Cena szczęścia – Steven Erikson

Gardło sobie podrzynam…

Hubert Przybylski

Tytuł tej recenzji nie bez powodu nawiązuje do postaci najsłynniejszego handlowca w literaturze*. Są bowiem wśród pisarzy i tacy, którzy próbują nam sprzedać, a właściwie to bardziej pasowałoby „wcisnąć”, różne dziwne koncepcje, a czasem nawet i pomysły. O ile jeszcze potrafię bez większego obrzydzenia przejść obok przeróżnej maści eksperymentów literackich**, o tyle literatury ideologiczno-utopijnej nie trawię. Niestety, Steven Erikson, mój ulubiony pisarz fantasy, którego do tej pory uważałem za autora bardzo mądrego i utalentowanego, postanowił… Ech... Postanowił napisać po raz pierwszy w życiu poważną powieść science fiction i to dla mnie nie problem. Ale że jego „Cena szczęścia”, świetnie się zapowiadająca fantastyka bliskiego zasięgu o pierwszym (oficjalnym) kontakcie ludzkości z obcymi, została sprowadzona do poziomu naiwno-ideologiczno-utopijnego, tego mu nigdy nie wybaczę***.

Sam pomysł na start fabuły jest świetny. Na dzisiejszą, wyeksploatowaną i zaśmieconą do granic możliwości Ziemię, z jej wszystkimi wojnami, konfliktami, Trumpami i Putinami, z przemocą rodzinną, bandytyzmem, brakiem tolerancji i w ogóle, przylatują obcy. Trzy najbardziej rozwinięte rasy we wszechświecie/wszechświatach monitorowały rozwój ludzkości i stwierdziły, że tak dalej być nie może. Będąc pod wrażeniem twórczości najsłynniejszej kanadyjskiej pisarki fantastyki, porywają ją w nie do końca typowy dla UFO sposób. Jednak zamiast tradycyjnie, po ufockiemu, wsadzić jej jakąś sondę lub dwie w dolną część pleców****, stawiają przed nią inne zadanie – ma ich przekonać, że ludzie potrafią się zmienić, przestać wyzyskiwać ekosystem planety i stać się jego częścią, a przy tym nowymi, godnymi członkami społeczności obywateli wszechświata. Bo jak nie, to kęsim-kęsim.

Owszem, pomysł sądu nad ludzkością jest ździebko zerżnięty z „Rozstania z Panem” Harry’ego Batesa*****. Ale to żadna wada. Temat był tak rzadko eksploatowany, że można go traktować jako coś świeżego, zwłaszcza że cała reszta, rozwinięcie fabuły powieści i jej zakończenie, są już eriksonowsko-autorskie. I tu mój pierwszy zarzut – spartolone, nieprzemyślane technikalia. Erikson zna się na ludziach, ale technicznego przygotowania do pisania SF nie ma. Zwłaszcza niektóre pomysły na możliwości Adama, SI i rzecznika Delegacji Interwencyjnej, są tak totalnie nierealne, że wręcz magiczne, i to do tego stopnia, że zasługują na miano „mocy”. Zwłaszcza pierwszy, główny pokaz takiej „mocy” obcych, dzięki któremu ludzkość pożegnała się z przemocą wobec innych i dalszą nadmierną eksploatacją ekosystemu planety, jest zdecydowanie odrealniony.

