Reaktor atomowy Pana Profesora

Ocena: 
6
Average: 6 (1 vote)

Ludzie, obcy, roboty i bajkostwory odeszli na moment od swoich stanowisk i z szacunkiem skłonili głowy wizytującemu ich elektrownię, który właśnie wszedł głównymi drzwiami do pokoju kontrolnego. Mężczyzna gładził długą brodę, witając się z każdym z osobna, pytając o rodzinę, przyjaciół, czy co tam w życiu dobrego się wydarzyło i, w typowym dla siebie geście, wyciągnął z marynarki z wyhaftowanymi atomami pudełko piegów i częstował po jednym. Oczywiście wszyscy, poza robotami, przyjmowali ów podarunek z radością, życząc zdrowia i wszystkiego najlepszego. Bo choć Profesora kochali, to widzieli po jego zmęczeniu oraz zmarszczkach, że jego czas może wkrótce dobiec końca.

Gdy powitania się zakończyły, gość przeszedł do gabinetu kierownika elektrowni. Szczupły mężczyzna wstał i równie serdecznie powitał Profesora, o ile nie cieplej niż reszta zespołu. Zaproponował spoczęcie na krześle i herbatę.

– I jak mają się nasze sprawy, Adasiu? – rzekł starszy mężczyzna, siadając naprzeciwko biurka. – Wszystko w porządku?

– Można tak powiedzieć, Profesorze – powiedział profesor Niezgódka, przygotowując herbatę. – Pobór mocy z roku na rok się zwiększa. Energii jest dość, by dostarczyć ją do wszystkich elektronicznych bajek. Jednak ten regularny wzrost mnie niepokoi. Jeśli ów stan rzeczy się utrzyma, to reaktor w końcu nie wytrzyma. Mam wrażenie, że on robi to celowo.

Profesor zamyślił się. Pomarszczone palce czesały mlecznobiałą brodę niczym grzebień.

– Coś mówił?

– Nie, a przynajmniej nie na tyle głośno, by cokolwiek usłyszeć. Ale śmieje się, aż mnie ciarki przechodzą.

– Rozumiem. Cóż, po tylu niepowodzeniach i czasie spędzonym w odizolowaniu z pewnością mógł postradać rozum. Żal mi go, ale przynajmniej on, a właściwie to jego serce, pozwoli nam zrealizować cel napełnienia dziecięcych umysłów i dusz radością, nadzieją, wyobraźnią i pomysłowością.

– Widzi pan, Profesorze, ja… – zaczął niepewnie Niezgódka.

– Masz wątpliwości, czy dobrze robimy? – odpowiedział Profesor. – Rozumiem cię. Sam mam czasem wątpliwości, czy dobrze uczyniliśmy zamykając go tutaj, na Wyspie Wynalazców. Trochę to ironia losu, ale nie znalazłem lepszego miejsca. A właśnie, przypomniałem sobie. Sprawdzam, czy wszystko gra, bo bajdocjanie przekazali mi, że ktoś wypytywał o wyspę oraz co tu się dzieje.

Niezgódka zerwał się z miejsca.

– Niech mi pan nie mówi, że on wciąż żyje?!

– Wszystko jest możliwe. Był uczniem golarza Filipa oraz adiutantem naszego więźnia. Kto wie, jakie sekrety mógł zebrać, a teraz może myśleć, że uda mu się znaleźć byłego pana. Lecz równie dobrze sam mógł sam zostać nauczycielem i przekazać uczniom całą swoją wiedzę.

– Nie sądzę, by Alojzy Bąbel był zdolny do naśladowania pana Profesora.

– Jak powiedziałem, wszystko jest możliwe. Łącznie ze zmianą człowieka na lepsze lub gorsze. A teraz, Adasiu, pokaż mi tego gagatka. Chcę się upewnić, że wszystko jest w porządku. – Profesor wyciągnął z kieszeni zegarek na łańcuszku i sprawdził godzinę. – Mam mało czasu. Wieczorem mam prom kosmiczny na planetę Mango.

Niezgódka posłusznie przekręcił ekran monitora tak, by Profesor mógł ujrzeć reaktor z oka kamery. Stalowe pudło, wielkie niczym pokój w apartamencie, drżało od energii gromadzącej się w jego wnętrzu. W jedynym okienku pulsowało światło, równo, niczym bicie serca. Co kilka sekund można było dostrzec cień postaci zamkniętej w środku. Nie widzieli ani twarzy, ani otwartej piersi, w której to pulsowało atomowe serce, związane siecią kabli i rurek.

Ale Wielki Elektronik wiedział, że jego nemezis go obserwuje. Uśmiechał się i mówił, choć i tak nikt go nie słyszał. Tak, był słaby i bezsilny, ale miał nadzieję, że niewola minie. Tę samą nadzieję, którą jego arcywróg posługiwał się z wprawą. Może za rok, a może za pół wieku, nieważne, kiedy będzie wolny. Nadzieja pozwalała mu trwać.

– Starzejesz się, a ja wciąż żyję – wyszeptał. – Jesteś tym, co daje ludziom wiarę, nadzieję i miłość. Jesteś emocjami, którymi gardzę. Ja jestem postępem, rozwojem, zimną kalkulacją oraz logiką. I oni mnie też potrzebują, a nie tylko tych twoich żałosnych bajek. Będę, dopóki są ludzie chcący iść przed siebie. Ja wrócę, gdy twój czas dobiegnie końca, Profesorze Ambroży Kleks…