Mostowy Dziad

Ocena: 
0
Brak głosów

Iwan wstał z grobu pięć minut po północy.
Trochę późno, ale może jeszcze zdąży do pracy, jeśli sprawnie się wygrzebie. Jako umarły, nie potrzebował budzika, zmarli są zaprogramowani na wstawanie o odpowiedniej godzinie. Szczególnie ci, którzy muszą na ziemi odpokutować za swoje czyny. Ci, co poszli do nieba, piekła albo po prostu zniknęli, bo tak też się zdarza, raczej mają luz.
Ale najwyraźniej każdy program ma zaszyty jakiś błąd, nawet życie pozagrobowe.
Wieczorem spadł śnieg. Jeszcze trochę prószył, albo to tylko resztki spadały z drzew. Iwan poczuł go na ramionach, gdy wyciągnął przed siebie dłonie przez zmarzniętą leśną ściółkę. Podniósł się z ziemi, otrzepał i po chwili stanął w całej okazałości wśród mgiełki śnieżnego pyłu. Był w samej koszuli, na nogach miał wysokie, kawaleryjskie buty. Przeczesał rozwichrzone, jasne włosy i westchnął ciężko. Wykonał kilka skłonów i pajacyków. Nie więcej niż piętnaście. Trzeba się ruszać, ale bez przesady. Nie w tym wieku.
Uniósł wzrok na łyse korony dębów górujące nad sklepieniem Lasu Bielańskiego, falującego na styczniowym wietrze. Ten po lewej jest od niego młodszy. Wyrósł już po tym, jak zburzono carskie koszary, w których co rano kładł się spać po nocy ciężkiej pracy.
Zabił się w roku czternastym. Chyba nawet w styczniu to było, pomyślał. No, to zaraz będzie jakaś rocznica, czy coś, uśmiechnął się pod nosem i zszedł z ocalałego fundamentu koszarów, kilku cegieł wystających ponad leśną ścieżkę przykrytą szczelną pokrywą świeżego puchu. Miodowożółte światło miejskiej poświaty pływało po niej jak rozlana na wodzie nafta.
Ruszył przed siebie w kierunku Wisły. Do pracy.

***
Siedział na filarze Mostu Gdańskiego. Ponad nim sunęły samochody, a w dole płynęła Wisła. Czarna toń, poprzeszywana tu i ówdzie białymi plamami świeżego, białego tego-czegoś, co uformuje się kiedyś w lodowe kry. Jeśli odwilż nie pokrzyżuje im planów. W Polsce to nigdy nic nie wiadomo. Jak w życiu. Odwilż może przyjść z dnia na dzień i nic nie zrobisz, lodu nie budiet...
Przymknął na moment oczy. Niecichnący szum miasta otaczał go niczym rój pszczół. Przyzwyczaił się już. Za jego czasów było inaczej, wtedy, zanim się... Westchnął, ale nie chciał wstrzymywać wspomnień. Przed erą Mai, która była najkrótszą erą w dziejach ludzkości. I zarazem najwspanialszą w dziejach Iwana, prawdziwie niepowtarzalną i niezastąpioną. Nawet jeśli doprowadziła do tego, do czego doprowadziła.
Iwan pociągnął za cyngiel służbowego pistoletu dwudziestego piątego stycznia tysiąc dziewięćset czternastego roku. Kula trafiła w głowę, rozbryzgując mózg na ścianie służbowego pokoju w koszarach. Tych samych, których ostatnie cegły wciąż walczyły o utrzymanie się na powierzchni poszycia Lasu Bielańskiego.
Dziwne to było. Nie myślał wcześniej o śmierci. No, może kilka razy. Ale potem jak Maja... Gdy ona... To on nie mógł inaczej. Iwan nie umierał zbyt często w swoim życiu. Ciekawe doświadczenie. Najpierw huk i blask, i dosłownie ułamek sekundy niewyobrażalnego bólu, po czym wszystko znikło. Jakby niczego nigdy nie było. Jakby zapadł się w otchłań, na której powierzchni całe życie tylko się unosił w łupince włoskiego orzecha.
A potem w oczy spojrzał mu kruk. Iwan umarł, otworzył oczy i pierwsze, co zobaczył po śmierci, to czarne, paciorkowate ślepia kruka.
– No i coś zrobił? – zapytał wtedy kruk. – Warto było, bałwanie jeden? – Przekrzywił łebek na bok. Iwan nie był w stanie odpowiedzieć. – Tak, pewnie było, hm?
Iwan uniósł się na łokciach ponad swoim ciałem. Słyszał, jak kruk mówił coś o pokucie, o nowej profesji, o tym, że on, Iwan, porucznik carski będzie teraz za swój czyn po kres czasów patrolować warszawskie mosty i odwodzić samobójców od tego, co chcą zrobić. Taka nowa robota. Nazywali go Mostowy Dziad. Po kres czasów albo do momentu, gdy Konsylium Kruków uzna, że już starczy. Czymkolwiek ono jest.
Od trzech dni nie miał nic do roboty. Siedział sobie na każdym z warszawskich mostów po kolei i dyndał nogami nad Wisłą. I tylko kaczki szukające w wiślanej toni nie wiadomo czego zadzierały nań łebki, obrzucając pełnymi zdziwienia spojrzeniami.
Iwan już chciał wstać i pójść na kolejny most, gdy obok przykucnął mężczyzna.

