Danse

Ocena: 
0
Brak głosów

Dźwięk szurania osełki wypełniał mieszkanie Ernsta Hanfstaengla. Właściciela nie było w domu. Dwa dni temu zakończył się pucz, lecz on nadal dostawał różne zadania polowe.

Aaron nie przejmował się nieobecnością gospodarza, siedział na taborecie przy ścianie w sypialni i ostrzył w skupieniu narzędzie. Każde pociągnięcie po sierpie miało właściwy rytm, swoistą melodię, którą słyszał jedynie on i postać obok.

– Długie, pociągłe ruchy, pamiętaj – poinstruowała postać z twarzą okrytą cieniem kaptura. – Traktuj Go niczym przedłużenie ręki. Dbaj o Niego, a On zadba o ciebie.

Aaron pokiwał machinalnie głową. Znał te rady. Lata całe wtłaczała je w niego, choć mężczyzna już od dawna istniał poza czasem. Uczył się sztuki od samej mistrzyni. Nie rozumiał ideologii, czy raczej obsesji, kobiety, ale zwyczajnie łatwiej jest ciąć ostrym narzędziem.

– Tak... pani – odparł, choć ledwie godził się jej służyć. Coś wewnątrz, nie wiedział co, powodowało wzdrygnięcie na każde słowo wypowiedziane przez kobietę. Zawsze wyniosła, wszechwiedząca, nieznosząca sprzeciwu, arogancka, bezemocjonalna… Gdyby te cechy zamknąć w pigułce, mało kto zdołałby ją przełknąć, a nawet jeśli, nikt by się potem nie uśmiechnął.

Niestety, Aaron nie miał wyboru. Dostał przydział, z którym nie mógł dyskutować. Kobieta musiała wyszkolić go na pomocnika, gdyż najmłodsza nie była, a ponoć czasy obfitych żniw zbliżały się nieubłaganie.

– Co tu robimy, pani?

– Czeka cię trudna próba... Czy pamiętasz wydarzenia sprzed dwóch dni?

Aaron wrócił pamięcią do dziewiątego listopada.

 

***

 

Drzwi otworzyły się z trzaskiem. Do środka wpadł mężczyzna średniego wzrostu, z włosami ulizanymi na bok i cienkim czarnym wąsem, przywodzącym na myśl przecinek. Krzyczał na żonę Hanfstaengla w jej własnym domu:

– Nie ruszyli! Rozumiesz? Nie ruszyli! – Głos przybysza przypominał uderzenia bicza. Zdejmował z siebie ubranie nerwowymi ruchami. Pot przykleił włosy do czoła. – We Włoszech zamach stanu przebiegł tak gładko!

– Co się stało? – spytała kobieta. Dłonie jej drżały, lecz nawet nie próbowała ich opanować.

– Już zbliżaliśmy się do Feldherrnhalle i na Residenzstrasse napotkaliśmy kordon policji. Nie poddali się! Zaczęli strzelać!

– Gdzie Ernst? – Gdy wspomniała o mężu, jej oczy zaszły łzami.

– Nie wiem. Postrzelili Göringa, ja uciekłem. – Mężczyzna rzucił ubrania na taboret pod ścianą i założył piżamę w paski.

– Uciekłeś? Jak to? A co z moim mężem? Twoim przyjacielem?!

Spojrzał ponownie na żonę Hanfstaengla wzrokiem, który zwykle poprzedza mord. Patrzył na nią, jakby to ona ustawiła nieszczęsny kordon policji na drodze. Kobieta wyczuła, że powiedziała o jedno słowo za dużo. A czasem tyle dzieliło życie od śmierci. Mężczyzna pokazał zęby, jego twarz zatrzęsła się, a skroń zaczęła pulsować w rytm przyśpieszającego serca. Podszedł do niej. Zatrzymał się tak blisko, że nieomal zetknęli się nosami, i wykrzyczał:

– WON!! – Kropelki śliny obryzgały kobietę. – SCHEISSE! ZEJDŹ MI Z OCZU!

Spuściła wzrok i ruszyła w stronę salonu, odprowadzana do drzwi przekleństwami oraz krzykiem. Wytarła twarz dopiero po opuszczeniu sypialni.

 

***

 

– Pamiętam… – odpowiedział Aaron z sierpem w dłoni.

– A więc patrz i decyduj – podsumowała Śmierć, wskazując wąsatego choleryka siedzącego na łóżku jak zahipnotyzowany.

