Rocznica

Ocena: 
0
Brak głosów

Marcina zbudził potworny hałas. Uniósł głowę nad poduszkę i chwilę nasłuchiwał. Jego wzrok powoli  przyzwyczajał się do mroku panującego w sypialni.

Co to było, do cholery!? Włamywacz? – pomyślał przerażony. Walczył z narastającym w nim strachem, próbując zignorować bijący na alarm instynkt. Słyszał przecież wyraźnie odgłosy czyjejś obecności, ktoś krzątał się po domu, cicho lecz nieporadnie. Odwrócił się do swej małżonki, szukając jej dłonią. Ze zgrozą odkrył, iż był w łóżku zupełnie sam.
– Ada?! – wyszeptał głośno. – Ada, gdzie jesteś?!
To nie mogła być jego żona, nie robiłaby przecież tyle hałasu w samym środku nocy?! Odgłos tłuczonego szkła postawił go w mgnieniu oka na nogi. Poczuł znaczny przypływ adrenaliny, serce pracowało teraz na szybszych obrotach, tłocząc wzburzoną krew w skostniałe ze strachu żyły.
– Ada? Gdzie jesteś?! – niemal krzyknął przez ściśnięte gardło.
Telefon! – Myśl ta rozgorzała w ogarniętym przez chaos umyśle. Zaczął gorączkowo przeszukiwać szafkę nocną w poszukiwaniu komórki. Zaklął pod nosem, wkurzony na własną głupotę. Telefon zostawił na dole, pewnie ładuje się teraz na korytarzu. Niech to szlag! Stalowa siekierka do rąbania drewna leżała w schowku na narzędzia w ogródku, wszystkie noże, których mógł użyć, spoczywały w kuchennych szufladach. Był zupełnie bezbronny, nieporadny jak wieprz idący na rzeź. Intruz może mieć broń i zapewne lepiej przygotował się na to spotkanie niż nieświadomy niczego gospodarz wziętego na cel domostwa.
Ale gdzie, do cholery, jest Ada? – Poczuł w swym wnętrzu głęboki niepokój na myśl o żonie. Odtworzył w pamięci wydarzenia sprzed paru godzin. Późno wrócił do domu, ona czekała już na niego z kolacją. Niewiele zjadł, trochę wypił, prawie ze sobą nie rozmawiali. Chyba się posprzeczali, usnął przed telewizorem, styrany po całodziennym maratonie w pracy. Zbudził się po chwili i poszedł na górę. Czy była już w sypialni, kiedy kładł się do łóżka? Tego nie potrafił ustalić. Ruszył powoli w kierunku schodów, słysząc, jak ktoś myszkuje na parterze.
Pewnie obrabia dom… – pomyślał, przygotowując się na konfrontację z włamywaczem. Nie dalej jak tydzień temu okradli sąsiada, sezon na włamy trwał w najlepsze. Jedyną jego szansą był atak przez zaskoczenie, musi wystraszyć tego bydlaka, może mu się pofarci i bandyta ucieknie z podkulonym ogonem. Nacisnął klamkę, cicho wyślizgując się z sypialni na korytarz. Jeśli to Ada robi sobie z niego żarty, to przysięga, że ją zabije! Wyjrzał przez drewnianą balustradę, szukając wzrokiem intruza. Jak mógł się spodziewać, na dole panowała ciemność. Niczego nie był w stanie dojrzeć. Jego dłoń zatrzymała się na włączniku światła.
