Magia i stal – Nik Pierumow

Biedne misie

Hubert Przybylski

Wyobraźcie sobie, co byście zrobili, gdybyście żyli nie w swoim kraju, tylko na dalekiej obczyźnie. Łatwe? Pewnie że łatwe, kto jak kto, ale Polacy mają niezłe doświadczenie w kwestii emigrowania. No to ździebko podkręćmy poziom trudności. Wyimaginujcie sobie jeszcze, że naprawdę mocno i szczerze kochacie swoją ojczyznę. Że jesteście prawdziwymi patriotami, gotowymi dla niej zrobić wszystko. Z tym już niektórzy mogą mieć problem, nie*? Ale to jeszcze nie koniec. Bo do wyobrażonego bycia emigrantem i patriotą dodajcie jeszcze takie założenie, że Wasz rodzinny kraj niedawno przestał być mocarstwem, a jednocześnie od dawna „słynie” z braku poszanowania prawa, zwłaszcza praw człowieka, korupcji, bandytyzmu, z cywilizacyjnego zacofania i chronicznej agresji wobec sąsiadów – jednym słowem, spora część mieszkańców naszej kochanej Ziemi uważa Waszą ojczyznę za kraj barbarzyńców. Już? I co byście w takiej sytuacji zrobili? Nik Pierumow, Rosjanin, postanowił napisać steampunkową sagę, Blackwater, a jej pierwszy tom, „Magia i stal”, właśnie się u nas ukazał. Jak to się wszystko wiąże**?

Ziemię, jaką znamy, a właściwie jej wersje równoległe, dosięga tajemniczy Kataklizm. To, że za jego sprawą pojawiła się magia, to pikuś. Dużo gorzej, że wyrwał on ze swoich rodzinnych planet całe narody i je powrzucał na inne Ziemie. I tak oto na pewnym półwyspie lądują obok siebie ultrawiktoriańscy alternatywni Brytyjczycy oraz Ruscy (zwani „Rooskies”***). Ci pierwsi to rządzeni przez królową i arystokrację bezwzględni agresorzy, którzy co prawda nie odkryli jeszcze elektryczności, ale za to do perfekcji rozwinęli technologię wykorzystania pary wodnej. Grabią oni bez opamiętania surowce naturalne i na potęgę**** trują środowisko, gnijąc potem w stworzonym przez siebie szambie z odpadków i śmieci. Z drugiej strony mamy zacofanych technologicznie Ruskich, którzy wiodą żywoty ludzi pacyfistycznie „poćciwych”, w stuprocentowej zgodzie z naturą, bez władców i panów, wszyscy równi wobec bliźnich i ekologicznie uświadomieni*****. Wykorzystują magię aby ułatwić sobie życie, a jednocześnie by powstrzymać zagładę półwyspu, gdyż na ich ziemiach drzemie magicznie spętany wulkan. Główna bohaterka, dwunastolatka Molly Blackwater, pewnego dnia odkrywa w sobie magię. Problem w tym, że jest Brytyjką, a w jej kraju magię się zwalcza i każdy, kto ma moc, staje się obiektem „zainteresowania” Departamentu Specjalnego. W takich okolicznościach przyrody Molly nie ma wyjścia, musi porzucić rodzinę i przez linię frontu uciekać do wrogów. A ci mają wobec niej swoje plany…

Długi to był wstęp, a wprowadzenie do fabuły jeszcze dłuższe, ale przyznacie, że konieczne. Choćby dla zrozumienia faktu, że ta książka to propaganda. Może nie taka jak w wypuszczonym ostatnio u nas filmie „Gogol. Straszna zemsta”, w którego opisie można znaleźć coś takiego: „Dwieście lat temu małe rosyjskie wioski zostały spustoszone przez gang nie-chrześcijan, Lachów****** [...]. Będą wiedźmy, czarownicy oraz sataniści i ludożercy!”. Ale wciąż propaganda. Miałem możliwość poznania Pierumowa osobiście (bodajże z rok czy dwa przed rosyjską agresja na Ukrainę), z godzinkę czy dwie z nim sobie pogadałem, właśnie na takie tematy, i mam wrażenie, że jeśli to propaganda, to nie sterowana odgórnie z Kremla, ale taka wyidealizowana, płynąca z patriotycznej duszy człowieka rzuconego na drugi kraj świata, który codziennie styka się z antyrosyjskimi opiniami czy zachowaniami*******. Taki mechanizm obronny. Tak słowiańsko prosty, szczery i uczciwy, że czasami wręcz groteskowo-śmieszny. I o tym trzeba, czytając tę książkę, pamiętać.

