Komunikat o błędzie

  • Nie udało się utworzyć pliku.
  • Nie udało się utworzyć pliku.

Zapłać mi, zapłać jej

Ocena: 
0
Brak głosów

– Nie ma go… – szepnął.

Zawierało się w tym krótkim zdaniu zniechęcenie z odrobiną rezygnacji oraz wyraźną nutą rozczarowania. Może Janek chciał dobrze, ale wyszło jak zwykle, czyli nijak. Skończyło się na etapie prostowania kolejnego niedociągnięcia, w kilka dni po wyraźnym zachłyśnięciu własnym geniuszem. Obolałe gardło zdezynfekował wtedy sporą ilością wódki z sokiem pomidorowym – kac niesprawiedliwie przypominał o poniedziałku już od niedzielnego poranka. Kolacja okazała się smaczna tylko w jedną stronę, żołądek na pewnym etapie protestował nawet przeciw wodzie. Mimo to, stratę pomysłu – najlepszego, oryginalnego i tego, który wyniesie jego osobę na szczyt – odczuł boleśniej niż skutki uboczne braku zahamowania w spożywaniu alkoholu.

– Nie ma go – wymamrotał raz jeszcze w poniedziałkowy poranek, by później naciągnąć kołdrę aż na czoło.

Nie spieszył się nigdzie – od kilku lat już się nie uczył, a w pracy dostał przymusowo urlop za wyrobione nadgodziny. Janek był dzielnym trybikiem machiny korporacyjnej. Trybikiem, któremu zamarzyła się wielka sztuka. Tworzenie dla potomnych, by sens dzieła zachwycał uniwersalizmem, a kilka cytatów z pierwszego lub piątego tomu opasłej serii elektryzowało przynajmniej trzy pokolenia.

Ponownie uchylił powieki dopiero w okolicach południa. Usiadł, przeciągnął się, po czym ziewnął, nie zwracając uwagi na maniery. Uniósł brwi, gdy zauważył leżącą obok łóżka pogiętą kartkę papieru. Nie pamiętał, żeby ją tam rzucał. Wychylił się przez krawędź, dla zwiększenia efektywności wysunąwszy na zewnątrz ust czubek języka. Żeby sięgnąć znalezisko, brakowało Jankowi może kilku centymetrów, postarał się więc bardziej. Jeszcze bardziej. Coś chrupnęło w barku mężczyzny, ale w końcu chwycił świstek. Przyjrzał mu się z wyraźną konsternacją. Na jednej stronie kartki znajdowała się stara lista zakupów, za to na drugiej ktoś bardzo niedbale, wręcz koślawo, nakreślił kilka słów.

Jeśli chcesz, możesz go odzyskać. Ale nie ma nic za darmo. Oczekuję pewnej gratyfikacji za to, że znów do Ciebie trafi. Możesz to nazwać okupem. Możesz się nie zgodzić i stracić go na zawsze. Wszystko w Twoich rękach. Tak dosłownie, że nawet sobie nie wyobrażasz. Moja cena? Strach. Zwrócę go i zawsze już będziesz się bał. Czego? Ludzi, ich słów. Słowo za słowo, drogi Autorze. Będę wiedziała, kiedy zadecydujesz.

Z wyrazami szczerego zażenowania w przypadku rezygnacji,

Twoja W.

Mężczyzna odchrząknął. Nie znał żadnej W. i wcale nie chciał się zderzyć z tym, że list dotyczy gwałtownie utraconego pomysłu. To było tak absurdalne. Tak niedorzeczne, niemożliwe! Nie, nie i nie.

Janek przeanalizował możliwość, iż napisał to sam, po wódce, w pijackim widzie. Jednak litery nie przypominały jego charakteru pisma w najmniejszym stopniu, a przecież nie urwał mu się film. W ostatnim czasie nikt go także nie odwiedzał, więc prawdopodobna stała się nawet opcja zapadnięcia nagle na jakąś chorobę psychiczną z osobowością wieloraką na czele?

Opadł z powrotem na poduszki i rozważał. Przedstawiał za i przeciw, kierował się raz rozsądkiem, raz emocjami. Czytał treść wiadomości, przyglądał się każdemu słowu, rozbierał zdania na czynniki. Szukał. W końcu sam już nie wiedział czego. Odpowiedzi czy kolejnych pytań?

Czy, gdyby jednak zwariował, mógłby to sobie uświadomić sam? A może jednak przesadził z wódką i tylko oszukiwał się, że nic mu nie umknęło?

Prychnął pod nosem z oburzeniem. Chciał pisać f a n t a s t y k ę, a zniżał się do poszukiwania prozaicznych rozwiązań. Jak byle kto, byle nikt, poddawał się logice, gdy tymczasem pod ręką miał odpowiedź – nie pytanie! – o wiele ciekawszą, właściwszą oraz pełniejszą. Kim mogłaby być W., gdyby uznać, iż jest odrębnym bytem – nie osobą, ale jednak istnieniem, dumał.

Winą? Nie brzmiała jak wina.  

Wolą? Niekoniecznie.

Weną? Pasowałoby.

Osławiona wiekami twórczości wena, najwyraźniej nie dość usatysfakcjonowana zaangażowaniem Janka, postanowiła porwać jego wypieszczoną ideę, a potem zepchnąć ją na krawędź niepamięci. Nie zostawiła miejsca na dyskusję, ale mężczyzna nie należał do ludzi, których łatwo zastraszyć. Spod poduszki wyciągnął plik kartek z notatkami dotyczącymi projektu do pracy i długopis. Pod listem od W. napisał drobno, ale bardzo starannie:

Wierzę, że pomiędzy rezygnacją a staraniem jest jeszcze wiele stanów pośrednich. Stać mnie na lepszy pomysł. Czy Ciebie stać na mnie?

Swój własny J.

Niedoszły, choć przyszły autor poczytnych powieści – o tym jeszcze nie wiedział, ale już to przeczuwał – gdy uświadomił sobie, ile zależy tylko od niego, wstał już bez ociągania. Pomiętą kartkę rzucił na dywan, podrapał się po kroczu bez śladu krępacji, a następnie poszedł do łazienki, żeby opróżnić pęcherz. Z pełnym nijak nie umiał się skupić.

Żeby sięgnąć niezwykłości, trzeba się wpierw sprawdzić w świecie rzeczywistym. Koszt nie do przeskoczenia dla wielu.

W. nie jest z tego powodu przykro.