Niedzielny obiad

Ocena: 
0
Brak głosów

– Bu? Jesteś?

– W kuchni. Sorry, że nie otworzyłam, ale mam ręce w kurczaku. Dosłownie. W jego tyłku. Faszeruję.

– Dobra, tylko umyję ręce.

– Kupiłeś jogurt? Naturalny?

– Nie słyszę, sekundę. Ręce myję, woda.

– Co mówisz?

– Że myję ręce! Momencik!

– No co się od razu złościsz.

 

– Hej, kochanie. Umyłeś ręce? Masz jogurt?

– Czy co mam? Jaki znowu jogurt? Przecież jest niedziela niehandlowa, a ja musiałem lecieć aż do Krakowa. Miałem przecież dyżur i nawet do głowy mi nie przyszło, że mam kupić…

– I nigdzie nie było sklepu osiedlowego? Ani tu, ani w Krakowie? Zajebiście. Po prostu, kurwa, koncertowo.

– Bu, żartujesz, prawda? O jogurt się wściekasz…

– A wyglądam, jakbym żartowała? Powiedz mi, wyglądam? Od rana w kuchni sterczę i szykuję obiad, bo twoja matka postanowiła nas nagle odwiedzić. Dając znać kilka godzin wcześniej, bo przecież połamałoby ją, gdyby odezwała się wcześniej… Miałeś mi pomóc, ale ty przecież…

– Ale dostałem wezwanie! Wezwanie, do cholery! Kurwa, przecież to moja praca! Superbohaterstwa się nie wybiera! Musiałem polecieć do Krakowa! Zginęliby ludzie!

– Zawsze tak jest, zawsze!

– Co w ciebie dzisiaj wstąpiło, do cholery? To wszystko przez zwykły jogurt? Przecież…

– Zawsze tak jest! Zginęliby ludzie! Zginęłyby dzieci! Potwór zniszczyłby Gdynię! Kosmici rozpieprzyliby Pałac Kultury! Wroga armia z innego wymiaru wypuściłaby wirusa kończącego ludzkość! Rzucasz mi te swoje slogany, a ja zapierdalam jak głupia, żeby pociągnąć ten dom w pojedynkę! A ty…

– O czym ty…

– A ty masz to wszystko w tej swojej spiętej, wbitej w obcisły trykot dupie!

– Bu, do cholery jasnej, skąd to wszystko się bierze?! Jak nie chcesz, to nie musisz robić tego obiadu! Możemy coś zamówić.

– Co? Coś ty powiedział? Łaski bez? Tak? A pierdol się! Mogłam się domyśleć, że tak to się skończy. On jest superbohaterem, mówili mi. Ostrzegali. Nie będzie go w domu. Będzie walczył ze złem! Będzie wiecznie zmęczony, nie będzie miał dla ciebie czasu! Ale wiesz co? Wiesz, kurwa, co!? Ja ich nie słuchałam. Nie słuchałam, bo pokochałam cię od pierwszego spotkania tamtego lipcowego d…

Nie zdążyła nawet pisnąć, kiedy promień laserowego spojrzenia przeciął szafkę, blat, drzwi, ścianę oraz ją. Dokładnie w pół. Na podłogę najpierw upadły jej wnętrzności, rozlewając się na wszystkie strony, a dopiero później reszta korpusu.

– Poznaliśmy się w sierpniu! – wycedził przez zęby, ledwo tłumiąc gniew. – W sierpniu! Jak mogłaś zapomnieć!?