Tajne Wojny - Jonathan Hickman, Esad Ribić

Coś się kończy, coś się zaczyna…

Maciej Rybicki

Długo czekaliśmy na ten event (podobnie jak kilka lat wcześniej czekali na niego czytelnicy amerykańscy) – właściwie cała linia Marvel Now! zbudowana była wokół metawątku prezentowanego na łamach Hickmanowskich „Avengers”, „New Avengers” a także łączącej je miniserii „Czas się kończy”. Na dobrą sprawę wszystko, co działo się w uniwersum Marvela od startu serii Marvel Now!, było niczym innym, jak odliczaniem do wydarzeń mających nastąpić na łamach „Tajnych Wojen”. Choć epicka opowieść snuta przez czołowego scenarzystę Marvela miała swoje lepsze i gorsze momenty, nie sposób odmówić jej rozmachu. Czy jej finał zaspokoi rozbudzone (niemałe) oczekiwania?

Muszę przyznać, że do lektury przystępowałem z lekkim niepokojem – potencjał do skupienia się na typowym dla komiksowych eventów mordobiciu był tu bowiem wyjątkowo duży. Obawy te potęgowały jeszcze zapowiedzi, które wieszczyły, że akcja w znacznej mierze będzie się działa na planecie zwanej „Bitewnym Światem”. No i… faktycznie, ci, którzy trykociarskiej nawalanki szukają, bez wątpienia ją tu znajdą. Na szczęście jest jej znacznie mniej, niż być mogło. Główna seria skupia się bowiem na nieco innym charakterze konfrontacji, o którym za chwilę. Dla przypomnienia – po ostatecznej inkursji Ziemia-616 (klasyczne Uniwersum Marvela) i Ziemia-1610 (Uniwersum Ultimate) starły się ze sobą… i obie zostały zniszczone. Nadludzkim wysiłkiem Dr. Dooma i jego pomocników udało się jednak przeciwstawić Beyonderom i stworzyć coś w rodzaju nowego planu, w którym pewne postaci przetrwały – i to w nim obecnie toczy się walka.

Muszę przyznać, że już w tym miejscu Hickman zaimponował mi śmiałym posunięciem. Brak tu bowiem tak powszechnego unikania odważnych rozwiązań fabularnych, robienia jakichś ruchów pozornych. Zamiast tego czytelnik i bohaterowie zostają wrzuceni do zupełnie nowego świata. Tu na koncie scenarzysty należy odnotować kolejny plus – daje bowiem popis umiejętnego światotworzenia. Przyjmując redakcyjno-marketingowe wymogi na klatę, nie tylko wrzuca do nowo powstałego uniwersum cząstki tego, co w tradycji Marvela znane, ale przede wszystkim buduje nową rzeczywistość. Jest tu zdecydowanie więcej ducha komiksów z serii „What If…” niż z oryginalnych „Tajnych Wojen” z lat 80. Jakże inaczej bowiem patrzeć na świat w którym [uwaga, niewielki spoiler] Doom jest bogiem, Strange prawą ręką, zaś policję stanowią zastępy Thorów? A to nie największe niespodzianki, jakie przynosi ten tytuł.

Kolejny plus muszę przyznać Hickmanowi za fantastycznie rozpisane, dynamiczne relacje między bohaterami. Na pierwszym planie są tu rzecz jasna Doom i Reed Richards (a w zasadzie dwóch), ale sporo miejsca zostaje też dla Strange’a, pozostałych postaci związanych z rodziną Richardsów czy też tak prominentnych mieszkańców Bitewnego Świata jak Mr. Sinister czy klan Braddocków. Swoje trzy grosze dorzucają zresztą choćby Thanos, Namor czy dwaj Spider-Mani. Paradoksalnie jednak, mimo natłoku epizodycznie pojawiających się bohaterów, ani przez moment nie mamy wątpliwości wokół kogo tak naprawdę toczy się historia. Wyróżniają się także dialogi – dość obszerne, mające niemałe znaczenie dla przedstawienia rozwoju akcji. Widać spory progres względem niektórych przegadanych lub bełkotliwych fragmentów runu Hickmana w „Avengers”/ „New Avengers”. W „Tajnych Wojnach” trafiają się bowiem dialogowe perełki, a to w obecnym Marvelu zjawisko nieczęste.

