Krwawy las – Geraint Jones

War never changes…

Hubert Przybylski

Przeczytałem właśnie „Krwawy las”, powieściowy debiut Gerainta Jonesa, byłego żołnierza Koalicji, który walczył z dżihadystami w Iraku i Afganistanie. A że to książka napisana przez żołnierza o żołnierzach i wojnie, to trzeba sobie małe co nieco powiedzieć. Mimo że piszących beletrystykę militarną pisarzy było wielu, to Geraint Jones jest jednym z naprawdę niewielu rodzynków w tym cieście. Czym on i jego książka wyróżniają się na tle innych?

W oparciu o listę udostępnioną przez ciocię Wiki* sprawdziłem, ilu znanych i piszących fikcyjne wojenne historie pisarzy (ograniczyłem się do kręgu kultury anglojęzycznej) odbyło prawdziwą służbę frontową/bojową, w czasie której aktywnie brali udział w najstarszej znanej ludzkości rozrywce, czyli zabijaniu bliźnich**. Lista, nie powiem, nie była jakoś, przy tej skali długości trwania naszej cywilizacji i ogólnej liczbie wartych wspomnienia pisarzy, przesadnie długa – ot, kilkadziesiąt nazwisk – ale, po chwili zastanowienia, postanowiłem jeszcze bardziej ją skrócić. W tym celu wywaliłem wszystkich oficerów***. Mimo tego, co powiedział po odbyciu unitarki J. R. R. Tolkien****, wciąż byli oni dla mnie zbyt grzeczni i oddaleni od pierwszej linii. Zostało dwudziestu kilku. Wciąż za dużo, więc ciąłem dalej. Postanowiłem wykreślić intelektualistów, którzy na wojnę trafili z musu (zwanego poborem powszechnym, a w warunkach okołowojennych mobilizacją) lub, nie daj Boże, z przyczyn ideologicznych****** i potem, na skutek wojennych przeżyć, stali się gorącymi zwolennikami ruchów antywojennych*******. Nagle na mojej liście zrobiło się ździebko pustawo, a Geraint Jones został w towarzystwie takich person jak choćby James (zbieżność nazwisk przypadkowa) Jones, Steven Billy Mitchell (znany jako Andy McNab) czy Colin Armstrong (czyli Chris Ryan).

Wreszcie nadejszła była wiekopomna chwila, aby, po tak długachnym wstępie, wziąć się za właściwą recenzję. Zacznę od wprowadzenia do fabuły. Jest rok 9 n.e. Przez lasy Górnej Germanii, niedaleko granicy Cesarstwa, przedziera się głodny, obdarty i dotknięty amnezją tajemniczy mężczyzna. Trafia on na pozostałości ofiary, którą Germanie złożyli swoim bogom ze złapanych rzymskich legionistów, a zaraz potem odnajduje go oddział Rzymian. Za sprawą germańskiego księcia i rzymskiego obywatela zarazem, Arminiusza, nasz bohater pod imieniem Felix zostaje wcielony do jednego z trzech legionów dowodzonych przez Warusa. W atakowanej przez zbuntowanych Germanów armii znajduje nową rodzinę. Czy zdoła ochronić ją i siebie w Lesie Teutoburskim?

