Zagubieni

Ocena: 
10
Average: 10 (1 vote)

Czy niewinność może boleć?

Wypisana bliznami na ciele Agatki kronika stanowiła wystarczającą odpowiedź. Dziewczynka pamiętała bardzo długą drogę w dół, wykutym w skale tunelem. Ciemność powitała ją serdecznie, opatulając lepkimi ramionami, i towarzyszyła aż do samego końca ścieżki, która wychodziła na ogromną pieczarę. Tam mrok rozpraszało blade, bijące z niewiadomego źródła światło.

Czuła się zagubiona i osamotniona, ale niedługo po wejściu do jaskini napotkała pokrewną duszę. Mały chłopiec, chudy jak szkielet, ubrany w podarte i brudne łachmany, siedział na ziemi i drobnymi rączkami obejmował podkulone nogi. Na widok Agatki zesztywniał, jednak niepokój szybko zniknął z jego oczu, gdy rozpoznał dobrze znane piętno udręki. Miał na imię Jaś.

Trzymając się za ręce, dzieci pomaszerowały dalej.

Jaskinia zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Ściana, przy której się spotkali, już dawno zniknęła gdzieś w oddali. Dokoła, aż po horyzont, rozciągało się szare pustkowie. Brak punktów odniesienia uniemożliwiał ustalenie jakiegokolwiek kierunku.

Martwą ciszę przerywał od czasu do czasu chrzęst kamyczków pod stopami.

– Nie jesteśmy tu sami – wyszeptała pewnego dnia dziewczynka, trwożliwie rozglądając się na boki, jakby bała się, że ktoś usłyszy wypowiedziane słowa. W zasięgu wzroku jak zwykle nie było nikogo. Odkąd rozpoczęli wędrówkę, nie napotkali żywej duszy.

Jaś wzdrygnął się i spojrzał na nią wielkimi ze strachu oczami. Przyłożył palec do ust, dając znać, że niektórych prawd lepiej nie wypowiadać.

– Stąd musi być jakieś wyjście! – Nie ustępowała Agatka, nie zwracając uwagi na błagalny wyraz twarzy przyjaciela. – Musi. Ja chcę stąd wyjść! Nogi mnie bolą, jestem głodna i chcę wrócić do domu! Tęsknię za mam…. – Głos uwiązł jej w gardle. Nie dała rady dokończyć zdania. Chciała powiedzieć: „za mamą i za tatą”, ale byłaby to nieprawda. Słowa te niosły ze sobą nieznośny ciężar wspomnień, twardych jak pięść i giętkich jak gumowy kabel.

Wszędzie, jak okiem sięgnąć, zaczęły pojawiać się zarysy postaci. Z początku ledwie widoczne, z każdą chwilą jednak nabierały wyrazistości. Były ich tysiące, miliony. Kobiety, mężczyźni, dzieci, starcy i inne, od dawna zapomniane odmiany człowieka. Puste spojrzenia skupiły się na dwójce przerażonych malców.

– Chyba się zgubiliśmy – powiedział Jaś, bezwiednie drapiąc się po własnych, ledwie zaleczonych ranach. Spod zerwanych strupów błyskały kropelki krwi. Prawda w końcu odnalazła drogę wyjścia z zepsutego naczynia. – Poszliśmy w złą stronę.

Agatka przytaknęła. Nagle zrobiło jej się lżej na duchu.

– To nie była nasza wina – oznajmiła, a milczący tłum zachwiał się, jakby pod uderzeniem fali.

– Nie nasza – powtórzył chłopiec.

Ciała dzieci zaczęły zdrowieć, blizny odpadały ze skóry jak wyschnięte plastry. Pozostały tylko dwie – na plecach każdego z nich. Gdy się otworzyły, błysnęła oślepiająca biel. Skrzydła zatrzepotały.

Zagubione duszyczki w końcu odnalazły drogę do Domu. Opadające pióra ożywiły wyschnięte serca Potępionych nadzieją.