No to kwestie polityczne mamy już za sobą, możemy się brać za fabułę i takie tam. Zacznijmy od takich tam. Na przykład od warsztatu pisarskiego. A ten się u Pierumowa ładnie rozwinął. Znaczy, może to jeszcze nie jest mistrzostwo świata, ale w porównaniu do „Pierścienia mroku”, tej niesławnej******** kontynuacji Trylogii Tolkiena, która, jak pewnie pamiętacie, jest według mnie jedną z trzech najgorszych serii fantasy, jakie spłodziła ludzkość*********, to skok jakościowy, na plus, jest bardzo wyraźny. „Magię i stal” czyta się, jak już się poukłada kwestie polityczne, naprawdę dobrze. Akcja jest wartka, intryga nieprzesadnie skomplikowana, a  Pierumow bardzo ładnie skomponował wątek Molly. Spotyka ona na swojej drodze ludzi w ogromnej większości porządnych, choć często zmanipulowanych**********i musi wybierać między lojalnością a uczciwością, dobrem a złem. I wybiera, wybiera, wybiera…

Z początku ździebko razi wiek głównej bohaterki. No bo jak to? Dwunastolatka i okrutna, brutalna wojna z zabijaniem, trupami i okaleczonymi ludźmi? Dwunastolatka i wielka miłość***********? W dzisiejszych czasach, gdy pełnoletniość osiąga się ustawowo w wieku osiemnastu lat, gdy w szkołach coraz bardziej przesuwa się do góry granicę wieku, w którym zaczyna się uczyć dzieci nieco poważniejszych rzeczy, jak choćby czytania i pisania, to ma prawo dziwić. Ale weźcie to tylko na zdrowy, chłopski lub babski************ rozum. Albo pooglądajcie wiadomości w tv, gdy mówią o dzieciach z Syrii czy wschodniej Ukrainy. Tam dużo młodsi niż Molly stykają się z wojną, a że wojna przyspiesza doroślenie (ale nie fizyczne dojrzewanie), to czemu by tam miało zabraknąć miejsca i na miłość?

Mógłbym tę recenzję ciągnąć jeszcze długo, bo tylu kwestii nie poruszyłem, choćby przewijającego się przez książkę tematu kar cielesnych albo sposobu, w jaki Pierumow przybliża nam rosyjską kulturę, mity i legendy czy choćby codzienne powiedzonka, ale wolę się na początek nowego roku nie narażać Matyldzie, która spolszcza dla Was moją mazurzącą gwarę suwalską.

Moja ocena? 6/10. Fabularnie jest dobrze, pod tym względem „Magii i stali” zarzucić nic się nie da. Pierumow fajnie zbudował i rozegrał postać Molly. Dostajemy tu powieść młodzieżową, lecz z doroślejszymi tematami (nie wiem czy da się to podciągnąć pod YA). I tylko ta zbyt infantylna prorosyjskość książki, czasami wręcz zakrawająca na farsę, naprawdę obniża przyjemność płynącą z lektury tej opowieści. Szkoda. Ale i tak jest nieźle. I nie wiem, co Wy zrobicie po lekturze pierwszego tomu Blackwater, ale ja tam czekam na ciąg dalszy historii Molly.

PS. Samych świetnych lektur Wam na ten nowy rok życzę, a Waszym wątrobom spokoju ducha i cierpliwości w trawieniu na poświąteczno-posylwestrowym, karnawałowym posterunku*************.

Tytuł: Magia i stal. Blackwater tom I
Autor: Nik Pierumow
Tłumacz: Ewa Skórska
Wydawca: Wydawnictwo Akurat
Data wydania: 21.11.2018
Ilość stron: 448 (reklam brak!)
ISBN: 978-83-287-1016-0


* Zwłaszcza w czasach, gdy w modzie jest, jak to drzewiej mówili,  kalanie własnego gniazda.
** Aż ciśnie się na usta powiedzonko „czort znajet i car toże”.
*** Dla językowo niegramotnych – „Rooskies” to zangielszczona liczba mnoga od słowa „Ruski”.
**** Niestety, ale nie Posępnego Czerepu.
***** Znaczy, można by rzec, że w tej kwestii są totalnie zieloni.
****** Przypominam, że tak, jak Rosjanie są nazywani Ruskimi, tak Polacy są nazywani Lachami.
******* W świetle wydarzeń ostatnich kilku lat mocno zasłużonymi.
******** Niesławnej, bo napisanej i sprzedawanej z kompletnym pogwałceniem praw autorskich.
********* Pozostałe dwie to Władca Wysp Davida Drake’a (dzięki Bogu wydali u nas tylko dwa pierwsze tomy) i trylogia Stephena R. Lawheada – Saga o królu smoków. Ale trzeba przyznać, że z tej trójki pierwsze „dzieło” Pierumowa miało prawo być słabe. W końcu usiłował skopiować oryginał.
********** Tak się zastanawiam, czy przypadkiem to nie jest przytyk do naszych współczesnych Rosjan.
*********** No jak, saga bez wielkiej miłości? To jak piwo bez gazu.
************ W końcu mamy równouprawnienie. Nawet jeśli istnienie niektórych rzeczy zdaje się często wątpliwe. Dlaczego? Bo tak!
************* I jeszcze na koniec taki karambol słowny mi się udał. A poza tym dwanaście, nie, już trzynaście przypisów? Oj, niektórzy będą mi źle życzyli…