Współcześni pisarze-eks-żołnierze mają jedną cechę wspólną – jeśli w ich książkach jest jeden bohater główny, to narracja jest prawie zawsze prowadzona pierwszoosobowo. Na pewno to dużo prostszy sposób oddania pełni emocji odczuwanych przez postacie, zwłaszcza gdy trafiają one w wir walki********, ale jednocześnie stanowi pułapkę, gdyż przy takiej narracji najłatwiej zepsuć opowieść. Najlepszy przykład to McNab (będę się posługiwał pseudonimem tego pisarza). Gdy opisuje walkę, to wszystko jest świetnie, ale gdy akcja zwalnia (a w takim „Stanie zagrożenia” akcja dzieje się tak w 90% książki), to jego bohater momentalnie zaplątuje się wielowątkowe, wielowymiarowe dywagacje z samym sobą, przez co książka od razu staje się równie zjadliwa jak trociny. Geraint Jones może nie był równie dobrym żołnierzem jak wspomniany SAS-man, ale za to talentem literackim bije go na głowę. Udało mu się z tej pułapki wyjść obronną ręką. Jego opisy życia obozowego, relacji pomiędzy żołnierzami, ich przemyśleń na temat otaczającego świata, sposobów radzenia sobie ze stresem, szukania kotwic, dzięki którym nie stracą resztek człowieczeństwa, są tak soczyste, tak sugestywne, że czytelnik nie ma najmniejszych trudności z wczuciem się w dowolną z opisywanych postaci. A do tego dochodzi to, o czym wspomniałem wcześniej – walka. Pokazana z perspektywy człowieka, który na widok potworności, w których musi brać udział, tracąc towarzyszy broni i kolejne cząstki siebie, balansuje na granicy szaleństwa, ale jednocześnie ma na tyle silną wolę i instynkt przetrwania, że się nie poddaje i tej granicy nie przekracza. I który doskonale rozumie i nie ocenia tych, którzy załamują się i robią mentalny krok za daleko. Pod tym względem, „Krwawy las” to perełka, porównywalna z „Cienką czerwoną linią” Jamesa (zbieżność nazwisk przypadkowa) Jonesa. Choć ten akurat zdecydował się na narrację w trzeciej osobie.

Ale żeby nie było, moja pochwała nie oznacza, że „Krwawy las” to najlepsza książka świata. Nie jest też ani świetna, ani genialna, ani kapitalna. To debiut młodego faceta, który sporo przeżył, ma ogromny, wręcz kobylasty talent, ale warsztatu zwyczajnie nie zdążył jeszcze sobie wyrobić. Wciąż zdarzają mu się momenty pisarskiej czkawki, której nie naprawił pomagający w procesie twórczym sztab angielskich redaktorów. Czasami fabuła leciusieńko zgrzyta, czasami zauważyć można brak wyważenia między tym co w głowie, a tym co w rękach i ustach postaci (no ile można czasu dumać i zastanawiać się nad odpowiedzią w czasie normalnej rozmowy o byle czym?), czasami wszystko za bardzo się wlecze, czasami tajemnica jest zbyt tajemnicza. Największy problem miałem z początkiem opowieści, z wbiciem się w jej rytm i przystosowaniem się do stylu. Choć drugą połowę książki przemknąłem jak burza, to pierwsza ździebko mnie wymęczyła. Sądzę jednak, że autor szybko da sobie z tam radę, a widząc, jak wysokie są oceny drugiej części cyklu (na zgniłym kapitalistycznym Zachodzie w sprzedaży od kilku miesięcy), to pewnie już sobie poradził.

W kwestii konkretnego uszczegóławiania się przyczepić się muszę do dwóch rzeczy – kompletnie współczesnego słownictwa i stosów wulgaryzmów. Może to podoba się młodemu czytelnikowi, a raczej „na pewno” niż „może”, ale dla takich szortalowych emerytów, jak piszący te słowa sługa Wasz uniżony, to jest normalnie zdrowo ciężkostrawne. Choć w sumie to nawet bardziej niż wulgaryzmy przeszkadza mi brak łacińskich nazw, na przykład wyposażenia, które chyba powinien znać każdy (jak choćby „pilum”*********). Zachowano tylko nazwy oddziałów i stopni – centuria, kohorta, ala, legion, centurion, pretor, trybun… takie tam – część z nich została objaśniona za pomocą schematów na początku książki. Ale tu, podobnie jak w kwestii wulgaryzmów, także i ten miecz ma dwa końce. Może dzięki temu młodzież nie zniechęci się do tematyki i w przyszłości sięgnie po nieco bardziej hardcorowe powieści?

Moja ocena? 7/10. Jak wspomniałem, to nie jest książka genialna czy świetna. Jest „tylko” bardzo dobra, a biorąc pod uwagę, jak wielu rzeczy udało się w swoim debiucie pisarskim Geraintowi Jonesowi nie zepsuć, to tym bardziej staje się warta zauważenia. I przeczytania, bo jakoś tak straszna posucha w temacie naprawdę dobrych powieści w klimatach starożytnorzymskich się zrobiła. Poza tym – co wiąże się bezpośrednio z moim krojeniem listy pisarzy – kiedy ostatnio czytaliście dobrą książkę napisaną przez byłego żołnierza, który sporo przeżył, a jednak nie wspomina co chwila, jak wielkie ma PTSD**********? Kończąc niniejszy tekst, mam wielką nadzieję, że REBIS nie każe nam zbyt długo czekać na ciąg dalszy „Krwawego lasu”. I autor takoż.

