Przeklęta kawaleria

Ocena: 
0
Brak głosów

– Zabierzcie go, szybko!

Diaaabły! Polacy czekają z czartem na bagnetach! Zły jest zaklęty w bunkrach Mielau! Rozbiją się niemieckie głowy o diabelskie reduty, zobaczycie! Przed nami też biesy…

– Nie jęcz, Kurt. To tylko brygada kawalerii, zniesiemy ich i obejdziemy…

To przeklęta brygada! Zaprzedali dusze diabłu!

– Weiss, co tu…

– Nic, nic, herr leutnant! To jest… tego… gorączka przed atakiem albo… porażenie słoneczne! Zajmę się nim, zawołam felczera…

Okażcie im szacuneeek!

#

Żar nagrzanej w słońcu gumy palił przez spoconą bluzę.

Heinrich siedział na trawie oparty o masywne koło Opla Blitz. Wąski cień rzucany przez ciężarówkę dawał nikłe wytchnienie, ale soldat nie szukał lepszej kryjówki, mimo przykrego żaru i smrodu gumy było to najlepsze miejsce. Metalowe części ciężarówki parzyły jeszcze gorzej a o wystawieniu się na palące, wrześniowe słońce, nie chciał nawet myśleć. Mógłby jeszcze poszukać chłodu pod dachem drzew, las był nieopodal. Ale wolał zostać przy rozpalonym oplu. Tam, na skraju lasu, było najwięcej trupów.

– Böhr, za dwie godziny z Rosnickiem i Wintermanem zmienicie wartowników w lesie.

– Tajest, feldfebel.

Heinrich był znużony. Przez dwie godziny zbierali ciała kolegów. Układali w rzędzie i zakrywali twarze. Potem feldfebel zagonił ich do wymiany postrzelanych opon. A przecież zostali tu tylko po to, by pilnować pobojowiska do czasu przybycia trupiarzy z tyłów. I dlatego, że z kompanii, nie licząc rannych, przeżył niecały pluton.

Polacy wybrali dobry moment.

Dwieście siedemnasta dywizja miała obejść od zachodu umocnienia Mielau. Polska brygada, spychana już od Soldau, opóźniała jak mogła ich pochód, stawiała opór, kontratakowała. Wściekłe watahy krążyły i gryzły Niemców. Gdy kompania Böhra rozłożyła się przy lesie na posiłek, była na tyłach frontu. Żołnierze tłoczyli się wokół kuchni polowych, wart nie wystawiono. A obok, drogą, ciężarówki przewoziły dwie kompanie z siostrzanego pułku. I wtedy…

Najpierw las zabrzmiał palbą wystrzałów a zaraz potem na skotłowanych Niemców wypadli kawalerzyści. Większość atakowała pieszo, na bagnety, wprost rozdzierając tłum ogarniętych paniką soldatów. Część ułanów zaszarżowała konno. I rozpętało się pandemonium.

Ledwie dali im radę. Ułani walczyli dziko, nieludzko, strzelali, walczyli wręcz, byli jak opętana burza znosząca wszystko na swej drodze. Odparto ich za cenę trzech rozbitych kompanii! I to dopiero wtedy, gdy na drodze pokazały się wozy pancerne Aüfklarung-Abteilung.

A potem zbierali niemieckie ciała, bo tak kazał feldfebel. Leutnant Gatz odjechał po rozkazy.

Ciał Polaków nie zbierali.

#

Przy skraju lasu, blisko posterunku Böhra, leżał trup polskiego ułana wsparty o koński zezwłok. Barczyste ciało przecinała linia krwawych plam. Koło żołnierza tkwiła wbita w ziemię lanca, proporzec smętnie powiewał na nikłym wietrze.

– Diabły z dzidami. – Winterman przyszedł pogadać.

– Daj spokój, Josef. Dali nam dzisiaj popalić.

– No tak… zginęło ich trzy razy mniej. Ostro się bili, co nie, Heini? A jak dali bobu trzysta jedenastemu pod Petrikosen? Jak demony! Słuchaj, a może Kurt miał rację? Może oni naprawdę sprzedali duszę diabłu?

– Nie wiem, Jos – westchnął Böhr. – Wracaj na posterunek. Mogą wrócić.

– Co ty… mocno ich ciśniemy! Pewnie są już w połowie drogi do Sichelbergu.

#

Po zmianie warty Heinrich marzył o odpoczynku. Miał dość trupów, myśli o zabitych kolegach i mrożących krew w żyłach starciach z opętańczo wrzeszczącymi Polakami. Tylko zasnąć, wlókł się z tą myślą, otępiały. Przed sobą widział plecy Rosnicka, za nim ciągnął Winterman. I tylko noga za nogą wśród martwych ułanów. Nieruchome oczy błyszczą zimno w nikłym świetle księżyca…

Nagle Rosnick wyłożył się jak długi. Heinrich uśmiechnął się pod nosem i obrócił, żeby sprawdzić czy Josef też to widział. Winterman był wyprężony, nie trzymał już broni, jego dłonie po omacku, jakby ostatkiem sił, próbowały znaleźć coś w powietrzu. Z ust sterczało ostrze ułańskiej lancy, wypychało wybite zęby i krew. Winterman konał. Proporczyka nie było widać.

Zwalisty ułan kopnięciem zepchnął Jozefa z ostrza i ruszył na Böhra. Oczy Niemca łowiły w blasku księżyca kolejne szczegóły. Francuski hełm, równy ścieg krwawych otworów w torsie, wyryte zaschniętą krwią bruzdy na wykrzywionej w dzikim grymasie nienaturalnie białej twarzy. Wytrzeszczone szatańsko oczy. Obnażone zęby ociekające gęstą śliną. Zbliżający się grot lancy.

Chciał zawołać Rosnicka, ale nie miał już czasu. Poderwał mausera, przeładował i wystrzelił do zbliżającego się ułana. Kolejne pociski bezskutecznie szarpały ciałem Polaka! Dopiero ostatnie trafienie w głowę obaliło napastnika. Gdy Böhr w panice przeładowywał karabin, w obozowisku resztek niemieckiej kompanii podniósł się alarm, słychać było okrzyki i rozkazy, zapalały się latarki i reflektory ciężarówek. Od strony posterunków w lesie padły strzały. Gdy światła zalały pobojowisko, Heinrich ujrzał ciemny język wystający z ust duszonego Rosnicka. I podnoszące się postacie w polskich mundurach.

Przeklęci ułani wstawali z martwych.