***
Łkał.
Przykucnął, opierając dłonie o kolana. Nie wyróżniał się niczym szczególnym. Tylko na głowie miał jakąś taką dziwną czapkę, skórzaną, okoloną czarnym futrem. Brakowało tylko bażanciego czy pawiego piórka.
Iwan wiedział, co robić. Wystarczyło gościa objąć, przytulić, szepnąć do ucha słowa otuchy, miał już opracowanych kilka tekstów, a ten wstanie i wróci skąd przyszedł. Nie zabije się, nie skoczy do lodowatej Wisły, jak zaplanował. A Iwan wykona kolejne ze swoich zadań jako Mostowy Dziad.
Wyciągnął ramię i wtedy obcy się odezwał.
– Maja – wypuścił imię przez usta, nawet nie szepnął. Iwan zamarł. Obcy przełykał ciężko ślinę.
– Co? – powiedział Iwan. Wiedział, że tamten go nie usłyszy.
– Nic. Nie ma nic. To na nic.
I nagle wszystko wróciło. Zapach jej skóry. Jedwabisty dotyk jej włosów na twarzy. Jej głos, drżący, ciepły. Szeptał jego imię. Utkwione w nim spojrzenie orzechowych oczu, lekko rozszerzone źrenice. Uśmiech wąskich ust. Pamiętał, jak górna warga skrywała się pod dolną.
Iwan uśmiechnął się do wspomnień.
I wtedy obcy skoczył.
– Nie! – zawołał Iwan, wyrzucając przed siebie ramiona. Za późno. Za daleko. Nie myślał. Skoczył za obcym. Wisła uderzyła go w twarz. Odebrała mu wzrok i wypełniła słuch. Macał przed sobą. Nie zamarznie. Już nie żyje. Ale chwytał tylko lodowatą wodę.
Zanurkował i wtedy go dotknął. Złapał za kurtkę i pociągnął do siebie z całych sił. Złapał go, przytulił i odbił nogami od jakiegoś głazu, w kierunku brzegu. Pod dłonią wyczuł kamienisty brzeg. Ciało poruszyło się. Zaczął chwytać łapczywie każdy kamień. Iwan słyszał, jak obcy kaszle.
– Halo! Proszę pana! – zawołał ktoś z brzegu. – O Boże, dzwonię po pogotowie!
Iwan obrócił się na plecy i pozwolił, by nurt go poniósł. Nie chciał otwierać oczu. Uśmiechał się i myślał o Mai.
Warto było.

Warszawa, 16 stycznia 2019 r.