I również z tym „pokazem mocy” wiąże się mój główny drugi zarzut wobec „Ceny szczęścia”. W świetle tego, jak kończy się książka, gdy wychodzi na jaw, czego tak naprawdę chce od Ziemian Triumwirat******, to pozbawienie ludzi możliwości używania przemocy jest zwyczajnie nielogiczne i chyba najbardziej zepsuło mi odbiór. Zwłaszcza że te trzy cywilizacje są tak technologicznie rozwinięte, mają tak niewyobrażalnie wielkie możliwości, że nawet SI, którymi się wysługują, posiadają niemalże boskie moce*******, a tu okazuje się, że nie potrafią sobie poradzić z jedną kłopotliwą sprawą i muszą do tego zatrudniać******** ludzi, w dodatku motywując to w taki sposób, w jaki to zostało w książce umotywowane. Oprócz tego jest jeszcze mnóstwo innych zgrzytów, mniejszych i większych, nielogiczności przeróżnych i takich tam, że momentami to przypominało „Billa bohatera galaktyki” i tym podobne głupawki pisane przez wielkich twórców SF dla jaj. W porównaniu z Malazańską, gdzie Erikson potrafił tak mistrzowsko spleść miliony wątków i poprowadzić fabułę, gdzie wszystko miało swoje logiczne wytłumaczenie, gdzie przyczyny i konsekwencje były zawsze zrozumiałe i bezdyskusyjne, to „Cena szczęścia” wygląda tak, jakby napisał ją ktoś całkowicie inny.

Także to, z czego Erikson jest najbardziej znany – warstwa socjologiczna utworu – nie zachwyca. Malazańska jest najlepiej napisaną socjologiczną fantasy w historii ludzkości i jej twórca zasłużenie nosi tytuł króla tego gatunku. Niestety, „Cena szczęścia” chluby mu w tej materii nie przynosi. Przyzwyczaił nas, że w jego utworach zawsze występuje wielu bohaterów, ale to się sprawdza jedynie w długich cyklach. Przy jednej powieści, nawet tej grubości, wrzucanie kilkudziesięciu postaci jest proszeniem się o kłopoty. Eriksonowi nie udało się należycie rozbudować ludzi zaludniających karty książki i przedstawić ich wnętrz tak, jak przyzwyczaił nas do tego swoją sagą. Wszyscy bohaterowie potraktowani są po macoszemu, bardzo wyrywkowo, a przez to wyglądają płasko i sztucznie, i chyba tylko w przypadku Kola, Caspera Blunta oraz niewymienionej w spisie bohaterów powieści Annie (ofiary przemocy domowej) udało się oddać jakąkolwiek głębię postaci, targające nimi emocje i pragnienia.

Największą jednak wadą „Ceny szczęścia” jest to, że Erikson zrobił z niej manifest ideologii liberalno-demokratyczno-zielonej. Choć w sumie samo to jeszcze by tak nie raziło. Takich fantastycznych ideologicznych manifestów jest na kopy, choćby spora część twórczości Stanisława Lema z „Obłokiem Magellana” na czele. Problemem jest to, że poprzez niespójności fabuły, przedstawionych motywów Triumwiratu, kiepskiego poprowadzenia postaci ów manifest staje się tak wielce naiwny, tak nierealnie utopijny, że aż zwyczajnie śmieszny. Mało tego, momentami Erikson osiąga cel odwrotny do zamierzonego. Przykład. Chciał w tej książce rozprawić się z Putinem i Trumpem. Z tym pierwszym się udało, nie powiem, i to w całkiem niezłym stylu, ale na tle wszystkiego, co się w powieści dzieje, postać amerykańskiego prezydenta Kenta, alter egon Trumpa, choć groteskowa i śmieszna, raczej budzi w czytelnikach sympatię, niż odrzuca.

Tak sobie siedzę i narzekam, narzekam i narzekam, a czy jest coś, co mógłbym w „Cenie szczęścia” pochwalić? Poza tym, że Erikson wykreował ciekawą i oryginalną wizję gwiezdnego otoczenia Ziemi i ludzkości? I że udało mu się naprawdę sprawnie poprowadzić kilka wątków fabuły? I że mu się udało stworzyć kilka pełnokrwistych postaci? Niewiele więcej. Można by rzec, że książka ma swoje momenty, gdy widać (mam nadzieję że niewygasły) geniusz pisarza, tyle że niezbyt liczne. Kilka razy Erikson pozwala swoim bohaterom powiedzieć coś naprawdę mądrego********, ale na tle co najwyżej średnio mądrej całości są to wyjątki.

