Komunikat o błędzie

  • Nie udało się utworzyć pliku.
  • Nie udało się utworzyć pliku.

Stary bóg

Ocena: 
0
Brak głosów

Promienie słońca grzały Evana w plecy, gdy przekopywał gruzy w poszukiwaniu skarbów, które mógłby sprzedać na czarnym rynku. Co jakiś czas słyszał niepokojący dźwięk i zerkał w niebo, jednak do tej pory nie zauważył żadnego statku. Kiedyś terytoria za murem kontrolowano o stałych porach, ale teraz zmieniano godziny przelotów.

Okaleczony Świat. Tak nazywali miejsce, gdzie kilkanaście lat temu rozpętała się wojna pomiędzy dwoma mocarstwami – Morgonu i Zenosu. Ośmioletni Evan doskonale pamiętał dzień, w którym ojciec wyszedł z domu, by bronić ojczyzny. Nigdy więcej go nie ujrzał. Z matką i braćmi wędrował po opuszczonych miastach i wsiach, by uciec przed wrogimi żołnierzami. Skrywali się w budynkach, okradali puste domy, byle przetrwać kolejny dzień. Takie życie męczyło, zwłaszcza Evana. Tamtego dnia słońce przypiekało niemiłosiernie, nawet wieczór nie przynosił ochłody. Od tygodnia nie wychodzili na zewnątrz i ściany schronienia przytłaczały. Odczekał, aż matka z braćmi zasną i wymknął się, by popatrzeć na gwiazdy. Chciał choć na chwilę zapomnieć o strachu. Cisza i świeże powietrze, przesycone zapachem niedawnego deszczu dodały mu odwagi, by odejść kilometr od schronienia.

Najpierw usłyszał świst lecącego pocisku, następnie huk, jakby ziemia pękła na pół. Podmuch powietrza rzucił nim o ścianę, a dom, w którym nocowali, zawalił się i pogrzebał najbliższe mu osoby. Rok później podpisano rozejm między mocarstwami, jednak w rzeczywistości wciąż dochodziło do starć, bo żadne z państw nie chciało zrezygnować z ziemi niczyich.

Evan przysiadł, przetarł przedramieniem czoło i wziął głębszy wdech. Usłyszał dźwięk silników i zasysanego powietrza.

Szlag!

Wstał gwałtownie i pognał w dół po nierównym gruncie. Luźne kamienie spowalniały ucieczkę, utrudniały utrzymanie równowagi. Musiał znaleźć kryjówkę, niestety większość szczelin się nie nadawała. Nad koronami drzew zauważył skrzydło statku. Niech to, miał coraz mniej czasu. Dostrzegł wyrwę w betonowej ścianie, zaryzykował i wczołgał się do środka. Statek zawisł nad Evanem. Chłopak usłyszał pikanie, czerwone punkty laserów skanowały obszar. Obok jego twarzy przebiegł szczur prosto na otwartą przestrzeń. Alarmy zawyły, laser dotarł do szczura i ciało zwierzęcia eksplodowało, pozostawiając krwawą miazgę. Kropelki krwi ochlapały twarz Evana, jednak nie próbował ich zetrzeć z obawy, że najmniejszy ruch przyciągnie uwagę laserów.

Coś zgrzytnęło, gruzy pod nim się osunęły. Desperacko chwycił metalowy pręt, ale palce ześlizgnęły się po nim. Spadł na marmurową podłogę. Obok niego upadały mniejsze kamienie, jeden z nich uderzył go w plecy. Evan jęknął z bólu, przez kilka sekund pozwolił sobie na odpoczynek, po czym wstał. Do pomieszczenia wpadało trochę światła. Wnętrze wyglądało na świątynię, do której prowadziły korytarze, niektóre zawalone, inne spowite ciemnością. Evan wyczuł czyjąś obecność. Spojrzał na ołtarz pod ścianą. Podszedł do niego, choć instynkt podpowiadał ucieczkę. Na ołtarzu wyryto symbole. Dotknął ich. Pojaśniały, po czym ułożyły się w dwa słowa.

Pod nim – odczytał.

Evan schylił się i dostrzegł figurkę, złapał ją i przetarł rękawem kurtki. Przedstawiała sylwetkę człowieka z wilczą głową, szczerzącego kły.

Z korytarza naprzeciwko dosłyszał krzyki, wybiegło z niego trzech żołnierzy i wycelowali w chłopaka. Zdążył zacisnąć palce za figurce, gdy trafił go pierwszy laser, który przeszył klatkę piersiową na wylot, drugi trafił w szyję i przeciął tętnicę. Chłopak upadł, figurka roztrzaskała się o posadzkę. Temperatura spadła i włoski na karku Evana się podniosły. Żołnierze ponownie użyli broni.

Po co strzelali? – pomyślał.

Rozległy się krzyki bólu, które szybko ucichły. Evan zobaczył nad sobą widmową postać z wilczymi ślepiami. Wilkor dotknął palcami jego klatki piersiowej. Chłód przeniknął przez ubranie, mroził krew. Wilkor obnażył kły, szarpnął ręką i wyciągnął duszę chłopaka, ledwo widoczną, słabą. Rzucił nią o ziemię. Rozpłynęła się w powietrzu niczym mgła rozwiana przez wiatr.

Wilkor dopasował się do nowego ciała, usiadł i zacisnął dłonie w pięści. Nie stanowiło najlepszego naczynia, ale musiało wystarczyć, dopóki nie znajdzie następnego.

Kolejni żołnierze wbiegli do świątyni. Na widok martwych kolegów zatrzymali się, po czym dostrzegli Wilkora i wycelowali. Instynktownie wyciągnął przed siebie rękę; osłona pojawiła się w momencie, kiedy oddali pierwsze strzały. Czerwień laserów uderzyła w nią i rozprysła się, tworząc nieregularne wzory. Zaprzestali ostrzału.

– Skończyliście?

Nitki mocy popłynęły w stronę żołnierzy, przebiły skórę szyi, przejmowały kontrolę. Zmusił ich, by opuścili broń i podążyli za nim niczym marionetki. Po opuszczeniu świątyni Wilkor wciągnął do płuc powietrze pełne zapachów po walkach, jakie przeszły przez te tereny.

Wilkor zwrócił się w stronę muru, za którym skrywali się jego przyszli wyznawcy.

– Idźcie – odezwał się do nich. – I sławcie moje imię. Niech wiedzą, że Upadły powrócił.