 Teraz albo nigdy! Zapal światło, narób hałasu i zaskocz gnoja. Nie bądź pizdą tylko facetem – dodawał sobie otuchy, tuląc się do ściany. – A co, jeśli oni zastawili na niego pułapkę? Mają już Adę, a teraz czekają, aż zejdzie na dół prosto w ich ręce? Nonsens, za dużo seriali kryminalnych się naoglądałeś, pieprzony kanał ID…
Nagły huk przerwał jego dociekliwe rozmyślania. Ktoś zatrzasnął za sobą drzwi. Kimkolwiek napastnik by nie był, właśnie opuścił jego dom w wielkim pośpiechu. Marcin zapalił światło, blask żarówki rozświetlił klatkę schodową, wydobywając z mroku kształty mebli na parterze. Na kafelkach leżały potłuczone ramki obrazów i wspólnych zdjęć. Panował straszny bałagan. To musiał być włamywacz! Słodki Jezu, historia jak z telewizji! Marcin pobiegł do sypialni i wyjrzał przez okno wychodzące na ulicę. Otworzył szeroko oczy ze zdumienia. Nie dowierzał własnym zmysłom. W zimowej aurze dojrzał postać własnej małżonki, która przedzierała się przez zaspy śnieżne zalegające na ogródku, odziana jedynie w skąpą koszulkę nocną. Światła latarni ulicznych padały na jej niemal nagie ciało. Kroczyła teraz boso po odśnieżonym chodniku, zmierzając w stronę lasu.
– Co tu się, do cholery, wyczynia?! – wykrzyczał na głos swoje pytanie. Ubrał się czym prędzej. Zbiegł po schodach, niemal tracąc równowagę na przedostatnim stopniu. Grzebał gorączkowo w szufladzie, szukając latarki. Znalazł ją po krótkiej chwili. Wybiegł z domu, pędząc ku furtce. Nieostrożność nie popłaca – uzmysłowił to sobie w chwili, gdy poślizgnął się na zmarzniętym chodniku, upadając na plecy. Poczuł paraliżujący ból w krzyżu. Skomlał przez chwilę, zbierając się z ziemi. Chwiejnym krokiem ruszył śladem żony.
– Ada, Ada! – Zdzierał sobie gardło widząć, jak półnaga kobieca sylwetka oddala się coraz bardziej. Szła przez pole jak lunatyczka, jej blond włosy powiewały w powietrzu targane przez mroźny wicher. Marcin biegł po zamarzniętym gruncie czując, jak nasilający się mróz odmraża mu twarz. Przyśpieszył, ale  Ada przekraczyła już granicę lasu. Zniknęła w labiryncie nagich zarośli, bujnych krzewów, wiecznie zielonych sosen i rozłożystych świerków. Księżyc świecił tej nocy wyjątkowo jasno, ale w kniei jak zawsze niepodzielnie panował mrok. Marcin przedzierał się przez gęsty bór, walcząc z napierającymi na niego gałęziami drzew.
– Ada! – wrzeszczał całkiem już rozhisteryzowany mężczyzna. Latarka rzucała nieco niespokojnego światła na ponurą scenerię leśnej głuszy. Szukał śladów żony w świeżym śniegu, ale ona jakby rozpłynęła się w powietrzu. Nagle do jego uszu dobiegł odgłos tępego uderzenia. Głuchy dźwięk  rozbrzmiał złowrogim echem, odbijając się od drzew. Marcin wytężył słuch, podążając za niepokojącym pogłosem. Po chwili odnalazł ślady jej stóp odciśnięte w śniegu. Skierował strumień światła na stary powykręcany grab rosnący pomiędzy dwoma potężnymi dębami. Na jego masywnej, grubej gałęzi wisiała  koszula nocna żony. Krew uderzyła mu do głowy, poczuł mrowienie na całym ciele. Cichy, tępy odgłos rozbrzmiał ponownie, burząc harmonię nocy. Trzęsąc się ze strachu, Marcin uniósł latarkę oświetlajać ponury grab.
– Ada?! – zapytał zlękniony, widząc nagą małżonkę stojącą naprzeciw wzbudzającego lęk drzewa.
Niczym zahipnotyzowana, uderzała miarowo głową w pokryty korą pień. Czyniła to mechanicznie, jak bezwolna marionetka pogrążona w transie. Każde kolejne uderzenie zdawało się bardziej gwałtowne i brutalne. Z rozdartego czoła obficie płynęła krew.
– Ada! Jezus Maria! – Widok ten niemal odebrał Marcinowi zmysły. Głos ugrzązł mu w gardle, nagle znalazł się pośrodku koszmarnego snu, z którego nie potrafił się zbudzić.
