Schaboszczak

Ocena: 
0
Brak głosów

Oględziny wypadły blado.

Bo tak po prawdzie, nad czym tu deliberować? Wyrżnięty kwadrat kuchennego blatu, do którego przyklejono duży płaski talerz. Na nim nadkrojony schabowy, całkiem spory, o ile mogę ocenić. Talerz pod nim – pęknięty. Zero rewelacji. Niemniej, niezdrowo podniecony Tomasz obskakiwał go niczym starożytną relikwię, obnosząc i podtykając pod nos wszystkim po kolei. Prawie wszystkim. Nam nie, ale to nas raczej nie dziwiło.

– Widzicie? Widzicie?

Wyraz pełnego konsternacji niezrozumienia obecny był na twarzach całej rodziny.

– Nic nie widzicie!?

– No… schabowy… – Ojciec Tomka zaryzykował oczywistą odpowiedź. – I co?

Chłopak zreflektował się wreszcie, że obnoszony po jadalni eksponat wymaga stosownego wyjaśnienia. I słusznie, bo czas by wreszcie przejść do meritum. Mnie też ciekawiło, czemu on z tym kawałkiem zgniłego już mięsa obchodzi się, jak nie przymierzając, z epokowym odkryciem na miarę Ameryki.

– To jest dowód nawiązania kontaktu z siłami nadprzyrodzonymi! – oświadczył Tomasz z emfazą i powiódł wokół tryumfalnym spojrzeniem. Nie wywołał tym reakcji, jakiej zapewne oczekiwał, ale muszę przyznać, że kilka osób jednak pochyliło nieco głowy i przyjrzało się ponownie schabowemu, wyeksponowanemu na środku olbrzymiego, rodzinnego stołu. Z widoczną na twarzach niechęcią, bo kotlet ostro zalatywał.

– A konkretnie? – zapytał sceptycznie poirytowany wuj Konstanty, nieusatysfakcjonowany wynikiem oględzin.

– Talerz. Pęknięty talerz! Rozumiecie? – Tomek był coraz bardziej skonfundowany. – Robiłem obiad. Kładę, rozumiecie, schabowego z patelni na talerz, chciałem przekroić go na pół, żeby się ziemniaki jeszcze zmieściły, no i surówka… Wbijam widelec, zaczynam kroić – napięcie w jego głosie wzrosło namacalnie, porwało słuchaczy aż zapomnieli na moment o wszechobecnym smrodzie – i nagle… pyk! Talerz pękł! Pod kotletem! Sam, nawet mocno nie naciskałem nożem. To znak!

– Imbecyl. – Rzuconą teatralnym szeptem uwagę ojca usłyszeli wszyscy, oczywiście poza rozentuzjazmowanym Tomaszem. – A czemu przykleiłeś talerz do…? – zapytał już głośniej.

– To jest dowód, tato. Podkleiłem go delikatnie, po bokach. „Kropelką”. Żeby wszystko było nienaruszone. Żeby było dokładnie tak jak w chwili pęknięcia, żeby nic się nawet na milimetr nie przesunęło. Właśnie na dowód! Że się odezwały do mnie.

– A czemu wyciąłeś dziurę w blacie?

– Musiałem to schować do lodówki, przecież. Chciałem was zebrać wszystkich, pokazać… To było prawie dwa tygodnie temu!

Ciężkie spojrzenie ojca, braci, sióstr, wujków, ciotek i stryjków niemo zawisło na chłopaku. Przydusiło go.

– Nie rozumiecie? – kwiknął płaczliwie. – To jest dowód! Nareszcie… – Chłopak wzniósł dziękczynne spojrzenie ku sufitowi, by po chwili wbić płomienny wzrok w swą familię. We wszystkich naraz i każdego z osobna, znacie to pewnie. – To znak!  ­Wreszcie po pięciu latach, od kiedy osiągnąłem pełnoletność, od kiedy zamieszkałem sam w tym domu, wreszcie i mnie to spotkało! Szukałem, nasłuchiwałem… Zwracałem uwagę na każdy szczegół! I nareszcie… Rodzinna tradycja jest wypełniona. Nie będę już czarną owcą, nie będę jedynym, który z nimi nie rozmawia. To było największe marzenie mamusi… Ja też mam kontakt z duchami!

– Idiota! – rzucił jego ojciec półgłosem.

Stryjek Bonifacy odpowiedział mu charakterystycznym gestem, palec wskazujący zatoczył na jego czole wyraźne kółko.

– Pokaż jeszcze raz, co tam masz, synku.

Ciotka Brunhilda. Niedowidząca i niedosłysząca, ponad stuletnia nestorka rodu, specjalistka od spraw wszelakich – zwłaszcza przodków. Tych zupełnie nieżyjących i tych, którzy wrócili. Często z nimi rozmawia, jeśli tylko mają ochotę, oczywiście. Młodsi raczej nie bardzo, ale w jej wiekowym domostwie egzystuje kilka zramolałych duchów, takich, co to im już niewiele brakuje do pierwotnej ektoplazmy. Towarzystwo w sam raz dla starowinki.

– To tylko schabowy, synku. I śmierdzi, ileś ty dni go tak trzymał? Dwanaście!? Wyrzuć to lepiej!

– Ależ ciociu! To naprawdę… Ten talerz sam pękł. Sam! To jest znak, duchy się kontaktują! Chcą ze mną rozmawiać! Ciociu, przecież on nie mógł sam…

Miałem dość. Dałem znak pozostałym i usunęliśmy się z jadalni.

– Dobra, gadać, czyja to robota? – Status najstarszego widma dawał mi pewne przywileje.

Gremialne kręcenie transparentnymi głowami.

– Nikt?

– Próbowaliśmy…

– Łańcuchami po nocach…

– Przesuwałem przedmioty!

– Skrzypieliśmy okiennicami…

– Szuraliśmy na strychu.

– I nic! – Zakończyli chórem. – W ogóle nie zwracał na nas uwagi!

– Aaa… potępieńcze wrzaski?

Znów kręcenie.

– Białe, przerażające zjawy?

Nie.

– Hela, a ty? Co? Własnej matki też nie widzi!?

Hmmm. O prowadzenie z nim rozmów nawet nie pytam. Skoro nie chwyta prostszych rzeczy, to pogaduchy są tym bardziej wykluczone. A kotlet… jego ojciec ma rację, to naprawdę półgłówek. Choć przyznaję, zdeterminowany!

– Próbujcie dalej…

Zawahałem się.

– Tylko… tak dla pewności, nie ruszajcie schabowych!