Wampirza panna

Autor: 
Ocena: 
0
Brak głosów

Tamta sadyba była dokładnie tym, czego szukałem przez poprzednie kilka tygodni, gdyż znajdowałem się w stanie, w jakim ponowna izolacja od społeczeństwa stała się niezbędna. Straciłem całą pewność siebie i ludzkie towarzystwo mnie wykańczało. We krwi płynął dziwny niepokój, w głowie ziała jałowa pustka. Znajome twarze i obiekty mnie odpychały. Chciałem być sam.

To właśnie ten stan, w jakim pogrąża się każdy wrażliwy i artystyczny umysł, gdy jego właściciel przepracowuje się lub gdy zbyt długo poddaje się rutynie. I wtedy Natura nakazuje, by szukać zielonych pastwisk. To znak, że ucieczka jest rzeczą pożądaną.

Jeśli stan ten nie ustąpi, umysł staje się kapryśny i hipochondryczny, a także i hiperkrytyczny. To zawsze zły znak, gdy ktoś nagle staje się nadmiernie krytyczny i surowy wobec specjalności własnej lub innych ludzi, co znaczy, że jegomość ten traci istotne aspekty pracy, świeżość i entuzjazm.

Nim pogrążyłem się w tym ponurym stanie, pospiesznie spakowałem bagaż i łapiąc pociąg do Westmorland rozpocząłem tułaczkę w poszukiwaniu samotności, rześkiego powietrza i romantycznych krajobrazów.

W trakcie tej wczesnoletniej wędrówki odwiedziłem wiele miejsc, które zdawały się spełniać wszystkie te warunki, a jednak jakaś drobna niedogodność powstrzymywała mnie przed podjęciem ostatecznej decyzji. Niekiedy była to sceneria, która mi się nie spodobała. W innych miejscach natomiast potrafiłem nagle zapałać antypatią do gospodyni lub gospodarza i wiedziałem, że przed upływem tygodnia spędzonego pod ich opieką czułbym do tych ludzi odrazę. W jeszcze innych miejscach, które mogłyby mi przypaść do gustu, nie mogłem się zatrzymać, gdyż nie chciano tam lokatora. Los wiódł mnie do Chaty na Wrzosowisku, a z przeznaczeniem nikt nie wygra.

Pewnego dnia znalazłem się na rozległym i bezdrożnym wrzosowisku nieopodal brzegu morza. Wcześniejszą noc spędziłem w niewielkiej osadzie, ale ta znajdowała się już osiem mil za mną i odkąd tylko obróciłem się do niej plecami, nie spotkałem się już z żadnymi śladami cywilizacji. Byłem sam na sam z jasnym niebem nade mną, kojącym, przepełnionym ozonem wiatrem wiejącym nad kamienistymi i pokrytymi wrzosem wzniesieniami i nic nie zakłócało mych medytacji.

Nie miałem pojęcia, jak daleko rozciągały się wrzosowiska. Wiedziałem jedynie, że jeśli będę podążał przed siebie, z pewnością dotrę do klifów, a po pewnym czasie być może do jakiejś wioski rybackiej.

W plecaku miałem potrzebne zapasy, a młody wiek sprawiał, że nie obawiałem się nocy pod gwiazdami. Wdychałem wyśmienite letnie powietrze i ponownie odzyskiwałem utracony wigor i szczęście. Do moich zasuszonych przez miasto komórek mózgowych powracały dawne soki.

I tak mijały mi w drodze godzina za godziną. Od rana przebyłem piętnaście mil, gdy ujrzałem przed sobą samotną, kamienną chatkę z grubsza pokrytą dachówką.

‒ Zatrzymam się tu, jeśli to możliwe ‒ powiedziałem sobie i przyspieszyłem kroku.

Dla kogoś, kto szuka cichego i spokojnego życia, z pewnością nic nie byłoby bardziej odpowiednie niż ten dom. Stał na krawędzi wyniosłych klifów, z drzwiami frontowymi wychodzącymi na wrzosowisko, a tylną ścianą skierowaną na ocean. Gdy podszedłem bliżej, dźwięk tańczących fal uderzył w uszy niczym kołysanka. Jakże te fale musiały grzmieć, gdy nadchodziły jesienne zawieruchy, a ptactwo z piskiem uciekało do gniazd w turzycy.

