesny chłopak. Wydaje się, że też zauważył Marinę (potem przyznał się: widziałem, ale na bezkresnej prerii...).

Wymienili się elektronicznymi wizytówkami i już wieczorem siedzieli w przytulnej restauracyjce na brzegu Sekwany. Wiatr pachniał migdałami, turyści się śmiali... (Artem nie poskąpił na bezpośrednią transmisję z pełną synchronizacją dźwięków i zapachów). Kiedy „Idealny partner” przysłał informację o błędzie, oboje ją zignorowali. A szkoda.

Tak po prawdzie, to Artem szybko przywykł do tych dni i zachowywał się bardzo subtelnie.

„Daj spokój, - mówił - nie ma się czego wstydzić. To przecież nie twoja wina”.

Woził ją do drogich klinik, ale tam rozkładali ręce - kodony są ciasno wpisane w łańcuch DNA, rozrzucone tak, że nie sposób ich wyizolować i usunąć. Doradzili pozwać korporację, pradziadek Mariny, kiedy podpisywał umowę o dobrowolnej współpracy, nie udzielił zgody, żeby jego potomkowie też zmieniali się w żywe nadajniki reklam.

Nie chciała się sądzić. Pragnęła, żeby wszystko skończyło się jak najszybciej. W czasie ataków, jakby zmieniała się w drewnianą kukłę: chodziła i wykrzykiwała „Kupujcie szampony ‘Śnieżny lew’! ‘Śnieżny lew’ - wonny jedwab waszych włosów!”.

A potem, po trzech latach, u Artema stwierdzono agitację - cudem zachowaną jeszcze z poprzedniego wieku, również wpisaną w genom tak, że nie dało się jej ani wyizolować, ani nawet dokładnie zlokalizować. Agitka włączała się w niezrozumiały sposób. Artem chodził po ulicach i wszystkich wzywał do głosowania na kolejnego klona byłego prezydenta. Tego, którego już bodajże czterdzieści lat temu obalił obecny.

Artema wysłano na przymusowe przekodowanie.

Marinie zmniejszono uprawnienia. „Dobrze przynajmniej, że nie zdążyliśmy z dziećmi” - myślała. Bała się nawet wyobrażać sobie, co mogłyby odziedziczyć.

Żyje teraz całkiem nieźle. Jak wielu z nas.

Ale każdej nocy śni o odległym beztroskim śmiechu, powietrzu pachnącym migdałami i o żarzących się latarniach, które kołyszą się na drugim brzegu...

tłumaczenie: Hubert Stelmach

Odpowiedzi

Podoba mi się, dobry początek współpracy z autorami zza naszej wschodniej granicy :)

Mnie również się podoba. Zarówno tekst, jak i sam pomysł.

Cholera, oba teksty ze wschodu są świetne!