– Co ty robisz, przestań natychmiast! – błagał ją, zanosząc się płaczem. – Robisz sobie krzywdę, słyszysz!? Natychmiast przestań! – Beznadziejne wołanie roznosiło się echem po puszczy.
Ona nie przestawała uderzać. Skóra na twarzy zdarta była już do mięsa, złamany nos wykrzywił się pod nienaturalnym kątem, niemal stykając się z policzkiem.  Marcin podbiegł, próbując oderwać ją od drzewa. Ale ona wczepiła się w nie paznokciami, mięśnie miała jak ze stali, zesztywniała niczym trup. Mężczyzna dyszał z wysiłku, ale nie potrafił nic wskórać. Nagle usłyszał dźwięk pękającej czaszki. Widok wklęśniętego czoła i przebijających się przez skórę odłamków kości dosłownie ściął go z nóg.
– Błagam! Zabijesz się… – Upadł na ziemię, zanosząc się płaczem.
– Ammut… – zaczęła intonować niezrozumiale pod nosem. To bardziej przypominało zwierzęcy charkot aniżeli ludzki głos. Zupełnie jakby jakaś siła zawładnęła nią i zaczęła przemawiać jej ustami. –  Ammut Illhat Kabira… – chrząkała, próbując coś z siebie wydusić.
– Przestań, na Boga! – Słone łzy spływały mu do ust, dławił się nimi, nie potrafiąc zapanować nad histerycznym płaczem. – Co się z tobą do cholery dzieje, Ada?! Kochanie… – Nie miał już siły mówić.
I wtem kątem oka dostrzegł pobłyskujący w ciemności amulet. Zwisał jej z szyi, opadając na dorodne nagie piersi. Wszystko jakby się rozjaśniło. Przypomniał sobie firmową wycieczkę do Egiptu. Dokładnie rok temu. Razem z kumplem trafił na jeden z tych lokalnych targów w Kairze, gdzie turyści rzadko zaglądają. Jednooki sprzedawca o twarzy starej jak świat sprzedał mu amulet z figurką jakiejś bogini. Zarzekał się, że jest to wyrób autentyczny i pochodzi z czasów faraonów. Ammut: tak brzmiało jej imię, o więcej Marcin nie pytał, nie interesowała go historia talizmanu, który zawrócił Adzie w głowie. Praktycznie się z nim nie rozstawała, spała z nim, kapała się, a nawet kochała, co trochę Marcinowi przeszkadzało. Miesiące mijały, a Ada zaczęła się coraz bardziej zmieniać, kłócili się z byle powodu, każda najmniejsza błahostka była powodem do wszczęcia kolejnej awantury. On tego zdawał się nie zauważać. Nie powiązał ze sobą tych spraw…  Aż do tej upiornej chwili, kiedy zobaczył ją nagą, okrutnie okaleczoną pośród gęstego boru.
– Ada, kochanie… – Chwycił ją mocno za ramię.. Odwróciła zmasakrowaną twarz. Jej głowa była już całkiem zdeformowana, to cud, że kobieta jeszcze żyła. Spojrzała przytomnie  przez kotarę opadających na czoło włosów. Światło latarki oświetliło jej pogruchotaną, obdartą ze skóry czaszkę. Uśmiechnęła się ponuro, pokazując okaleczone krwawiące wargi.
– Ammut! Alihat Yutalib Altadhia!
Jej oczy rozbłysły w mroku. Ujrzał w nich bramę prowadzącą do otchłani. Cienie pradawnych istot materializowały się w jej źrenicach. Ich ohydny obraz wrył się gwałtem w jego podświadomość, odbierając mu w jednej chwili rozum. Marcin oszalał, spoglądając na odwieczne oblicze zła, grzech zrodzony z chaosu śmierci.
Rzuciła się na niego, zagłębiając w oczodołach zrobione u kosmetyczki paznokcie. Wydłubała mu oczy, przebiła bębenki uszu i odgryzła język. Tylko niemi, głusi i ślepi mają prawo stanąć przed majestatem Bogini.