Przed domkiem rozciągał się niewielki ogródek otoczony murem postawionym bez zaprawy, wystarczająco wysokim, by pod nim spocząć. Sam ogród tonął w płomiennych kolorach, zdominowany purpurą przeplataną delikatnymi odcieniami, jakie mają hodowlane maki w momencie kwitnienia, gdyż tylko one tam rosły.

Gdy się zbliżałem, skupiając uwagę na osobliwej mieszance maków i nienagannej czystości okien, otworzyły się frontowe drzwi i wyszła przez nie kobieta, która zrobiła na mnie korzystne wrażenie, kiedy powoli podeszła ścieżką do bramki i odciągnęła ją, jakby chciała mnie powitać.

Była w średnim wieku, jednak w młodości musiała być wyjątkowo piękna. Wysoka i wciąż smukła. Miała gładką, jasną cerę, regularne rysy i spokojny wyraz twarzy, który zadziałał na mnie kojąco.

Na moje zapytania odpowiedziała, że może zarówno zapewnić mi kąt, gdzie mógłbym usiąść, jak i sypialnię, i zaprosiła mnie do środka, bym mógł je obejrzeć. Gdy patrzyłem na jej gładkie, czarne włosy i chłodne, brązowe oczy czułem, że nie będę grymasił w sprawie kwatery. Byłem pewien, że przy takiej gospodyni odnajdę wszystko, czego szukałem.

Pokoje przewyższyły moje oczekiwania misternie tkanymi, białymi firankami oraz pościelą wydzielającą woń lawendy, salonem prostym, lecz przytulnym i nie zatłoczonym. Z westchnieniem bezgranicznej ulgi zrzuciłem swój bagaż i sfinalizowałem umowę.

Kobieta była wdową mieszkającą z córką, która pierwszego dnia nie czuła się dobrze i spędziła dzień zamknięta w swoim pokoju, lecz następnego jej się polepszyło i wtedy się spotkaliśmy.

Pożywienie serwowano mi proste, jednak wówczas wystarczało mi w zupełności. Pyszne mleko i masło z domowymi bułeczkami, świeże jajka z boczkiem. Po mocnej herbacie poszedłem do łóżka wcześniej, bezgranicznie zachwycony moją kwaterą.

Mimo że byłem szczęśliwy i wycieńczony, nie przespałem tej nocy spokojnie. Winę za to zrzuciłem na nieznane łóżko. Z pewnością spałem, ale mój sen wypełniony był widziadłami, więc obudziłem się późno z poczuciem zmęczenia. Jednak długi spacer po wrzosowisku orzeźwił mnie i z ogromnym apetytem powróciłem na śniadanie.

Niezbędne są pewien stan umysłu oraz czynniki drażniące, nim młodzieniec będzie w stanie zakochać się od pierwszego wejrzenia, jak to ukazał Szekspir w Romeo i Julii. W mieście, gdzie w każdej godzinie mijało mnie wiele atrakcyjnych twarzy, pozostawałem niczym stoik, lecz ledwo tylko wszedłem do chaty po porannym spacerze, momentalnie poległem w bitwie przeciwko urokowi córki mojej gospodyni – Ariadne Brunnell.

Dziewczyna tego ranka czuła się o wiele lepiej i była w stanie zjeść z nami śniadanie, gdyż tak długo, jak pozostawałem lokatorem tych kobiet, siadaliśmy do posiłków razem. Ariadne nie była pięknością w ujęciu klasycznym – jej cera miała odcień sinobiały, a jej twarz wyraz zbyt skupiony, by od pierwszego wejrzenia wydać się całkiem przyjemną. Jednak, jak poinformowała mnie matka, córka przez pewien czas chorowała, stąd też ten defekt. Nie miała regularnych rysów, jej włosy i oczy wydawały się zbyt czarne w porównaniu do bladej skóry, a jej usta zbyt czerwone – chyba żeby porównać je do dekadenckiej harmonii Aubreya Beardsleya.

Jednak moje fantastyczne sny z poprzedniej nocy oraz poranny spacer przygotowały mnie do tego, by zostać zniewolonym przez to podobne do plakatu indywiduum.

Osamotnione wrzosowisko wypełnione śpiewem oceanu wdarło się w me serce uczuciem melancholijnej tęsknoty. Niestosowność tych wystawionych na pokaz i ulotnych kwiatów maku, rozlewających się przyprawiającymi o zawrót głowy odcieniami, w obliczu tego statecznego wrzosowiska wywołała u mnie dreszcz, gdy zbliżałem się do chaty, a to dziwne ucieleśnienie wstrząsających kontrastów ostatecznie dopełniło mego zniewolenia.

