Père-Lachaise

Ocena: 
0
Brak głosów

Przyklejone do grobowców pajęczyny błyszczą w ciepłym, wieczornym świetle. Na cmentarzu jest cicho. Większość odwiedzających poszła już do domów, restauracji lub hoteli. Słychać tylko szelest liści i rytmiczny stukot dwóch par butów.

– Chyba pora się zbierać – sugeruje pan Beaumont, patrząc na rozlewającą się po niebie czerwień. Mocniej obejmuje opierającą się o niego, wyraźnie zmęczoną żonę. To był długi dzień. Obiegli kawał Paryża, by wchłonąć jak najwięcej z atmosfery miasta. Stragany z książkami, kawiarnie, zabytki, tłumy. Zmęczyłoby to i młodszych ludzi, a państwo Beaumont nie są już młodzi. Mają kawał czasu na karkach i głowy pełne wspomnień.

Kobieta coraz bardziej powłóczy nogami, ale zmusza się, by wyprostować plecy.

– To taki przyjemny spacer – protestuje ze słabym uśmiechem. – Chciałabym jeszcze odwiedzić Morrisona.

– Może następnym razem?

Pani Beaumont kręci tylko głową. Przypomina sobie, jak odkryli muzykę The Doors, lata po śmierci wokalisty. W jedną ze swoich rocznic przetańczyli do niej cały dzień w pokoju hotelowym. Niczego nie zobaczyli i nie zwiedzili. Po prostu wyginali się w rytm dźwięków. Skakali po łóżku i mocno tupali w podłogę. Pani Beaumont była wtedy tak szczęśliwa. Do dzisiaj jest to jedno z jej ulubionych wspomnień.

Mężczyzna wie o tym, więc ustępuje. Skręca we właściwą alejkę, z coraz większym trudem stawiając stopy. Chciałby się już położyć, ale radość żony jest dla niego ważniejsza. Idą pod rękę, kuląc się w coraz chłodniejszych podmuchach wiatru. Kładące się na grobowcach cienie stają się dłuższe. Kamienne pomniki wydają się bardziej surowe i ostrzejsze. Smutne rzeźby płaczą w ostatnich promieniach słońca.

W końcu para dociera na miejsce. Pani Beaumont jakby odzyskuje siły.

– Cześć, Jim – mówi, machając ręką jak mała dziewczynka. Mąż patrzy z rosnącą miłością, jak kobieta nuci i tańczy pomiędzy nagrobkami. Jest przepiękna. Nawet po tylu latach wciąż cieszy się każdą chwilą.

Cienie coraz mocniej oplatają spóźnionych spacerowiczów. Przylegają do prawie nieruchomego ciała pana Beaumont, wiją się, by nadążyć za wirującymi kończynami jego żony. Robi się zimniej. Wiatr mocniej uderza w gałęzie.

– Wracajmy – powtarza prośbę mężczyzna. – Zaraz zastanie nas tu noc.

Tym razem kobieta nie protestuje. Ujmuje ramię męża i pozwala mu się prowadzić. Półmrok, zmęczenie i chłód wyraźnie docierają teraz także do niej. Przyspiesza kroku.

Doskonale znają drogę. Skręcają w prawo, potem w lewo, i jeszcze raz, w niewielką alejkę. Pan Beaumont z trudem nadąża za żoną. Czuje się powolny i ciężki. Niemalże gotów, by zasnąć, położywszy się na ziemi.

Ostatkiem sił otwiera skrzypiące drzwi wąskiego grobowca. Wchodzi do środka, wzdychając z ulgą, po czym ogląda się na żonę.

– To była dobra rocznica. – Uśmiecha się powoli zanikającymi ustami. – Mamy szczęście, że jesteśmy razem.

Pani Beaumont odwzajemnia uśmiech, ale jeszcze zwleka. Patrzy na krajobraz cmentarza: wymyślne grobowce i czarne drzewa na tle coraz ciemniejszego nieba. Pamięta, że kiedyś wierzyła, że wszelkie upiory i duchy pojawiają się po zachodzie słońca. Ludziom zostało to chyba do dziś. Wyobrażając sobie zjawy, spodziewają się ich właśnie pośród chłodu nocy.

„Dziwne”, myśli pani Beaumont, przekraczając próg grobowca, by zasnąć na kolejny rok. „Przecież to za dnia najłatwiej jest dotknąć życia.”