Odyseja Lanfeusta. Tom 1 – Christophe Arleston, Didier Tarquin

Znowu się zaczyna! Jak dwadzieścia lat temu!

Marcin Knyszyński

No to zaczynamy kolejną kilkuodcinkową serię przygód dzielnego Lanfeusta ze świata Troy. Christophe Arleston i Didier Tarquin, po szalonej podróży przez czas i przestrzeń, którą odbyliśmy razem z ich bohaterami w „Lanfeuście w kosmosie”, wracają na planetę. W świecie komiksu minęło już dwadzieścia lat – niestety Lanfeust, w wyniku niefortunnych przenosin w czasie, postarzał się tylko o dwa. Jego powrót do miasta Eckmul, stolicy Troy i siedziby wielkiej Akademii kształcącej najtęższe umysły na globie, zapoczątkuje lawinę niesamowitych wydarzeń i oczywiście slapstickowych gagów.

Fabułę zarysujmy tylko z grubsza – autorzy przyzwyczaili nas już do jej gwałtownych zmian i oduczyli przywiązywania się do miejsc i bohaterów. Może z wyjątkiem dwóch, bez których ten komiks by nie istniał – walecznego kowala Lanfeusta, który posiadł tajemnicę praktycznie nieograniczonej mocy Magohamotha oraz jego towarzysza, oswojonego, ale nadal bardzo niebezpiecznego trolla Hebiusa. W Eckmul nikt nie wita ich jako bohaterów – ba, po zadymie w karczmie, wywołanej przez Ojapę, czarny charakter pozostający na usługach złowieszczej Szujanny, Hebius zostaje karnie zaczarowany i sprzedany a Lanfeust siłą wcielony w poczet studentów Akademii. Tylko starzy, dobrzy znajomi z zamku Or Azur mogą pomóc naszym awanturnikom, a jest też ku temu dodatkowa przyczyna – ziemia pod zamczyskiem drży, zamieniając co jakiś czas jego wieże w sterty gruzu. Jaka złowroga moc drzemie w podziemiach Or Azur i dlaczego Lanfeust z ekipą po odpowiedzi musi wrócić do Eckmul?

Dwa początkowe odcinki pierwszego tomu „Odysei Lanfeusta” to pewna zamknięta całość – wprowadzenie do właściwej intrygi. Zawiązuje się ona w trzecim odcinku podczas Dnia Wielkiej Próby uczniów Akademii Eckmul. Ten doniosły dzień kończy się tragicznie – Lanfeust i Hebius, obciążeni poważnymi oskarżeniami i pozostawieni sami sobie, muszą uciekać ze stolicy oraz znaleźć sposób na naprawienie Wielkiego Zła i udowodnienie swojej niewinności. Jedynym ratunkiem jest pewien młody asystent czarodzieja o imieniu Riplej, którego specjalne zdolności mogą przywrócić Lanfeusta do łask. Ale Riplej dał nogę i jest już na końcu świata – nasi bohaterowie ruszają na poszukiwania. Ich tropem niestety podążają wyszkoleni zabójcy prowadzeni przez bezlitosnego półtrolla.

Cała „Odyseja Lanfeusta”, która zamknie się w dwóch tomach, ma dziesięć odcinków – o dwa więcej niż poprzedzające ją „Lanfeust z Troy” i „Lanfeust w kosmosie”. Wszystko dlatego, że autorzy komiksu, po dwóch odcinkach poszukiwań nowej, nieco innej formy opowieści, ostatecznie z niej zrezygnowali i postanowili dać czytelnikom to, co dobrze znają i bardzo lubią. A że ośmioodcinkowa historia jest tym, „co sprawdza się najlepiej w przypadku świata Troy”, skończyło się na dziesięciu epizodach. Christophe Arleston sprytnie poradził sobie z faktem, że wszyscy towarzysze Lanfeusta z pierwszej serii przygód postarzeli się o dwadzieścia lat, podczas gdy on sam się nie zmienił. Otóż do gry wprowadzono potomstwo bohaterów – pojawia się Alcybiades, syn Kawalera Or Azur, wykapany ojciec pod względem wyglądu i charakteru oraz C’ixi, kopia dawnej miłości Lanfeusta, która jest jej… siostrzenicą. Młoda C’ixi, „nie-jestem-swoją-własną-ciotką!”, zasługuje na szczególną uwagę – to chyba najbardziej komediowa, ciekawa, przebojowa i inteligentna postać w całym komiksie.

Ale pojawiają się też nowi bohaterowie. Lanfeust dorabia się (uwaga!) aż czterech żon, które wprost prześcigają się w wypełnianiu małżeńskich obowiązków i stoją murem za swoim, poszukiwanym na każdej szerokości geograficznej, mężem. Odwiedzamy nowe miejsca, niezmiennie wspaniale narysowane przez Didiera Tarquina, który nadal pozostaje mistrzem szczegółów – świadczą o tym chociażby statek marsułtana Brunduzji, jaskinia „metakrakena”, Transpłaskowyżowa Kolejka Dojazdowa strzeżona przez węże wielkości całych miast i wiele innych. Nie mamy oczywiście zbyt dużo czasu, aby nacieszyć się widokami, bo Arleston jak zwykle popycha akcje nieustannie do przodu, znowu wplatając w nią charakterystyczny, pieprzny humor, balansujący niekiedy na granicy dobrego smaku. Największymi generatorami uśmiechu nie są jednak dwaj główni bohaterowie, lecz kobiety – harem pozostawiony Lanfeustowi w spadku przez marsułtana i nade wszystko C’ixi, uporczywie szukająca sposobu na utratę dziewictwa.

Powraca również wielki Magohamoth, nadistota będąca źródłem całej magicznej mocy Troy. Ten niemal wszechmogący byt jest zagrożony i to żyjący z nim w niewytłumaczalnym połączeniu Lanfeust jest szansą na ocalenie. Pojawia się też w końcu nemezis – jeszcze nieśmiało, jeszcze nie na miarę Thanosa, ale w zdecydowany i budzący o wiele większy niepokój sposób.

Fani poprzednich przygód Lanfeusta nie będą zawiedzeni. Arleston i Tarquin prezentują standardowy dla siebie slapstickowy ciąg karkołomnych perypetii, ciążący czasem swą estetyką ku japońskiej, humorystycznej mandze. Trzymają się dobrze znanej wszystkim tezy inżyniera Mamonia, wedle której najbardziej lubimy to, co dobrze znamy – idę o zakład, że w drugim tomie będzie tak samo.


Tytuł: Odyseja Lanfeusta. Tom 1
Scenariusz: Christophe „Scotch” Arleston
Rysunki: Didier Tarquin
Tłumaczenie: Maria Mosiewicz
Tytuł oryginału: Lanfeust Odyssey #1-5
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Editions Soleil
Data wydania: styczeń 2019
Liczba stron: 248
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 216 x 285
Wydanie: I
ISBN: 9788328135642