Przedstawiona przez matkę uniosła się z krzesła i uśmiechnęła się, wyciągając rękę. Ścisnąłem ten delikatny płatek śniegu. W tej samej chwili przeszedł mnie delikatny dreszcz i zatrzymał mi się na chwilę w sercu, sprawiając, że na moment przestało bić.

Wyglądało na to, że ten kontakt miał wpływ również na nią. Wyraźny rumieniec niczym biały płomień rozświetlił jej twarz, która zdawała się jaśnieć na podobieństwo alabastrowej lampy. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, czarne oczy złagodniały i podeszły łzami, a jej czerwone usta stały się wilgotne. Teraz była żywą kobietą, choć wcześniej wydawała się prawie martwa.

Pozwoliła, by jej biała, smukła dłoń spoczywała w mojej dłużej, niż wielu ludzi pozwala sobie przy zapoznaniu, po czym powoli ją wycofała, wpatrując się we jeszcze przez sekundę lub dwie.

Bezdenne, aksamitne oczy, nim odwróciły spojrzenie od moich, zdawały się absorbować całą moją siłę woli, czyniąc ze mnie jej pokornego niewolnika. Wyglądały jak głębokie, ciemne sadzawki o przejrzystej wodzie, a jednak rozpalały we mnie ogień i pozbawiały sił. Opadłem na krzesło prawie tak ospale, jak rano wywlokłem się z łóżka.

Zrobiłem też pyszne śniadanie i mimo że prawie niczego nie spróbowała, owe przedziwne dziewczę wstało od stołu znacznie odświeżone z lekkim rumieńcem na policzkach, dzięki czemu polepszyło jej się tak wielce, że sprawiała wrażenie młodszej i niemal pięknej.

Przybyłem tu w poszukiwaniu samotności, ale odkąd ujrzałem Ariadne, wydawało się, że znalazłem się tu wyłącznie dla niej. Nie była zbyt żwawa. W rzeczy samej, jak się teraz nad tym zastanawiam, nie potrafiłbym przywołać ani jednego jej spontanicznego komentarza. Odpowiadała na moje pytania monosylabami i sam musiałem naprowadzać ją na konkretne słowa. A jednak insynuowała pewne rzeczy, niejako kierując moje myśli w swoim kierunku i komunikując się ze mną oczami. Nie potrafię jej szczegółowo opisać. Wiem tylko, że od pierwszego wejrzenia i dotyku zostałem zauroczony i nie potrafiłem myśleć o niczym innym.

Opętało mnie gwałtowne, dekoncentrujące i zżerające od środka zauroczenie. Całymi dniami snułem się za nią jak pies, każdej nocy śniłem o tej świecącej, białej twarzy, o niezłomnych, czarnych oczach, o tych wilgotnych, szkarłatnych wargach. I każdego ranka wstawałem z coraz większą trudnością niż dzień wcześniej. Czasem śniłem, że całowała mnie swymi czerwonymi ustami, podczas gdy ja drżałem od dotyku jej jedwabistych, czarnych pukli, które pokrywały mi gardło, a czasem że unosiliśmy się w powietrzu, spleceni w uścisku, a jej włosy rozwiewały się wokół niczym atramentowa chmura, gdy leżałem bezradnie na wznak.

Pierwszego dnia po śniadaniu poszła ze mną na wrzosowisko i zanim wróciliśmy wyznałem jej swoje uczucia i uzyskałem jej zgodę. Trzymałem ją w ramionach, odbierając jej pocałunki w odpowiedzi na moje. Wówczas nie byłem zdziwiony, że wszystko wydarzyło się tak szybko. Była moja, a raczej ja należałem do niej nieprzerwanie. Powiedziałem jej, że przeznaczenie mnie do niej przysłało, gdyż nie miałem wątpliwości co do swych uczuć, a ona odpowiedziała, że przywróciłem ją do życia.

Działając zgodnie z radą Ariadne, a także z wrodzonej nieśmiałości, nie informowałem jej matki o tym, jak szybko niektóre rzeczy postępowały między nami, i mimo że obydwoje zachowywaliśmy się tak ostrożnie, jak tylko było możliwe, nie miałem wątpliwości, że pani Brunnell zauważała, jak pochłonięci byliśmy sobą. Kochankowie w poszukiwaniu kryjówek niewiele różnią się od strusi. Nie bałem się prosić pani Brunnell o rękę jej córki, gdyż ta okazała już, że ma do mnie słabość i powierzyła mi kilka sekretów dotyczących jej sytuacji, i stąd też wiedziałem, że tak długo jak chodziło o pozycję społeczną, nie istniały jakiekolwiek przeszkody w zawarciu małżeństwa. Mieszkały w tej samotni ze względu na kwestie zdrowotne i nie utrzymywały żadnej służby, ponieważ nie mogły znaleźć nikogo, kto nająłby się do pracy tak daleko od ludzkich osad. Moje przybycie zatem było czymś dogodnym i mile widzianym, zarówno przez matkę, jak i córkę.

