Kocia kołyska – Kurt Vonnegut

Hubert Przybylski

Houston, mam problem. Normalny zdrowy problem. Przeczytałem „Kocią kołyskę” Kurta Vonneguta i mam wątpliwości, czy to naprawdę aż taka dobra książka, warta tych wszystkich ochów i achów, jakie widzę wszędzie dookoła. Mało tego, żeby sprawdzić, jak bardzo różnię się od tych wszystkich ocho- i achowiczów, zdecydowałem się na to, na co bardzo wyjątkowo się decyduję*. A mianowicie przeczytałem kilka spośród najbardziej wychwalających tę książkę recenzji, jakie znalazłem w Internecie, i parę omówień. Co z tego wyszło? O tym za momencik.

Albowiem najsampierw tradycji musi stać się zadość, znaczy, wypada przybliżyć treść książki. A wszystko zaczyna się tak – młody pisarz zbiera materiały do pracy o twórcy bomby atomowej, fikcyjnym geniuszu Feliksie Hoennikerze. W końcu ląduje na równie jak ów naukowiec fikcyjnej wyspie San Lorenzo, gdzie jest świadkiem końca świata. Ale zanim to się stanie, spotka szereg groteskowo przerysowanych, często wręcz karykaturalnie skrzywionych postaci, które wywrą na niego niebagatelny wpływ.

Zdaniem innych recenzentów, w pierwszej kolejności powieść jest satyrą na naukowców i prowadzący do niechybnej zagłady ludzkości wyścig zbrojeń. To wydaje się oczywiste. Felix Hoenniker jest przedstawiony jako zatrudniony w pracującym dla rządu USA ośrodku badań prawdziwie genialny naukowiec, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych, a jednocześnie jest totalnie oderwany od rzeczywistości, aspołeczny do granic możliwości i nie zastanawia się nad możliwymi następstwami swoich czynów. Co ciekawe, niezbyt wielu internetowych recenzentów zauważa podobieństwo jego do Roberta Oppenheimera, jednego z rzeczywistych twórców bomby atomowej, który wraz z kilkoma kolegami po fachu udostępnił ZSRS plany budowy A-bomby, wierząc, że dzięki temu na świecie zapanuje pokój i dobrobyt. Oni też okazali się ździebko oderwani od rzeczywistości oraz popisali się totalną nieznajomością ludzkiej natury i przy całym swoim geniuszu tego, że tym czynem przyspieszą możliwość atomowej zagłady ludzkości, już nie przewidzieli…

Drugim pozornie- oczywistym tematem książki jest religia, której przejaskrawionym, ironicznym odbiciem jest bokononizm. Jej twórca, prorok Bokonon, napisał „Księgę Bokonona”**, zbiór sentencji i aforyzmów na temat wszystkich możliwych kwestii dotyczących świata i ludzi. Zaczyna się ona stwierdzeniem, że wszystko, co zawiera, to łgarstwa, które jednak, po chwili zastanowienia, w przewrotny sposób zdają się prawdziwsze od najprawdziwszej prawdy. Sprawia to, że wbrew innym, w dodatku jako mało religijna osoba, uważam, że to nie jest zwykłe nabijanie się z religii, tylko satyra na tych, którzy właśnie to robią. Najlepszy przykład to początkowe stwierdzenie, że cała zawartość świętej księgi to kłamstwa. Idealnie to pasuje do tego, co krytycy mówią o Biblii, na przykład o jej wersji stworzenia świata. Tylko niech mi ktoś powie, jak bez wykorzystania kłamstwa wytłumaczyć proces powstawania Ziemi i życia na niej komuś, kto stoi na tak niskim poziomie cywilizacyjnym, że potrafi liczyć tylko do dziesięciu, bo tyle ma palców u rąk***. Uważam też, że mylą się ci, którzy twierdzą, że „Księga Bokonona” była wzorowana wyłącznie/głównie na Biblii. Wystarczy przeczytać choćby urywki „Dialogów konfucjańskich”****, żeby zauważyć dużo wyraźniejsze podobieństwo.

