Efredin

Autor: 
Ocena: 
0
Brak głosów

Nie ma tu bramy. Ani muru. Miasto po prostu się rozpoczyna. Po wielu dniach przedzierania się przez gęstą dżunglę na południowym kontynencie Nowego Marakeszu mój towarzysz i ja nagle wkraczamy pomiędzy budynki. Widoczne są tu ewidentne oznaki wczesnego zasiedlenia. Gdzieniegdzie gliniana skorupa, wysłużone skrzyżowanie, sadza po płomieniu, który przyprószył czernią bok jednego z budynków.

 To miejscowi Nowomarrakeszanie skierowali nas na tę długą i wietrzną trasę, wiodącą przez serce południowego kontynentu. Na zdjęciach satelitarnych nic nie było widać, ale zapewniali nas, że to tam jest, starożytne miasto, nieodkryte, lecz istniejące w uporczywie powtarzanych opowieściach. Trzy tysiące mil dżungli wypełnionej egzotyczną fauną i florą. Szczęśliwie dla nas, większość nie stanowi zagrożenia dla ludzi. Jak wyjaśnili nam miejscowi, ludzki zapach brzydzi te stworzenia. Nawet rejestratory śmierdzieli unikały nas pomimo własnej, raczej cierpkiej natury.

Pierwszego dnia włóczyliśmy się po ulicach i skwerach, wśród monolitycznych marmurowych pałaców i smukłych iglic z najcudowniejszych pajęczyn, których rozmiary rozciągały się od karlego do gigantycznego. Miasto trwało otulone zaskakującą i niczym niezmąconą ciszą. Z rzadka wydawało nam się, że słyszymy jakieś dźwięki lub strzępki rozmów. Ale w każdym przypadku był to tylko wytwór naszej wyobraźni. Rozbiliśmy obozowisko przy jednym z pałaców wewnątrz galerii, której zwisające wzmocnienia dawały schronienie.

Trzeciego dnia w Efredinie ujrzeliśmy pierwszego ducha. Przynajmniej tak właśnie je nazywaliśmy ze względu na ich eteryczny wygląd. Dotarliśmy już do zewnętrznych pierścieni miasta, gdzie częstotliwość pojawiania się tych zjaw wzrosła. Efredin wydaje się wyrastać od środka, tak że najstarsze struktury zlokalizowane są na obrzeżach. Każda następna mara, którą napotykaliśmy, zdawała się coraz realniejsza. Stało się też oczywiste, że Efredin był prawdziwą metropolią z zamieszkałą przez przedstawicieli różnych ras, również nie z tego świata.

Po tygodniu w mieście przeprowadziliśmy pierwszą rozmowę. Wcześniej mieszkańcy nas ignorowali, teraz byliśmy nagabywani z odrobiną zaciekawienia. Wydawało się, że nie występuje między nami żadna bariera językowa, a osobnik, który przedstawił się jako Mialoc, opisał nam utopijne społeczeństwo, w którym wszyscy traktowani są jednakowo.

Po dwóch tygodniach dotarliśmy do centrum miasta. Spod pięknego łuku z białego marmuru weszliśmy na długą aleję obsadzoną wiekowymi kasztanowcami. Wieże ze szkła i stali otaczały ogromny plac, którego centralną część zdobił granitowy obelisk, wysoki na kilka jardów i pokryty egipskimi hieroglifami. Mój towarzysz i ja przyglądaliśmy się w zdumieniu licznym ziemskim budynkom stojącym w centrum miasta. Ludzie wokół nas, a zebrało się ich już całkiem sporo, podziwiali konstrukcje, jakby były eksponatami w kolekcji sztuki.

Spytaliśmy jednego z gapiów, który wyglądał na miejscowego Nowomarrakeszanina (nie wiadomo, czy płci męskiej, czy żeńskiej – ciężko to stwierdzić):

‒ Skąd wzięły się te budynki?

‒ Pojawiły się jakoś ostatnio. Chyba ze dwa tygodnie temu ‒ odpowiedział Nowomarrakeszanin. ‒ Najbardziej podoba mi się tamto pompatyczne coś, o tam, tuż obok Studni. ‒ Ogon stworzenia wskazał na replikę Big Bena oddaloną o kilka mil.

‒ Ale... To są budynki z Ziemi. Wywodzą się z naszej historii ‒ oświadczył mój towarzysz.

Nowomarrakeszanin wykrzywił mordkę w uśmiechu, ukazując zęby.

‒ Ach, to wy niedawno przybyliście? Witajcie w Efredinie. Jeśli czegoś potrzebujecie, dajcie mi znać. Wszyscy tu żyją w przyjaznej, sąsiedzkiej atmosferze.

‒ Jak te budynki się tu znalazły? ‒ spytałem naszego samozwańczego gospodarza.

‒ Pojawiają się, gdy do miasta przybywają nowi goście. Pozostałe budowle odrobinę się odsuwają i powstaje nowe centrum miasta. Gdy przybywa więcej gości lub po upływie pewnego czasu granice nieco się zacierają, ale teraz wszystko wydaje się raczej wyraźnie określone, jak sami widzicie.

‒ Czy często macie tu nowych gości? ‒ spytałem.

‒ Cóż, miasto położone jest pośrodku gęstej dżungli, więc raczej nieczęsto. Nowa krew oczywiście jest zawsze mile widziana. I oczywiście nikt nigdy nie opuszcza miasta.

‒ A to dlaczego? ‒ Nagle zrobiłem się podejrzliwy.

‒ To miasto nie istnieje w rzeczywistości, jaką znacie. Już przez samo przebywanie tu powoli przechodzisz w tę drugą rzeczywistość.

‒ A co to oznacza?

Nowomarrakeszanin czy nowomarrakeszanka potrząsnął ogonem.

‒ Powoli blakniesz, aż nie da się tego odwrócić. A po tym, kto wie? Pozostajesz w mieście. Lub przekraczasz Granicę. Każdego dnia ludzie wchodzą do Studni i znikają. Niektórzy po kilku miesiącach, inni zostają tu na wieki.

Mimo że w Efredinie nie zbywało na niczym, i tak nie mogłem zostać. Wciąż jest tak wiele do odkrycia, tak wiele do zrobienia. Mój towarzysz nie miał takich skrupułów. Więc muszę wyruszyć sam, przedrzeć się przez tysiące mil dżungli. Ktoś musi o tym opowiedzieć, naoczny świadek, który sam wszystkiego doświadczył. Pozostaje pytanie czy kiedykolwiek będę poza Efredinem czymś więcej niż cieniem, ale jeszcze nie jestem w stanie udzielić na nie odpowiedzi. Ale muszę spróbować, bo taki już jestem…

 

 

Przełożyła Małgorzata Gwara