Jednak przez wzgląd na przyzwoitość zdecydowałem się odłożyć moje oświadczyny o tydzień lub dwa w nadziei, iż trafi się sposobna okazja, by zrobić to dyskretnie.

W międzyczasie spędzaliśmy z Ariadne czas próżnując i oddając się uzależniającym przyjemnościom. Każdej nocy kładłem się do łóżka rozważając rozpoczęcie rankiem pracy, a rano podnosiłem się ospały po niepokojących marach, myśląc wyłącznie o swojej miłości. Z dnia na dzień stawała się silniejsza, gdy tymczasem ja wydawałem się zajmować jej miejsce jako ten osłabiony i nie w pełni sprawny, a jednak byłem w niej jeszcze goręcej zakochany niż kiedykolwiek i szczęśliwy jedynie wtedy, gdy była obok. Była moją jedyną gwiazdą na niebie, jedyną radością, całym moim życiem.

Nie pokonywaliśmy wielkich odległości, ponieważ najbardziej lubiłem kłaść się na suchym wrzosowisku i patrzeć na jej jaśniejącą twarz i głębokie spojrzenie, słuchając kłębiących się w oddali fal. To miłość mnie rozleniwiła, myślałem, jeżeli bowiem człowiek nie ma przy sobie wszystkiego, czego pragnie, jest w stanie upodobnić się do domowego kota i wygrzewać się w słońcu.

Szybko poddałem się urokowi. Zdjęcie tego przekleństwa przyszło równie szybko, chociaż odbyło się to na długo, zanim trucizna opuściła moją krew.

Pewnej nocy, kilka tygodni po moim przybyciu do chaty, wróciłem z wyśmienitego spaceru w świetle księżyca z Ariadne. Noc była ciepła, a księżyc w pełni, dlatego zostawiłem okno sypialni otwarte, by wpuścić trochę powietrza.

Czułem się wykończony bardziej niż zwykle, do tego stopnia, że zdołałem jedynie zrzucić buty i płaszcz, nim padłem znużony na posłanie i prawie natychmiast zasnąłem, nie wilżąc nawet ust płynem, który stale pozostawiano mi na stole, i który zawsze osuszałem łapczywie.

Tamtej nocy miałem okropny sen. Wydawało mi się, że widziałem potwornego nietoperza o twarzy i włosach Ariadne, który wleciał przez otwarte okno i wpił się białymi kłami i czerwonymi ustami w moje ramię. Starałem się przełamać lęk, jednak nie dawałem rady, gdyż byłem niczym przykuty do łoża i zniewolony senną rozkoszą, podczas gdy bestia wysysała ze mnie krew w przerażającym zachwycie.

Obróciłem się sennie i ujrzałem na podłodze rząd trupów młodych mężczyzn, każdy z czerwonym śladem na ramieniu, w tym samym miejscu, w którym wampir wysysał krew ze mnie, i przypomniało mi się, że zauważyłem taką ranę u siebie i zastanawiałem się nad nią przez ostatnie dwa tygodnie. W okamgnieniu pojąłem powód mojego dziwnego osłabienia i w tej samej chwili nagłe ukłucie bólu wyrwało mnie z sennego otępienia.

Zaaferowana wampirzyca tej nocy ugryzła odrobinę za głęboko, nieświadoma, że nie wypiłem mikstury. Gdy się obudziłem, ujrzałem jej sylwetkę w świetle księżyca: z rozrzuconymi, czarnymi puklami i czerwonymi ustami wpitymi w moje ramię. Odepchnąłem ją z okrzykiem przerażenia, po raz ostatni spoglądając w jej bezlitosne oczy, jaśniejącą białą twarz i skąpane we krwi usta, po czym wybiegłem w noc, napędzany strachem i nienawiścią. W swym szalonym pędzie nie zatrzymałem się ani razu, dopóki nie zostawiłem przeklętej Chaty na Wrzosowisku kilometry za sobą.

 

Przełożyła Małgorzata Gwara