Patrzył w dal pustym wzrokiem. Aaron zajrzał mu w myśli: mężczyzna ciągle niedowierzał, że pucz nie przyniósł zamierzonego skutku; po chwili jednak owładnął nim strach. Policja zbliżała się nieuchronnie… Za zamach stanu czekała go egzekucja bądź dożywocie. Rozstrzelają go na placu ku uciesze gawiedzi. Jego! Tak wielkiego człowieka! Rzesza powinna się wstydzić, że inne narody traktują ich niczym psy, a nie wizjonerów, rewolucjonistów, którzy chcą dobrych zmian! Mało tego, koniecznych zmian! Nie da się im...

Wstał i podszedł do taboretu, gdzie leżało ubranie. Odpiął dwa żelazne krzyże od munduru, zawiesił je na piżamie. Wyciągnął pistolet. Sprawdził, czy jest naładowany. Słyszał, jak policja gromadzi się pod kamienicą. Patałachy – pomyślał – wysłali po mnie takich żółtodziobów. Westchnął. Sam zdecyduje o sobie. Następnie przyłożył pistolet do skroni. Oddech przyśpieszył. Mężczyzna z dumą wypiął pierś, uniósł podbródek i wstrzymał powietrze...

Kobieta w kapturze odezwała się do Aarona:

– Przyszła godzina próby. Co zrobisz?

Aaron wstał z taboretu. Dotknął ostrza sierpa. Gotowy. Wystarczy jeden ruch, aby zdecydować o życiu mężczyzny. Zwykle ów brzemię leżało na barkach Śmierci, on jako uczeń po prostu chodził za nią i odkrajał dusze opuszczające ciało. Uwalniał je.

Śmierć radziła, aby w takich chwilach głęboko rozważał każdy przypadek. On jednak nie lubił myśleć, wolał działać. Czuł, że znalazł się tu w zupełnie innym celu. Na samą myśl odebrania życia przechodził mu przez plecy lekki dreszczyk, jakby wywołany przez echo wspomnień z czasów zanim umarł. Nie umiał powiedzieć, czym się zajmował. Nie pamiętał niczego sprzed wizyty Kostuchy, a jednak patrząc na sierp czuł delikatne podniecenie.

Aaron wiedział jedno: Śmierć w trakcie Wojny Światowej miała pełne ręce roboty. Ciągłe nadgodziny, żadnego odpoczynku, a zadumę musiała odkładać na dalszy plan. Potrzebowała asystenta, który pokocha tę pracę, więc na pewno wzięła kogoś z dużą renomą. Jakiś naturalny, pozbawiony sumienia talent. Musi pokazać, jak bezwzględnie zabija. Na tym polegał test. Na pewno...

Uniósł sierp w górę, obrał za cel sam środek klatki piersiowej, skąd najszybciej wypłynie dusza mężczyzny. Ostrze przecięło powietrze ze świstem.

Śmierć chwyciła rękę Aarona białymi paliczkami, kaptur opadł. Kościane oblicze nie wyrażało nic. W końcu czaszka nie może ani się uśmiechnąć, ani posmutnieć.

– Wiedziałam – powiedziała, a Aaron nic nie zrozumiał – że się nie zawahasz...

– Daj mi dokończyć, pani...

– Niestety. Ten człowiek to inwestycja w naszą pracę. Musi przeżyć.

– A niby kto to taki? Zwykły kmieć z wąsem...

Śmierć trwała chwilę w ciszy, rozważając, co powiedzieć. Do uszu Aarona doszedł dźwięk uchylanych drzwi sypialni: bardzo długie, ale subtelne skrzypnięcie.

– Można powiedzieć, że zostanie najbardziej wpływowym autorem na świecie – odparła Śmierć tajemniczym głosem, jakby treść była przeznaczona wyłącznie dla niej oraz Boga.

Nagle żona Hanfstaengla wytrąciła mężczyźnie broń z ręki.

– Przestań! – krzyknęła. – Nie możesz się poddać! Rzesza będzie wielka!

W tym samym momencie do mieszkania wkroczyli uzbrojeni policjanci. Obezwładnili mężczyznę dość delikatnie jak na wagę jego przewiny, a następnie skierowali ku wyjściu. Aaron nie zauważył żadnego oporu w ruchach choleryka, ale za to w jego myślach wyzwiska goniły wyzwiska, a patriotyczne hasła wypierała jedynie pogarda do policji, która stanęła na drodze do świetności Rzeszy.