Żołnierz mimo woli

Ocena: 
6
Average: 6 (1 vote)

Marcina obudziło dudnienie, jakby ktoś uderzał pałką o metalowy kontener. Mruknął niezadowolony, myśląc, że to pewnie jakiś gówniarz z osiedla, który kijem walił o pobliskie garaże. Chciał się przekręcić na drugi bok, ale raptem zdał sobie sprawę, że jego ręce są przymocowane do podłoża. Otworzył oczy, ale ujrzał tylko ciemność. Próbował się zerwać z miejsca, ale uderzył głową o niewidzialną w mroku ścianę. Zabolało i wrzasnął.

Raptem bok jego więzienia otworzył się, wypełniając wnętrze oślepiającym światłem. Podłoże, na którym leżał zaczęło się wysuwać na zewnątrz. Oczy, które nie przyzwyczaiły się jeszcze do jasności, widziały jedynie jak nieznana mu postać pochyla się nad nim.

– Witamy w Gwardii Mor’Sar, rekrucie. – Powiedział niski, nie znoszący sprzeciwu głos.

– W czym? – Odpowiedział skołatany Marcin. – Gdzie ja jestem?

– Nie czas na wyjaśnienia. Zaraz zacznie się bitwa. Rozpocząć sekwencję „rekrut”.

W tym momencie Marcin zauważył, że stojąca nad nim postać miała na sobie zbroję rodem z filmów science fiction, pełną złotych napisów, których znaczenia nie rozumiał. Mężczyzna bacznie mu się przyglądał, jakby go oceniał. Przechylił głowę i rozejrzał się. Byli tam również inni ludzie w podobnych, chociaż mniej ozdobnych strojach. Mężczyźni oraz kobiety stali na baczność z uśmiechem na ustach. Na ich skroniach pulsowały niewielkie, zielone punkciki.

Nie dano Marcinowi czasu na protesty. Platforma, na której leżał, znowu się poruszyła, transportując go do urządzenia przypominającego piec. Klapa zamknęła się za nim, a setki drobnych dłoni zdarło z niego piżamę i na to miejsce założyło sztywny, przywierający do ciała kombinezon, a potem przymocowało do niego elementy zbroi identycznej jak u ludzi stojących w szeregu. Na koniec podano mu futurystycznie wyglądający karabin.

Nawet nie dano mu czasu, by się zastanowić. Pod jego stopami otworzyła się klapa, przez którą wypadł ze statku kosmicznego.

Marcin wylądował twardo na ziemi, choć nie poczuł bólu. Wstał i zalała go fala informacji widocznych na wizjerze hełmu, który miał na sobie. Po mapie poruszały się różnokolorowe figury. Z boku wyświetlały się sceny z pola bitwy i szarżujących na nich niedźwiedzi w kosmicznych zbrojach i z karabinami wielkości armat. Zaczął panikować i uciekać jak najdalej od miejsca walk. Nie wiedział, gdzie do cholery jest, ale wolał w to się nie mieszać.

Raptem tuż nad nim pojawił się cień. Marcin spojrzał w górę i ujrzał galaretowatą mackę mieniącą się wieloma kolorami tęczy. To coś złapało go i wciągnęło do środka.

Znowu zapadła ciemność.

Lecz nie na długo, bo obudził go znajomy głos.

– Oblałeś test, rekrucie. – Rzekł kapitan, wzdychając ciężko. – Gdybyś nie uciekał, byliby z ciebie ludzie. A tak musisz przejść dodatkowe przeszkolenie i otrzymać implant „szeregowego”

– Co?! Jaki implant? Masz na myśli to błyszczące na zielono, co mają pozostali? – Zakrzyknął Marcin. – Ale ty tego nie masz.

– Nie mam. Ale to właśnie jest część testu. Z tego miejsca nie ma ucieczki. Domyśliłem się już pierwszego dnia, gdy tylko ta metalowa puszka, w której przybyłem otworzyła się. Jednak w przeciwieństwie do reszty podporządkowałem się z własnej woli. Dzięki temu zyskałem przychylność generała oraz awans na oficera. Wiesz, czemu? Bo on lubi mieć inteligentnych dowódców, którzy potrafią sami myśleć. To znacznie ułatwia bitwy w porównaniu do kierowania wszystkim samemu. Ci, którym trzeba było wszczepić implant, stali się lojalną masą niezdolną do samodzielnego myślenia. Spełnią ślepo każdy rozkaz generała, nawet jeśli ten kazałby im skoczyć w przepaść. I zaraz sam do nich dołączysz.

– Nie! Ja nie chcę. Błagam! Uciekniemy stąd. – Marcin krzyczał i szarpał się próbując uwolnić się z uścisku metalowych kajdan. – Litości. Jesteśmy ludźmi z Ziemi, a nie jakimiś Mor’Sar. Błagam.

Ale kapitan już go nie słuchał. Odwrócił się na pięcie i wyszedł z pomieszczenia. Nie lubił momentu, gdy wiertła zrywają skórę i wdzierają się do środka czaszki. Wszędzie wtedy bryzga krew, a krzyki pacjenta są gorsze od krzyków umierających na polu bitwy.

 

Huk wystrzałów. Krzyk ludzki miesza się z rykiem niedźwiedziopodobnych Nuratu. Promienie laserów bzyczą, a srebrne pociski ciężkich karabinów świszczą. Marcin leży w leju po pocisku artyleryjskim i słucha tej orkiestry. Jest zachwycony, mimo iż od pasa w dół nie ma nic poza czerwoną plamą krwi.

Uśmiecha się, bo wie, że jego towarzysze broni wygrywają, a on mógł się poświęcić za sprawę i nie pozwolą tym bestiom zająć tego świata. Widzi to na wizjerze, który cały czas informuje go o przebiegu bitwy, rozstawieniu jednostek i stanie psychicznym ich generała. Jest zadowolony, co Marcina bardzo cieszy. Szczęście generała to i jego szczęście. Tak przynajmniej podpowiada mu wszczep umieszczony na jego skroni. Zielona fala radości pochłania go całkowicie.

Zamyka oczy. Jutro też jest dzień. Wróci. Zawsze wraca. Nowy, lepszy i bardziej oddany sprawie. Wróci, by zabijać w imieniu Mor’Sar i swojego generała.