Komunikat o błędzie

  • Nie udało się utworzyć pliku.
  • Nie udało się utworzyć pliku.

Nic się nie stało

Ocena: 
7
Average: 7 (1 vote)

Głowacki odstawił na stolik pusty kubek po kawie.

– Uff, mało brakowało – odetchnął z ulgą. Ochrona właśnie prowadziła do niego jakiegoś świra, który przedostał się do pokoju sędziów i zaczął im grozić nożem kuchennym. Na szczęście w ostatniej chwili udało się obezwładnić szaleńca.

Dwuskrzydłowe drzwi otworzyły się z łoskotem. Potężni ochroniarze trzymali łysego staruszka ubranego w przyduży kraciasty garnitur. Drobna sylwetka mężczyzny niemal ginęła w uścisku potężnych ramion.

– Wreszcie! Pan przynajmniej wygląda na inteligentnego – zaczął schwytany. – Nie tak, jak ci troglodyci! Jestem docent Siemieniak z politechniki – przedstawił się. – Nie możemy przegrać tego meczu, rozumie pan! Nie możemy przegrać po raz trzeci! Od lat zajmuję się interakcją myślenia życzeniowego ze strukturą czasoprzestrzeni. Wyliczyłem, że grozi nam przekroczenie masy krytycznej wektora emocji ortogonalnych do rzeczywistości…

– Or-to-go-co??? – wydukał jeden z ochroniarzy.

– Ortosralnych! – syknął Głowacki, po czym rzucił okiem na jeden z monitorów. – Chłopaki z komendy już są w sektorze pierwszym, odprowadźcie tego czubka! – rozkazał.

Ochroniarze cofnęli się w stronę drzwi, a staruszek zaczął wierzgać nogami niczym rozwścieczony przedszkolak.

– Nic nie rozumiecie! Niech pan odwoła mecz! – krzyczał piskliwie. – Proszę natychmiast zamknąć stadion! Jeśli ten wektor emocji eksploduje, to nastąpi zapętlenie czasoprz…

Głos Siemieniaka ucichł za zatrzaśniętymi drzwiami.

Głowacki wziął głęboki oddech i spojrzał na monitory. Gwizdek sędziego właśnie oznajmił początek ostatniego meczu fazy grupowej.

Było tak, jak zwykle. Wspaniały doping. Szturm naszych na bramkę przeciwnika – równie desperacki, co nieskuteczny. Pojedynczy rozbłysk radości, zgaszony sekundę później przez sędziego liniowego sygnałem, że był spalony. Nadzieja na honorowy remis, która brutalnie zgasła w osiemdziesiątej dziewiątej minucie po celnym strzale czeskiego napastnika z rzutu wolnego. Gwizdek końcowy…

Na wrocławskim stadionie na moment zapadła złowieszcza cisza. Szef ochrony wpatrywał się z napięciem w monitory. Niepotrzebnie! Podobnie jak po dwóch poprzednich przegranych meczach, kibice zachowali się wzorcowo. Z tysięcy gardeł na trybunach, milionów na ulicach i przed telewizorami dobiegła pieśń:

              Nic się nie stało! Polacy, nic się nie stało!

              Nic się nie stało! Polacy, nic się nie stało!

              Nic się nie stało…

Faktycznie, nic się nie stało.

Głowacki odstawił na stolik pusty kubek po kawie.

– Uff, mało brakowało – odetchnął z ulgą. Ochrona właśnie prowadziła do niego jakiegoś świra, który przedostał się do pokoju sędziów i…