Batman. Metal. Tom 2: Mroczni Rycerze – Scott Snyder, James Tynion IV, Doug Mahnke, Riccardo Federici i inni

Prawdziwy death metal

Marek Adamkiewicz

Pierwszy tom „Metalu” był interesującym wprowadzeniem w koncepcję Mrocznego Multiwersum, stanowił też w pewnym stopniu rehabilitację Scotta Snydera po nie najlepszym „All-Star Batman” (a zwłaszcza trzecim tomie tej serii). Amerykanin śmiało nawiązał do klasycznych eventów DC Comics z „Kryzysem na Nieskończonych Ziemiach” na czele i zaprezentował nam fabułę o dość dużym rozmachu, która, co najistotniejsze, mogła przynieść sporo zmian zarówno dla wielu superbohaterów, jak i dla światów Multiwersum. Wcześniej mogło się wydawać, że podobne wątki są już do cna wyeksploatowane, okazuje się jednak, że niekoniecznie musi tak być. Druga odsłona projektu Snydera i kilku innych scenarzystów potwierdza, że mamy do czynienia z tytułem bardzo specyficznym, ale i bardzo interesującym.

Batman zniknął w portalu prowadzącym do Mrocznego Multiwersum. Pozostali bohaterowie znaleźli się w kropce – mają wyruszyć na poszukiwania swojego kompana, czy może pozostać na Ziemi i próbować przeciwdziałać przebłyskom mrocznej rzeczywistości? Jej przejawy są coraz groźniejsze i okazuje się, że Superman i reszta mogą wcale nie mieć wyboru, bowiem z odmętów chaosu nadciąga nowe zagrożenie – mroczni rycerze. Te wykoślawione wersje Batmana są forpocztą niejakiego Barbatosa, tajemniczego i potężnego antagonisty, który od początków czasu przygotowywał grunt pod nadchodzące wydarzenia.

Powierzenie aż tak wielkiego eventu Scottowi Snyderowi mogło się skończyć różnie. Albo Amerykanina przytłoczyłby rozmach opowieści, co zważywszy na widoczny u niego ostatnio lekki spadek formy było całkiem realną perspektywą, albo dostalibyśmy opowieść wartą uwagi. „Mroczni rycerze” sprawiają, że jestem skłonny uznać, że bliższy spełnienia jest ten drugi, lepszy scenariusz. Bo choć sama fabuła w swoich głównych założeniach nie jest specjalnie odkrywcza – i Ziemia-0, i Multiwersum bywały potężnie zagrożone już wiele razy, to diabeł tkwi w szczegółach. A te są co najmniej intrygujące. Okazało się bowiem, że młoda gwiazda DC Comics postanowiła poszukać metody w prawdziwym fabularnym szaleństwie, co wyszło opowieści zdecydowanie na plus i sprawiło, że kryzys, z którym mierzą się tu herosi, zauważalnie różni się od wszystkich poprzednich.

Jak można było się spodziewać, scenarzysta próbuje powiązać fabułę omawianego komiksu ze swoimi wcześniejszymi bat-tytułami. Robi to za sprawą metalu, a właściwie metali. Sama koncepcja wydaje się być lekko naciągana – z jednej strony nie do końca chce mi się wierzyć w wielki Snyderowski plan łączący fabularnie „Batmana” od „Trybunału Sów” aż do „Metalu”, z drugiej jednak momenty pojawiania się kolejnych pozaziemskich stopów nie sprawiają wrażenia przypadkowych, więc jeśli Snyder faktycznie miał taki zamysł od początku, wtedy czapki z głów przed tak dalekosiężnym planowaniem. I jakkolwiek można mieć zastrzeżenia co do sensowności działania owych metali i tak wielkiego wpływu, jaki wywierają na ludzi, to coś trzeba było wymyślić, żeby otworzyć bramy Mrocznego Multiwersum. Komiks superbohaterski prezentował już bardziej irracjonalne uzasadnienia podniosłych wydarzeń, dlatego uważam, że zaprezentowany tu pomysł ostatecznie można przełknąć.

Co do wspomnianego wcześniej szaleństwa – przejawia się ono przede wszystkim w tytułowych „Mrocznych rycerzach”. Kim oni są? To wykrzywione wersja Batmana z Mrocznego Uniwersum. W każdym z tych światów Bruce Wayne jest początkowo tym samym człowiekiem co w naszej rzeczywistości, jednak jego losy na pewnym etapie toczą się inaczej. Konsekwencją tych zmian jest nieunikniona deprawacja bohatera. Jego różne wersje przejmują moce czy to pozostałych członków Ligi Sprawiedliwości, czy też ich potężnych antagonistów, co ma niezmiennie jeden efekt – zmianę postrzegania świata przez Batmana, porzucenie kodeksu zakazującego mu zabijać i potężną zmianę charakterologiczną. Scott Snyder zawsze miał dobrą rękę do horroru, a wizje mrocznych Batmanów i czynów, których dopuszczają się na swoich niedawnych sojusznikach, robią naprawdę duże wrażenie. Autor może też popuścić wodze fantazji, bo  są oni naprawdę bardzo nieprzewidywalni.

Na cały album składa kilka one-shotów przedstawiających postaci kolejnych mrocznych rycerzy oraz dwa inne zeszyty. To z kolei zdeterminowało zaangażowanie w ten projekt kilku artystów. Co za tym idzie, styl rysunków jest naprawdę różny i, jak nietrudno się domyślić, nie każdemu czytelnikowi spodobają się te same prace. Ja nigdy nie byłem na przykład fanem stylu Carmine'a di Giandomenica. Na etapie jego pracy przy odrodzonym „Flashu” tak bardzo nie rzucało się to jeszcze w oczy, ale prezentowaną przez niego niechlujną manierę, zwłaszcza na dłuższym dystansie, znajduję jednak jako zbyt męczącą. Na szczęście to jedyna taka wizualna słabsza strona „Mrocznych Rycerzy”, reszta stawki, ze świetnym Riccardo Federicim na czele, prezentuje się już zauważalnie lepiej.

Pierwszy tom „Metalu” przypadł mi do gustu i miałem nadzieję, że drugi utrzyma podobny poziom. Nie spodziewałem się jednak, że „Mroczni Rycerze” będą aż tak dobrzy. Jasne, nie jest to komiks dla każdego a poziom udziwnień bywa tu momentami naprawdę wysoki, jeśli jednak zaakceptuje się obraną przez Snydera i pozostałych scenarzystów konwencję, to lektura przyniesie sporo niczym nieskrępowanej frajdy. Okazuje się, że nawet w wydawałoby się wydrenowanej tematyce kryzysowej, można jeszcze powiedzieć coś ciekawego. Oby w ostatnim, trzecim tomie scenarzyści nie spuścili z tonu, nie chcę bowiem odszczekiwać tych wszystkich pochwał.

Tytuł: Mroczni rycerze
Seria: Batman. Metal
Tom: 2
Scenariusz: Scott Snyder, James Tynion IV i inni
Rysunki: Greg Capullo, Riccardo Federici i inni
Kolory: FCO Plascencia i inni
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz, Jakub Syty
Tytuł oryginału: Batman Metal Tome 2: Les Chevaliers Noirs
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: maj 2019
Liczba stron: 248
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Wydanie: I
Format: 170 x 260
ISBN: 978-83-281-4149-0