Nadchodząca rasa – Edward Bulwer-Lytton

„Urodził się, był szczęśliwy, umarł”

Marcin Knyszyński

Indiana Jones ciągle miał problemy z nazistami. Szukali Arki Przymierza albo Świętego Graala i chcieli zaprząc ciemne siły do walki po swojej stronie. Mit nazistowskiego okultyzmu do dziś pozostaje niepotwierdzonym historycznie domysłem, elektryzującym zwolenników teorii spiskowych – ale jednocześnie cały czas napędza popkulturę. Indiana Jones to chyba najpopularniejszy z przykładów – a znamy ich przecież o wiele więcej. Jedną z najważniejszych cegiełek budujących ów mit jest krótka powieść Edwarda Bulwera-Lyttona sprzed niemal stu pięćdziesięciu lat. Wydawnictwo IX po raz pierwszy w Polsce wydało „Nadchodzącą rasę”.

Druga połowa dziewiętnastego wieku w Europie była epoką narastającej okultystycznej obsesji. W wielu domach po kolacji wirowały stoliki i dochodziło do kontaktów z zaświatami. Popularność zdobywały śmiałe, zupełnie oderwane od naukowego dorobku cywilizacji, teorie oparte na swobodnej interpretacji wschodniego mistycyzmu, zapisów Starego Testamentu, czy nawet filozofii starożytnej Grecji. Jedną z nich była hipoteza zakładająca, że nasza planeta jest w środku pusta i że w okolicach biegunów mogą znajdować się wejścia do podziemnego królestwa. Miała je zamieszkiwać cywilizacja, która przed tysiącami lat zeszła pod ziemię, ratując się przed kataklizmami. Według niektórych teorii byli to uciekinierzy z zatopionej Atlantydy, którzy zdołali ocalić nie tylko samych siebie, ale i wysoko zaawansowaną technologię.

Teoria pustej Ziemi wyrosła na gruncie wielu mitów, w które obfitują religie od zarania dziejów. Szczególnym przypadkiem jest legenda buddyjskiej, podziemnej krainy szczęśliwości zwanej Aghartą, do której prowadzą wrota ukryte gdzieś głęboko w Tybecie lub w najbardziej niedostępnych zakamarkach Himalajów. Mieszkańcy Agharty, dysponujący bliżej nieokreśloną nadnaturalną mocą, mają wyjść kiedyś spod ziemi i zaprowadzić swój cywilizacyjny ład na powierzchni globu. Tajemnice wnętrza naszej planety inspirowały pisarzy już w dziewiętnastym wieku – wymieńmy chociażby „Opowieść Artura Gordona Pyma z Nantucket” Edgara Allana Poego z 1838 roku, czy późniejszą o ćwierćwiecze „Podróż do wnętrza Ziemi” Juliusza Verne’a. W 1871 roku wychodzi w końcu „The Coming Race” – anonimowo, gdyż autor, Edward Bulwer-Lytton, obawiał się bardzo krytyki konserwatywnych środowisk.

Bezimienny narrator, majętny i wykształcony poszukiwacz przygód, trafia podczas jednej ze swoich eskapad do głębokiej kopalni. Niczym w późniejszej prawie o pięćdziesiąt lat „Przemianie Juana Romero”, zostaje zaintrygowany tym, co zauważa jego przyjaciel w pewnym przepastnym szybie. Ale tutaj, w przeciwieństwie do bohaterów Lovecrafta, znajdujących w mrocznych czeluściach grozę i szaleństwo, narrator trafia do rzeczywistości wprost z innego świata. W podziemiach, oświetlonych dziwnym, sztucznym światłem, istnieje olbrzymia cywilizacja, żyjąca na powierzchni tysięcy kilometrów kwadratowych. Bohater zostaje odnaleziony przez członków najwyżej rozwiniętego plemienia tejże cywilizacji, nazywającego się Vril-ya – od nazwy opanowanej przez nie potężnej, tajemnej mocy Vril. Zaskoczenie jest obustronne – Vril-ya, po tysiącach lat od legendarnego zejścia pod ziemię, również nie zdają sobie sprawy z istnienia „świata na górze”.