PS. Pewnie się zdziwiliście, że nie zaliczyłem „Cienkiej czerwonej linii” Jamesa (zbieżność nazwisk przypadkowa) Jonesa do nurtu antywojennego. Według mojej subiektywnej oceny ten facet nie miał nic przeciwko wojnie. Jeśli już czegoś nienawidził, to była to raczej reszta ludzkości.


Tytuł: Krwawy las
Autor: Geraint Jones
Tłumaczył: Mirosław P. Jabłoński
Wydawca: REBIS
Data wydania: 12.02.2019
Ilość stron: 408 (zero reklam, za to ździebko podziękowań i autorskich wyjaśnień)
ISBN: 978-83-8062-327-9


* https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_authors_in_war

** Nie liczę tu tych, którzy obsługiwali radary czy „niepolowe” radiostacje, jeździli sanitarkami, latali bombowcami czy walczyli w marynarce, znaczy, wojennej. I tak dalej. Nie umniejszam ich udziału w wojnie, ale nie doświadczyli oni nigdy widoku oczu wroga, któremu właśnie zrobili bagnetem splenektomię albo któremu osmalili włosy na klacie podczas aplikacji końskiej dawki ołowiu w kulkach.

*** Albo – jakby to ujął niejaki Gorbals Wullie – „pieprzonych łoficerków”.

**** Pewnie każdy, kto odbył unitarkę, zgodziłby się z jego opinią, że „wśród przełożonych ciężko o dżentelmenów, i istoty ludzkie także”*****.

***** „Apropo” Tolkiena. Co łączy jego, A.A. Milne’a i C.S. Lewisa? Wszyscy trzej po przebytej gorączce okopowej (przenoszonej przez wszy), zajęli się pisaniem bajek. Niestety, nie udało mi się ustalić, u kogo z tej trójki choroba przebiegała ciężej i jaki to miało wpływ na wybór tematyki i wieku odbiorców ich utworów. Jeśli Wy, moi drodzy Szortalowicze, dysponujecie taką wiedzą, lub choćby tylko przypuszczeniami, podzielcie się nimi w komentarzu pod recenzją.

****** Prawdopodobnie jadąc na wojnę mieli głowy pełne wyobrażeń powiewających na wietrze zwycięstwa sztandarów oraz nocno-ogniskowego picia tanich win i śpiewania smętnych wojennych ballad w męskim gronie towarzyszy broni.

******* Ciekawostka – choć George Orwell walczył w wojnie w Hiszpanii, po stronie Republiki, czyli socjalisto-komunistów, zaliczywszy po drodze postrzał w szyję, to jednak w swoim późniejszym życiu wojny zwalczał dużo słabiej niż sowiecki totalitaryzm. A praktycznie to prawie w ogóle wojen nie zwalczał. Wygląda na to, że kontakt z przyjaciółmi Sowietami sprawił, że system wartości mu się przewartościował i zaczął zgadzać się ze słowami kardynała Richelieu – „Boże, strzeż mnie od przyjaciół, z wrogami poradzę sobie sam.”

******** W końcu każda bitwa, jakby nie była wielką i tak sprowadza się do biorących w niej udział jednostek. Znaczy, pojedynczych ludzi, nie oddziałów.

********* No nie wierzę, że nikt tu nie czytał nigdy Asteriksów.

********** I zanim mnie ukrzyżujecie za „nabijanie się” z ludzi z traumami – mam ogromny podziw dla tych, którzy nie boją się i nie wstydzą przyznać, że doświadczyli na wojnie mentalnych ran i starają się zaleczyć je pisaniem, jednocześnie przestrzegając innych przed pochopnymi decyzjami (w końcu choćby w takim USA wszyscy żołnierze to jednak wyłącznie ochotnicy). Ale nie wolno zapominać o tych eksżołnierzach, którzy mieli silniejszą psychikę i mają dziś inne, mniej traumatyczne podejście do wojny.