Jako że ta recenzja zaczyna się robić przydługawa, takie kwestie jak satyra na postawy i zachowania ludzkie pominę***** i przejdę do mojej najważniejszej konkluzji. Wydaje mi się, że „Kocia kołyska” jest przede wszystkim satyrą na samego siebie. Znaczy Kurt Vonnegut, kpi w niej******* z Kurta Vonneguta. Nie wiem, może miał jakiś kryzys wieku średniego lub innej tożsamości, albo było to wynikiem kryzysu kubańskiego (spowodowanego przynajmniej w połowie przez również dążący w lewo Związek Sowiecki), czy też inna „jesienna deprecha” go dopadła – nie będę w to wnikał, bo na to mógłby odpowiedzieć jedynie ktoś, kto go w tamtym okresie nie tylko dobrze znał, ale i rozumiał. Dlaczego tak myślę? Z bardzo prostego powodu. Czy gdyby było inaczej, Vonnegut uczyniłby bohaterem książki pisarza i dziennikarza, posiadającego te same jak on wady (był nałogowym palaczem i miał „ciągoty” do alkoholu) i wyznającego podobne życiowo światłe (utopijne) poglądy, które pod koniec książki zdarzają się z rzeczywistością i okazują się zwykłymi mrzonkami********.

Moja ocena? 7/10. To nie jest książka genialna, kapitalna czy świetna. Aż tak daleko nie mógłbym się posunąć w jej ocenie. Spośród powieści antyzagładowoludzkościowych najbardziej do niej podobna przesłaniem i treścią „Doktor Strangelove albo jak nauczyłem się nie bać i pokochałem bombę” Petera George’a********* podobała mi się ździebko bardziej. Ale przyznaję, że „Kocia kołyska” jest bardzo dobra i warta przeczytania. Choćby ze względu na łgarstwa Bokonona. Na zakończenie pozwalam sobie przytoczyć wspomniane już pierwsze z nich – „Wszystkie prawdy, które wam tutaj wyłożę, są bezwstydnymi kłamstwami”.


Tytuł: Kocia kołyska
Autor: Kurt Vonnegut
Tłumaczenie: Lech Jęczmyk i Janusz Jęczmyk (wiersze)
Wydawca: Zysk i S-ka
Data wydania: 28.01.2019
Ilość stron: 360 (brak reklam)
ISBN: 978-83-8116-544-0

* Znaczy, odkąd nie potrzebuję tego robić.
** Bo jakżeby inaczej miała się nazywać?   
*** No chyba że należy do tego marginesu ludzi wybitnie inteligentnych i chodzi w sandałach lub boso, dzięki czemu ma dostęp także do palców u nóg. Albo do liczenia wykorzystuje pasące się kozy (ciekawe, jak w tym ostatnim przypadku przenosili znak na druga stronę równania).
**** No i samą „Kocią kołyskę” oczywiście.
***** Bo pewnie wszędzie przeczytacie o tym, jak to Vonnegut wyśmiewa się z ludzi zarozumiałych i wywyższających się nad innymi******, zakochanych lub ogarniętych pożądaniem (w zależności od interpretacji omawiającego), urzędników państwowych, ludzi zwyczajnie głupich czy też z powodu doznanych traum uciekających od rzeczywistości (dla tych, którzy nie wiedzą, Vonnegut określał siebie jako lewicowca i humanistę – ale jak to licuje z szydzeniem z głupich czy poszkodowanych przez los, które jest w książce obecne, nie wiem).
****** Co wydaje się potwierdzać moją tezę o Vonnegutowym nabijaniu się z nabijających się z religii.
******* I to w żywe oczy.
******** Najsampierw zamiast „mrzonki” napisałem „mrożonki”. Ani chybi to znak. Czegoś.
********* Oryginalny brytyjski (tam ukazała się po raz pierwszy) tytuł to „Two Hours to Doom”, w Stanach była wydana jako „Red Alert”, a u nas, jak widać, tytuł zaczerpnięto ze stworzonej przez Stanleya Kubricka ekranizacji książki.

Odpowiedzi

Dlaczego Vonnegut wzbudza w nas zachwyt i miłość? Dlatego, panowie, że Vonnegut wielkim pisarzem był!

I basta!

Ręce precz od Vonneguta!

Na razie, po przeczytaniu Kociej kołyski, wg. mojej subiektywnej oceny, Vonnegut jest co najwyżej sporym pisarzem. Ale że jeszcze z nim nie skończyłem, to nie mówię, że tak zostanie :)