Pierwszy śnieg

Ocena: 
0
Brak głosów

Kiedy po wszystkim wstaje i podchodzi do okna, zamiast przytulić się i zasnąć, jeszcze niczego nie podejrzewam. Oddycham spokojnie, czując jak jego pot schnie mi na brzuchu i piersiach, i obserwuję ciemną sylwetkę obramowaną wieczornym światłem. W końcu, znudzona, wstaję i podchodzę, przytulając się do jego pleców i ciasno obejmując tors rękami. Patrzę, opierając mu brodę na ramieniu.

I już wiem, że znów go stracę.

Pada śnieg.

Duże płatki cicho sypią się gęsto z ciemnego nieba, pomarańczowe i fioletowe w świetle latarni. Domy naprzeciwko są niemal niewidoczne przez ruchomą kurtynę. Jest jaśniej niż powinno być o tej porze; błoto, zeschnięte liście i uliczne śmieci znikają pod puszystą, migotliwą warstwą, otulającą miękko wszystko w zasięgu wzroku. To piękny widok, ale nienawidzę go z całego serca.

Mężczyzna wyplątuje się z moich objęć, wychodzi i dość szybko wraca, całkowicie ubrany. Nie patrzy na mnie, tylko gdzieś obok; znam ten wzrok i wiem, że myślami jest już bardzo daleko. Mówi coś bez ładu i składu, w końcu spogląda na mnie, a ja cieszę się, że wokół panuje półmrok; choć i tak wyczuwam jego pogardę i wiem że jestem zbyt pospolita, zbyt niska, zbyt krępa, nie dość piękna, nie dość mądra i niewystarczająco pociągająca. Zupełnie przestało się liczyć, że dla niego przeszłam przez lodowe piekło, przecież to było tak dawno temu... Nie płaczę. Za pierwszym razem, kiedy próbowałam go zatrzymać, płacząc i błagając, dotknął mojej twarzy, poczuł ciepło łez i otrząsnął się z obrzydzeniem; wyszedł wtedy, trzaskając drzwiami, a ja szlochając wspominałam moją podróż i spotkanie nad Wiecznością w lodowym pałacu; bardzo się bałam, że straciłam go na zawsze. Ale wrócił, niezbyt przytomny, jakby obudził się z długiego snu, prawie nic nie pamiętał. Nawet nie wiem czy odnalazł tamtą.

Odwraca się i odchodzi, a ja kładę się w pustym łóżku i wciąż słysząc jego kroki na schodach zwijam się w kłębek pod wychłodzoną kołdrą. Dopiero teraz pozwalam płynąć łzom, wystarczająco gorącym, by wzbudzić jego niesmak, ale za mało, żeby ostatecznie rozpuścić ten przeklęty odłamek lodu w jego sercu.