„Nadchodząca rasa” nie jest, w odróżnieniu chociażby od „Podróży do wnętrza Ziemi”, powieścią przygodową. Fabuła stoi praktycznie w miejscu, podporządkowana szczegółowym opisom podziemnej cywilizacji. Poznajemy jej strukturę społeczną, mity i wierzenia, organizację polityczną, oszałamiającą technologię oraz – co najważniejsze – źródło jej potęgi i szczęścia. Vril-ya żyją w idealnej utopii, gdzie każdy jest zadowolony, bogaty, równy, pozbawiony szkodliwych namiętności i egoistycznych myśli. To nadludzie, którzy w wyniku długowiecznego obcowania z mocą Vril, wyewoluowali w zupełnie nową, odmienną od naszej, rasę. Wszystko podporządkowane jest idei powszechnej szczęśliwości – biografia każdego członka Vril-ya zamyka się w krótkiej konstatacji: „urodził się, był szczęśliwy, umarł”. Nauka zostaje zaprzęgnięta całkowicie do przyziemnych, praktycznych celów (jak w „Starej Ziemi” Jerzego Żuławskiego); zlikwidowano literaturę, która może prowadzić do niepotrzebnych objawień i rozbudzania namiętności; a wszyscy, jak jeden mąż, wiedzą doskonale co jest dobre dla ogółu i bez najmniejszych sprzeciwów odgrywają swoje społeczne role. Dzięki mocy Vril mieszkańcy podziemi mają władzę nad każdą formą materii ożywionej i nieożywionej, mogą nią uzdrawiać i tworzyć, ale też zabijać i niszczyć. Największe arsenały „świata góry” są jak zabawkowe pistolety w porównaniu z Vril. Moc ta jest jednocześnie gwarantem globalnego pokoju, jej użycie do celów wewnętrznej wojny równa się bowiem zagładzie całego podziemnego świata. Czy możemy się zatem dziwić, jak bardzo atrakcyjna wydała się przyszłym nazistom wizja Bulwera-Lyttona?

Autor jednak zdecydowanie nie był prekursorem tej przerażającej ideologii. „Nadchodząca rasa” jest przede wszystkim satyrą na współczesne mu prądy społeczne na świecie. To fantastyka naukowa, gdzie „science” możemy zawęzić do „sociology”. Bulwer-Lytton daleki jest od gloryfikacji przedstawionej w powieści wizji świata. To również wyraz obaw co do przyszłości, literacka prekognicja w stylu późniejszego „Wehikułu czasu” Herberta George’a Wellsa – trochę być może naiwna z naszej perspektywy, ale stanowiąca ważny punkt w historii fantastyki.

Ukute przez Bulwera-Lyttona pojęcie „Vril” pojawiło się potem w tajnej historii nazizmu. Tak właśnie miało nazywać się pewne niemieckie towarzystwo, działające już od 1918 roku potajemnie na terenie Rzeszy (rzekomo wewnątrz jeszcze większej organizacji nazywanej Thule) i według najrozmaitszych teorii stało najpierw za dojściem Hitlera do władzy, umocnieniem idei narodowego socjalizmu a następnie poszukiwaniami rzeczonej mocy Vril. Należeli do niego podobno Martin Bormann, Heinrich Himmler i Rudolf Hess. Historyk Michael Fitzgerald uważał nawet, że Towarzystwa Thule i Vril kierowały z tylnego siedzenia całą partią nazistowską i jej rękami dokonały aktów największego zła w historii dwudziestego wieku. Według niego Thule był krwawym satanistycznym kultem, organizującym bestialskie orgie i składającym ofiary z dzieci a na jednym ze spotkań Towarzystwa przewidziano dojście Hitlera do władzy i sprowadzenie przez niego wielkich ciemności na cały świat. Zafascynowani magią i okultyzmem szaleńcy z Vril szukali Świętego Graala, Arki Przymierza i Włóczni Przeznaczenia – artefakty te mogły być źródłem owej magicznej mocy, potrzebnej do przyspieszenia tryumfu nazistów. Miała ona być wykorzystana między innymi do budowy eskadry supernowoczesnych latających spodków, tak zwanych „Reichsflugscheibe”.

Te, wprost niewyobrażalne i schowane już głęboko do teczki z innymi teoriami spiskowymi dwudziestego wieku, historie są jednak niebywale nośne popkulturowo – wymieniać można sporo. Oprócz wspomnianego „Indiany Jonesa” chciałbym wskazać dziś tylko jedną rzecz – komiksy ze świata „Mignolaverse”. Mike Mignola, tworząc serie „Hellboy” i „B.B.P.O.”, garściami czerpie z powyższych teorii. Pusta Ziemia, Agharta, Atlandyda, Hiperborea, podziemne cywilizacje, humanoidalne żaby (tak, to też z powieści Lyttona), moc Vril, nazistowskie pseudonauki, niesamowite obiekty latające i nieludzkie eksperymenty – to wszystko tam jest, przetworzone, spójnie połączone i, co najważniejsze, podane czytelnikowi w bardzo atrakcyjny sposób.

Wszystkim ciekawym tego, jakie były początki tych wszystkich szalonych, ale jednocześnie bardzo groźnych, teorii spiskowych polecam zapoznanie się z „Nadchodzącą rasą” od Wydawnictwa IX. Rzecz naprawdę godna uwagi.

Tytuł: Nadchodząca rasa
Tytuł oryginalny: The Coming Race
Autor: Edward Bulwer-Lytton
Tłumaczenie: Katarzyna Koćma
Wydawca: Wydawnictwo IX
Data wydania: sierpień 2018
Rok wydania oryginału: 1871
Liczba stron: 190
ISBN: 9788395061028