Magia i ogień – Nik Pierumow

Biedne misie 2

Hubert Przybylski

Kiedy nieco ponad dwa miesiące temu recenzowałem Wam pierwszy tom napisanego przez Nika Pierumowa cyklu Blackwater, nie spodziewałem się, że tak szybko uda mi się przeczytać kontynuację – „Magię i ogień”. A już na pewno nie spodziewałem się, że autor aż tak mnie zaskoczy. Czy było to zaskoczenie pozytywne, czy negatywne, o tym za chwilę.

Tak, domyśliliście się*, najsampierw powiem Wam jednak ździebko, o czym traktuje drugi tom przygód Molly Blackwater. Ale w trosce o tych, którzy nie czytali pierwszej części serii, zrobię to bez wdawania się w szczegóły. Nasza dojrzała, trzynastoletnia bohaterka wpada w ręce Departamentu Specjalnego. Jak się okazuje, ta tajemnicza, walcząca z wszelkimi przejawami magii instytucja, a zwłaszcza kierująca nią piątka parów, którzy na intrygach i nieoficjalnym działaniu zjedli zęby, ma wobec Molly i jej bliskich swoje plany. Zaczynają się zmagania umysłów. Czy uda się zapobiec jatce?

Tak, znowu nabijam się z Pierumowa. Ale wybaczcie mi – kiedy autor czyni bohaterką swojej sagi początkującą nastolatkę** i każe jej wdawać się w często-gęsto wygrane pojedynki woli i intelektu z niezwykle inteligentnymi i wpływowymi ludźmi ze specsłużb, to naprawdę trudno jest się od nabijania powstrzymać. Tym bardziej, że momentami akcja robi się naprawdę brutalna, zwały trupów***, nawet jeśli bez wdawania się w szczegóły****, piętrzą się wysoko. A przecież wystarczyło na starcie dać Molly z piętnaście, szesnaście lat i aż takiego problemu by nie było.

Jeśli czytaliście moją recenzję pierwszego tomu cyklu, to pamiętacie zapewne, że nabijałem się***** także z tego, jak prorosyjska jest to literatura. A raczej jak przesadna i naiwna jest w tej kwestii. I tu się, niestety, też nic nie zmieniło. Znaczy, ilościowo jest może tego ździebko mniej, bo akcja nie toczy się już na północy, ale za to ciężar wzrósł. Szczyt szczytowych szczytów pojawił się na horyzoncie, gdy Pierumow w odniesieniu do Brytyjczyków zatrzymał się na „Królestwie” czy „państwie”, natomiast Ruskich zaczął  nazywać „Narodem”. W tym tempie w trzecim czy czwartym tomie Rooskies pokonają Królestwo, a wojnę nazwą „Wielką Wojną Ojczyźnianą”.

Za to zmieniło się, dużo, i to w ciągu zaledwie kilku miesięcy, w kwestii fabuły i warsztatu pisarskiego. Pierumow zaskoczył mnie na całego. Nie sądziłem, że da radę przykuć mnie do książki aż tak, żebym przeczytał ją w ciągu jednej nocy. A jednak. Autor pokazał, że w kwestii rozrywkowej fantastyki osiągnął poziom mistrzowski. Nie mogłem oderwać się od lektury aż do ostatniej strony „Magii i ognia”, a kiedy ta chwila nadeszła, to tak bardzo chciałem więcej, że aż opanował mnie mózgowy odpowiednik ssania w dołku. Chciałem jeszcze. Chciałem natychmiast. I dalej chcę. Ostatnim razem tak na mnie podziałała „Sente” Cholewy.

Moja ocena? 8/10. Ciągle nie mogę się uporać z wiekiem Molly, do tego Pierumow zaczyna się coraz bardziej prorosyjsko nakręcać, więc nie mogłem dać wyższej oceny. Szkoda, bo literacko, jak mało kto, na to zasłużył. Zwłaszcza gdy się ciągle ma w pamięci to, jak zaczynał swoją pisarską drogę i jak duże postępy zrobił. Bierzcie i czytajcie to, ludzie, bo warto – tak dobrej fantastyki rozrywkowej, zwłaszcza takiej, którą można bez obaw dać do rąk młodszej młodzieży, z normalną zdrową świecą szukać.


Tytuł: Magia i ogień. Blackwater tom II
Autor: Nik Pierumow
Tłumacz: Ewa Skórska
Wydawca: Wydawnictwo Akurat
Data wydania: 13.03.2019 (planowana)
Ilość stron: 480 (egzemplarz recenzencki)
ISBN: 978-83-287-1153-2


* Niby nie powinienem być zaskoczony, bo domyślacie się zawsze, ale i tak uświadomienie sobie, że tak inteligentni ludzie mnie czytają, sprawia mi zawsze przyjemną niespodziankę.
** No ja rozumiem, że w niektórych kręgach cywilizacyjno-kulturowych dziewczynka staje się dojrzałą kobietą zaraz po pierwszej menstruacji, ale to nie są moje kręgi.
*** Mam wrażenie, że Pierumow też jest normalnym zdrowym miłośnikiem kina radosnej rozpierduchy lat osiemdziesiątych.
**** I dzięki Bogu. W końcu Molly jest mistrzynią w posługiwaniu się ogniem i tylko tego brakuje, żeby Amierikańce dali książce „czerwoną erkę”.
***** Choć tak wtedy, jak i teraz z żalem przyznaję, że chciałbym też na naszym podwórku zobaczyć choć jednego wydawanego również za granicą autora fantastyki, który byłby takim patriotą i tak kochał swój kraj. Niestety, to u nas w dalszym ciągu nie jest tak modne, jak szkalowanie ojczyzny. Rozbiory jednak nigdy się nie skończyły.

Odpowiedzi

Tylko pięć gwiazdek?!

więc średnia jest niezła ;P