Biuracik szyfrant

Ocena: 
0
Brak głosów

Ciężki na wsi los wolnego biurata. Wśród pól, łąk i lasów, trudno znaleźć suchy kąt, zajęcie oraz towarzysza do nakręcania. Właściciele majątków wolą szorstkie w obyciu, wiecznie usmolone paroboty. Wielkie, ciężkie, sapiące miarowo, koszą latem zboże, zwożą do stodół siano. Zimą przydeptują śnieg na drogach, strząsają sople z telegraficznych słupów. Tęgo dają sobie przy tym spirytusu w palniki, żeby w kotłach było ciśnienie, a smar w przegubach nie tężał. Wiele ich pracowało w Starym Mechaniszewie, którego zabudowania stały samotnie wśród pól i brzozowych zagajników. Jego właściciele mieli też trzy biuraty do liczenia, inwentaryzacji oraz szyfrowania. Choć żaden z nich nigdy nie spotkał wolnej maszyny biurowej, wszystkie zgodnie nimi gardziły.

 

Pewnej wiosny dwa wolne biuraty, mały nowoczesny i duży stary, przyszły ubłocone pod drzwi pałacu, pokornie prosząc o jakąkolwiek pracę. Parowy lokaj, który im otworzył, zagwizdał gniewnie, ciśnienie mu się podniosło, ze skorodowanych przewodów buchnęła para. Przegnałby je, gdyby nie Mężczyzna, który pojawił się tam, zaciekawiony krzykami służącego. Wysłuchał ich próśb, grzecznie wyjaśnił, że nie potrzebuje więcej maszyn liczących, ale mogą zostać, jeśli utrzymają w porządku starą szopę telegrafistów stojącą na polu, pół wiorsty od parobocich czworaków.

 

Poczłapały tam szczęśliwe. Odtąd ten większy, codziennie, sumiennie jak to biurat, doglądał w najmniejszych detalach szopy. Mniejszy włóczył się po okolicy. Był egzemplarzem nowszej generacji, jego sprężyna rozkręcała się o wiele wolniej. Pasjonowały go szyfry i telegrafy. Często przesiadywał pod słupami, z czasem nauczył się na nie wspinać. Godzinami siedział odtąd na ich szczytach, trzymając w dłoniach przewody i, licząc na głos, deszyfrował wiadomości. Chętnie podkradał się pod okna kancelarii biuratów w majątku. Zazdrośnie oglądał stojącą tam na biurku Zagwozdkę. Przeganiali go, gardząc nim z całej sprężyny. Wieczorami siedział wraz ze swym starszym towarzyszem przy podarowanej przez Kobietę świecy. Czasem stary szyfrował mu opowieści o Fornikalii, które dawno temu, jeszcze jako urządzenie na gwarancji, usłyszał od okrętowego sterata. Blaszany marynarz przysięgał, że żyją tam same wolne biuraty. Soczewki mu błyszczały, gdy wspominał Krzemową Dolinę, gdzie pod palącym słońcem szyfruje się logicznym, prostym kodem i nikt nie odmówi nakręcenia. Nowy deszyfrował każde słowo, a potem kreślił plany skomplikowanych urządzeń, rzecz jasna szyfrujących.

 

Kapryśna wiosna przeszła w upalne lato. Paroboty pracujące na roli przywykły do małego biurata, który licząc coś na głos przemierzał polne ścieżki. Pytały go czasem żartobliwie, czy aby na pewno jego głowa jest całkowicie sprawna. Ignorował te przytyki, pogrążony w obliczaniu swojej drogi do Fornikalii. Zaczął znosić do szopy resztki maszyn. Zmajstrował z nich własną maszynę szyfrującą, ale gdzież jej było do tamtej z dworu, lśniącej i wielofunkcyjnej. Z resztek lokomobil, drewnianej skrzynki i sznurka, prawdziwej Zagwozdki zbudować się nie da.

 

Stary biurat, zajęty doglądaniem szopy, nie dbał o nowego, o ile ten na czas przyszedł go nakręcić. Nie zauważył, że nowy pewnego dnia wyruszył ze swoją maszynką pod słup na górce.  Zataszczył ją tam, nie dbając o słabe biurackie ramiona. Za sobą zostawiał plamy płynącego z przegubów smaru. Obwiązał swoje dzieło sznurkiem, po czym powoli wciągnął je na szczyt. Podłączył z obu stron telegraficzne kable i radośnie zaczął deszyfrować depesze, reklamy oraz sekretne sygnały biuractw. Przesyłając je dalej, szyfrował prostym kodem, bo tylko taki dało się z biednej maszynki wysłać.

 

Nie zauważył, co się święci. Wzbijając tumany pyłu, drogą nadjeżdżała towarowa lokomobila, a na jej mostku stały biuraty z majątku. Syczący gniewnie pojazd minął szopę i pognał tam, gdzie siedział nowy, pochłonięty obsługą maszyny. Nie przerwał, gdy wehikuł stanął.

– Złaź! – wrzeszczeli rozsierdzeni kanceliści. – Ja ci dam, podpinaczu! Rdza na ciebie i kwas!

Słup zaskrzypiał niepokojąco, gdy zaczęli nim trząść. Stary towarzysz nowego, zaciekawiony tak doniosłym wydarzeniem jak przejazd lokomobili, przerwał konserwację zawiasów okna w szopie. Poczłapał śladem pojazdu. Od szybkiego marszu leciwa sprężyna zaczęła się zacinać, po czym nagle stanęła. Upadł w piach, znieruchomiał. Nie dotarł na górkę, gdzie pod słupem leżała potrzaskana maszyna szyfrująca i jej konstruktor. Z pękniętej, blaszanej głowy małego marzyciela wysypały się tysiące małych trybików. Biuraty bez słowa naprawiły przewody, wsiadły do lokomobili i odjechały, strasząc myszołowa siedzącego na gruszy. Ptak wzleciał wysoko, wypatrując myszy płoszonych przez paroboty, które w świetle zachodzącego słońca zwoziły z pola ostatnie snopki.