Post Scriptum – Milena Wójtowicz

Osikowy kołek z atestem BHB

Marek Ścieszek

Nie miałem jakoś wcześniej okazji, aby zaznajomić się z twórczością Mileny Wójtowicz. Tak się złożyło, cóż począć. Dzięki wydawnictwu Jaguar nadrobiłem tę zaległość. Zachęcono mnie, zapewniając w opisie na okładce, że w środku znajdę motywy fantastyczne oraz kryminalne, co zdecydowanie mi podchodzi. Co znalazłem? Atuty, które można jednocześnie potraktować jako wady.

W Brzegu, miasteczku na Dolnym Śląsku, obok siebie żyją normatywni, czyli ludzie, oraz istoty nienormatywne: wiły, wampiry, obłoczniki... Egzystują na równych prawach, pełnią jednakowe funkcje, oczywiście przy zachowaniu nienormatywności tych drugich w głębokiej, lecz nie ścisłej, tajemnicy. Kto spośród ludzi wie, ten wie, reszta nie musi. Dla własnego dobra nawet nie powinna wiedzieć. I w tej spokojnej społeczności ktoś zaczyna polować na nieludzi. Sprawą zajmują się Sabina Piechota, specjalistka ds. BHP oraz Piotr Strzelecki, psycholog, trener personalny, doradca post mortem. Nie są detektywami, jeśli już to amatorami. Posiadają jednak zupełnie inne umiejętności, pomocne w tropieniu zbrodniarza, wynikające zarówno z wykonywanych zawodów, jak i cech nienormatywnych.

Największym atutem „Post Scriptum” jest dowcipny styl opowieści. Z główną bohaterką można się zżyć bardzo szybko, dzięki jej bezpośredniości i słabościom, którym otwarcie hołduje. Jest nienormatywna, ale wady ma iście ludzkie. Jest gadatliwa, wścibska i łasa na słodkości. Słodycze pozwalają jej zapanować nad drzemiącą tuż pod skórą naturą strzygi. Świetnie uzupełnia się z Piotrem, skrytym, spokojnym nie wiadomo czym. Paradoksalnie jednak ta swobodna forma może również działać na niekorzyść, nadmiar bowiem częściej szkodzi, niż daje. A tutaj tego luzu jest dużo, bardzo dużo. W efekcie w połowie książki zacierają się granice pomiędzy charakterami licznych postaci. Pomimo różnic dzielących bohaterów, niemal wszyscy są tacy sami: podobnie się zachowują, podobnie się wypowiadają. Strzyga Sabina, jej ludzkie przyjaciółki, gliniarz-człowiek, gliniarz-wilkołak...

Naturę Sabiny poznajemy niemal natychmiast, zaś natura Piotra trzymana jest w sekrecie do samego końca. To wokół jego postaci narasta od początku aura tajemniczości – przewrotność, z której niewiele wynika. Wprowadza nawet zamieszanie, ponieważ to behapówka daje powieści więcej krwi i czadu niż cichy i zahukany coach. Po rozwiązaniu tajemnicy wiedza rozpływa się w powietrzu. Sabina nadal wiedzie prym, zaś Piotr nie wychodzi już z cienia koleżanki. Minus. Tak uważam. I cóż, że na ostatnich stronach książki wreszcie padła nazwa gatunku, z którego wywodzi się trener personalny, co wyjaśnia niektóre zdarzenia i tłumaczy, dlaczego w tej parze to jego powinno się bardziej obawiać? Prowadzony od pierwszych stron wątek kryminalny ani trochę na tym nie zyskał.

Wydaje mi się, że jest to powieść zdecydowanie dla tych, którzy już znają twórczość Mileny Wójtowicz. Domyślam się tego, ponieważ, jak już poinformowałem wcześniej, nie należałem do tego grona. Może być to również powieść dla poszukujących czegoś nowego, o ile nowe charakteryzuje się wyluzowanym stylem „Post Scriptum”. Nie odnajdzie tutaj niczego dla siebie amator mocniejszych wrażeń, krwi, grozy, makabry. Aspekt kryminalny również może rozczarować czytelników Marka Krajewskiego, Marcina Wrońskiego czy Maxa Czornyja. Ale  to nie zarzut. Tak to już jest, że decydują gusta, a z nimi się nie dyskutuje. „Post Scriptum” z przyjemnością przeczyta każdy, kto lubi się pośmiać, odnajduje się we współczesnym młodzieżowym slangu, nowoczesności, bardzo kocha fantastykę, jednak nie po to sięga po książkę, aby się bać. Porównanie muzyczne ma częściowe uzasadnienie w fabule, więc się o nie pokuszę: „Post Scriptum” jest dla entuzjastów Eda Sheerana, nie dla fanów Ozzy'ego Osbourne'a, z zastrzeżeniem, rzecz jasna, że mogą się zdarzyć wielbiciele obu panów.

Tytuł: Post Scriptum
Autor: Milena Wójtowicz
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 25 kwietnia 2018
Liczba stron: 304
ISBN: 978-83-7686-672-7