Jednym z większych magnesów mających przyciągnąć czytelników do tego crossoveru było oddanie oprawy graficznej w ręce Esada Ribicia. Chorwat wyrobił sobie nazwisko, pracując przy takich tytułach jak „Thor Gromowładny” czy „Loki”, tworząc w specyficznym dla siebie stylu charakteryzującym się subtelną, dość naturalistyczną kreską i delikatnym tuszowaniem. Gwiazdorską obsadę uzupełnił autor „Marvels”, Alex Ross, zapewniając „Tajnym Wojnom” całą serię niezwykle efektownych, malowanych okładek. I o ile zewnętrzna strona komiksów nieodmiennie zachwyca, o tyle do reszty można mieć uwagi. Nie ma oczywiście wątpliwości, kto jest autorem rysunków – prace Ribicia daje się rozpoznać na pierwszy rzut oka. Słowa uznania należą się redakcji, która pozwoliła narysować cały event jednemu twórcy. Dzięki temu zbiorcze wydanie „Tajnych Wojen” pod względem kreski wygląda spójnie, niczym porządna powieść graficzna. Pewne zastrzeżenia mam natomiast odnośnie do dwóch innych elementów. Po pierwsze, nie do końca przekonuje mnie zróżnicowanie sposobu tuszowania i kolorowania. Powierzając prace nad całością jednemu koloryście (stale współpracującemu z Ribiciem Ive Svorcinie), można by się spodziewać jakichś konsekwencji. Tu natomiast widać spore przeskoki – od kolorowania typowo komputerowego z subtelnymi (ale jednak) cyfrowymi gradientami, po próby oddania innych faktur, jak akwarela czy nawet pastele. Nie powiem, efekt jest przeważnie niezły, brak mi tu jednak logiki. A już zupełnie kuriozalne wydaje się użycie dokładnie tego samego rysunku strona po stronie, z zupełnie jednak zmienionym kolorowaniem i tuszem – tak jakby między zeszytami artyści zmieniali nieco techniki. Drugą uwagę mam do sposobu rysowania twarzy, który czasem wydaje się dość groteskowy (prawdopodobnie przez zbyt intensywne tuszowanie). Co prawda może być to cena, jaką płacimy za niezwykle dynamiczne rysunki Chorwata – także w zakresie oddawania mimiki postaci. Niestety, w kilku procentach przypadków mimika wypada ona na tyle groteskowo, że kłuje w oczy. Ważne jednak by plusy ujemne nie przesłoniły nam plusów dodatnich! Generalnie bowiem „Tajne Wojny” cieszą oko niemal tak bardzo jak „Thor Gromowładny”. Mniej tu być może bardzo subtelnej kreski, nie brakuje za to naprawdę efektownych planów i świetnie oddanego ruchu. Fani Ribicia (jak ja) może nieco popsioczą, natomiast na wielu czytelnikach zrobią wrażenie….

W ogólnym rozrachunku event zamykający kilkudziesięcioletnią cezurę historii marvelowskiego świata sprostał oczekiwaniom. Wraz z „Grzechem pierworodnym” przywraca mi nadzieję w jakość dużych, sezonowych wydarzeń, jednocześnie pokazując kierunek, w jakim (być może) powinny one dążyć – być czymś naprawdę wyjątkowym, zdarzającym się raz na kilka lat. Co prawda z perspektywy marketingowej taka częstotliwość jest mało realna, wszak trzeba wydawać kolejne miniserie i tie-iny aby biznes się kręcił, jednak pomarzyć zawsze można. Prawda jest zresztą taka, że na polu komercyjnym „Tajne Wojny” swoje także zrobiły. Fakt, że Bitewny Świat pomieścił w sobie elementy różnych alternatywnych wersji Uniwersum Marvela stanowi przecież znakomity pretekst do wydania mnóstwa serii prezentujących np. alternatywne scenariusze znanych eventów. Nawet na naszym rynku pojawią się osadzone w czasie „Tajnych Wojen” nawiązania do „Oblężenia” „Wojny domowej” czy „Staruszka Logana” – na rynku amerykańskim było ich znacznie, znacznie więcej (z tytułami takimi jak „Age of Ultron vs Marvel Zombies”, „1602”, „Age of Apocalypse”, „Z jak Zagłada”, Ród M”, „Planeta Hulka” itd.). Czy warto po nie sięgać? Jeśli ktoś lubi zamknięte spekulacje typu „Co by było gdyby…”, to pewnie tak. Grunt, że główna seria to naprawdę solidna pozycja. Warto było czekać.


Tytuł: Tajne wojny
Scenariusz: Jonathan Hickman
Rysunki: Esad Ribić, Paul Renaud
Tłumaczenie: Marek Starosta
Tytuł oryginału: Secret Wars (Secret Wars #1-9, Free Comic Book Day 2015 (Secret Wars) #0 )
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: listopad 2018
Liczba stron: 300
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Format: 167 x 255
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-2684-8