Rybka

Ocena: 
0
Brak głosów

Kobieta poczekała, aż jej chłopak wyjdzie do łazienki. Z opuszczoną głową podeszła do okna wychodzącego na port i szczelnie ściągnęła zasłony.

– No co ty, Mizuko. Taki piękny księżyc, a ty zasłaniasz okna? – zapytał Artur, gdy wszedł do pokoju.

– N… nie mogę spać.

– Tak mi przykro, rybko. – Przytulił ją i pocałował w czoło. – Skoro nie możesz spać, może obejrzymy pełnię z portu? Chciałbym zobaczyć, jak się odbija w wodzie.

– To... nie najlepszy pomysł – odparła cicho. Wzrokiem błądziła po podłodze.

– Jak nie chcesz, to zostań. Nie ma sprawy. – Artur założył kurtkę.

– Dokąd idziesz? – zapytała przerażona, jakby sądziła, że ją rzuca.

– Jak to gdzie? Do portu. A co?

– Wiesz, że port jest niebezpieczny o tej porze. Szczególnie dla gaijina!

Artur podszedł do okna i wyjrzał przez uchyloną zasłonę.

– Tam jest pełno ludzi, widzę ich sylwetki. Skaczą do wody i pływają. – Odsunął się od szyby. – Nic mi nie będzie.

– Proszę, zostań ze mną! Tylko dziś! – Złapała go za rękaw i popatrzyła mu w oczy błagalnie, jakby wybierał się na wojnę.

– Mizuś, może dla ciebie to chleb powszedni, ale ja nigdy tak wielkiego księżyca nie widziałem i być może więcej nie zobaczę.

– Następny będzie za cztery lata.

– Jestem w marynarce, skarbie. Wtedy może mnie już nie być.

Delikatnie wyswobodził rękaw i wyszedł.

Mizuko przygryzła wargę i zerknęła na zasłony.

– Czekaj, idę z tobą.

Założyła ciemne okulary i wybiegła za nim.

Artur nie skomentował szkieł. Uznał, że przez bezsenność ma przekrwione oczy.

Pięć minut później obejmowali się na betonowym nabrzeżu jej rodzinnej wioski rybackiej. Patrzyli sobie w oczy z miłością osób, które szukały siebie nawzajem przez miliony wcieleń, aż wreszcie znalazły – w najmniej prawdopodobnym miejscu na Ziemi.

Cienie zniknęły i port opustoszał.

Pamiętasz, jak się poznaliśmy?

– Tak, właśnie tutaj. W Samozuo.

– Wszystko przez to, że mój okręt zahaczył śrubą o jakieś kości. Pewnie grób wojenny. Jak sądzisz?

Mizuko nie odpowiedziała. Wpatrywała się w niego z zakłopotanym uśmiechem.

– Coś nie tak? Dobrze się czujesz?

Skinęła głową.

– Dobrze, w takim razie wracamy.

Zanim jednak dziewczyna zdążyła zareagować, obrócił ją i pocałował. Potrącił przy tym okulary i jej wzrok padł na tarczę księżyca, bladą jak twarz topielca.

Artur poczuł, że nie może oderwać ust. Otworzył oczy i w miejscu Mizuko zobaczył maszkarę o oczach ślepych jak u ryby głębinowej. Z wyrazem przerażenia na twarzy wrzasnął i spróbował ją odepchnąć.

Jej usta rozwarstwiły się i rozwarły jak tuba gramofonu. Zewnętrzna część przylgnęła do skóry twarzy niczym maska tlenowa. Zębaty język, który trzymał go za wargi, wsunął się do środka i szeroko otworzył mu usta. Wierzgał, niezdolny oddychać.

Gardło Mizuko poruszyło się konwulsyjnie. Pompowało w chłopaka żrącą maź. Bestia traciła masę, aż kończyny wychudły jak ości.

Artur znieruchomiał.

Podniosła go i wlała rozpuszczoną zawartość do paszczy. Zawiązała zwiotczałą skórę Artura wokół pasa i wskoczyła do wody.

Mizuko jeszcze nie rozumiała, skąd to dziwne uczucie pustki i zawodu, jakby jakaś jej część umarła. Przecież robiła tylko to, do czego wyewoluowała. Dlaczego tym razem czuła się inaczej?

Gnana pierwotnym instynktem, popłynęła w kierunku leżącej na dnie struktury.

Kopuły.

Z ludzkich kości.