Sierociniec

Ocena: 
0
Brak głosów

Timmy leżał bez ruchu i czekał, aż wszyscy zasną. A potem czekał jeszcze chwilę.

Dopiero kiedy był absolutnie pewien, że nikt w jego sekcji nie podsłuchuje, powolutku wyślizgnął się z kubiku i ukląkł na zimnej podłodze. Rozejrzał się – tak dla pewności, że nikt go nie obserwuje  – po czym zaczął cicho powtarzać słowa, których nauczyła go jego matka. Nie potrafił przypomnieć sobie jej twarzy i właściwie tylko ta modlitwa była pozostałością po jego poprzednim życiu.

Życiu przed Sierocińcem.

Timmy zawsze modlił się o to samo. Zawsze o jedno.

Zawsze.

 

* * *

 

– Bardzo nam miło gościć naszego dobrodzieja, wspaniałego człowieka, wielkiego filantropa – powiedział przymilnie dyrektor ośrodka wychowawczego, przepuszczając na przód prawie siedemsetletniego starca.  – Dzieci, przywitajcie pana Fountain’a.

Wyremontowaną przed rokiem salę gimnastyczną wypełnił okrzyk tysiąca dzieci. Pan Fountain z zadowoleniem spojrzał na swoich wychowanków – stojących w równych rzędach, identycznie przystrzyżonych, ubranych i uśmiechniętych. Lubił ten błysk w oku młodzików, tę siłę i energię, która ich wypełniała. Sierocińce były jego pomysłem – jego darem dla świata otumanionego inwazją Marsjan tak dalece, że zapomniał o opiece nad najsłabszymi. Po wojnie pomógł setce dzieci. Pierwszej setce. Reszta przyszła później. Poświęcił im swoje życie. Pierwsze. Drugie. I każde kolejne.

Od tamtego mrocznego okresu minęło ponad sześćset lat, ale ludzkość nadal korzystała z Sierocińców. Niektórych rzeczy najzwyczajniej w świecie nie można zmienić. Wygrana wojna z Marsem, chociaż okupiona wielkim poświęceniem, pchnęła ludzkość ku lepszemu jutru. Zdobyta technologia i wiedza pozwoliły mieszkańcom Ziemi przejść z epoki informacji do epoki wieku. Przekroczona została ostania bariera – ostatnie drzwi ograniczające ludzkie życie: śmiertelność. Jej brak stał się nie tyle faktem, co codziennością. Był dostępny dla każdego.

Zawsze.

Za nieduże pieniądze.

Wszędzie tam, gdzie znajdowały się Sierocińce Fountain’a.

– Pan Fountain postanowił uhonorować naszą placówkę! Placówkę dumnie noszącą numer sto tysięcy! To właśnie wśród was znajduje się następna powłoka pana Fountain’a. To właśnie jednego z was nasz wspaniałomyślny darczyńca wybierze, aby przefuzjować w niego swoją jaźń! Dla takich chwil warto żyć, moi drodzy! Dla takich właśnie chwil!

Błysk – pomyślał Fountain, ta siła i energia.

Ta boża iskra.

Moja. Tylko moja.

Na wieki wieków.

Amen.

 

– Niech rozpocznie się losowanie! – Rzucił stojący obok pana Fountain’a dyrektor.

Na ekranie zaczęły skakać liczby. Losowo. Chaotycznie. Tak szybko, że zanim skończyło się odczytywać aktualnie wyświetlaną pojawiła się następne następna. I następna. I kolejna.

Stojący w dwudziestym rzędzie Timmy zamknął oczy. Oby modlitwa go ochroniła i tym razem. Oby i tym razem wrócił do swojego kubika.

– Numer 09919. Ti…