Moja ocena? 5/10. Zawiodłem się na „Cenie szczęścia”. W porównaniu z innymi utworami o pierwszym kontakcie z obcymi książka może nie odstaje za bardzo jakością, ale to nie jest ten poziom pisarstwa, talentu, mądrości życiowej, umiejętności obserwacji otoczenia i oddania tego na kartach powieści, do którego Erikson przyzwyczaił nas przy okazji Malazańskiej. Jak u Stephensona „7Ew” na tle cyklu barokowego, tak i „Cena szczęścia” na tle Malazańskiej wygląda jak normalny zdrowy błąd w sztuce. Albo próba wciskania ludziom jakiegoś badziewia, w stylu świńskich kiełbasek Dibblera. Mam nadzieję, że Erikson sam to widzi, będzie potrafił wyciągnąć z tego wnioski i więcej takiego błędu nie popełni. I król powróci. Czego Wam i sobie życzę.

PS. Nie ma to jak wziąć kilku co najwyżej średnich autorów SF, żeby pochwalili mocną średnią książkę, literacką wpadkę ich kumpla z prywatnego życia, który umie pisać naprawdę genialnie, milion razy lepiej od nich. Dwa z tego płyną wnioski – że należy omijać blurby z daleka, i że zawiść i złośliwość kolegów po fachu, niby-przyjaciół, nie zna granic.


Tytuł: Cena szczęścia
Autor: Steven Erikson
Tłumaczenie: Dariusz Kopociński
Wydawca: Zysk i S-ka
Data wydania: 28.02.2019
Ilość stron: 560 (brak reklam)
ISBN: 978-83-8116-503-7


* Dlaczego nie Wokulski? Dlatego nie Wokulski, że Wokulski, choć nie miał oporów przed dorabianiem się na wojnie (i że niby na tejże wojnie nie sprzedawał broni jednej, lub, co bardziej prawdopodobne, obu stronom… pfff…), uważałby niektóre towary za niehonorowe. Natomiast pierwszą rzeczą, jaką sprzedał Dibbler, był jego własny honor.

** Które mają tyle wspólnego z literaturą, co świńskie kiełbaski G.S.P. Dibblera z wieprzowiną.

*** A przynajmniej do następnej książki.

**** Jakby co, Parker i Stone mi kazali.

***** Na podstawie tego opowiadania dwa razy nakręcono „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia”.

****** No przecież w SF obcy zawsze czegoś chcą od ludzi. Jeśli nawet nie naszych niewyczerpywalnych zasobów surowców naturalnych, to żeby móc w kimś potomstwo przekokonować, albo choćby późnej obiadokolacji z ludziny. Co oczywiście potwierdza to, że obcymi, tak jak ludźmi, rządzą trzy podstawowe pragnienia – pieniędzy, seksu i pełnego bandziocha. Znaczy, jeśli obcy mają tylko jeden bandzioch.

******* Uwaga spoiler! Nawet normalne zdrowe parapetum mobilae mają. I dają je ludziom. Ale chyba zapominają, że ździebko wcześniej zablokowali ludzkości możliwość wydobywania na szerszą skalę kopalin. A z czego niby ci biedni Ziemianie mają robić części tego parapetum mobiliae? Nie ma wydobycia ropy – nie ma plastiku. Nie ma kopalń żelaza i metali – nie ma z czego robić metalowych części. Zwłaszcza że na produkcję owego źródełka wiecznej energii rzucają się wszyscy, i to dosłownie wszyscy. W dodatku w tempie określanym w dawnych czasach jako tzw. „pięciolatka w trzy dni”. No to z czego niby ludzie mają te ustrojstwa robić? Z ziemnioków!?

******** Choć w świetle tego, co robią, to bardziej wygląda na szantaż i niewolnictwo niż zatrudnienie.

******** Nawet ze dwa cytaty sobie wynotowałem.