Ziomuś

Ocena: 
0
Brak głosów

I znów było grubo... I znów nic nie pamiętam...

 

– Hej, ziomuś! Dajesz radę?! – Przytłumiony głos dolatywał do mnie niczym zza grubej kotary.

Któż by zliczył, ile to razy w swym życiu słyszałem już te słowa? Ciężko uniosłem jedną powiekę. Fifi pochylał się nade mną z rozdziawioną gębą, demonstrując braki w uzębieniu. Z zainteresowaniem zezował na mnie swoim zakręconym okiem. Kochana morda! Nie da mi zdechnąć jak bezpańskiemu kundlowi w przydrożnym rowie, pomyślałem. Choćby nie wiem, jak bardzo sam był nieważki – nigdy, ale to nigdy, nie zostawił mnie na łasce losu. Odkąd pamiętam był w pobliżu, zawsze mogłem na niego liczyć. I teraz też tak było.

– Ocknij się, ziomuś. – Poczułem gwałtowne szarpnięcie za ramię. – Zbieramy się. Autobus zaraz odjeżdża.

– Neeeh odjeaaaa – wybełkotałem, ignorując zaistniały stan rzeczy, po czym wtuliłem się mocniej w dworcową ławkę. To było wszystko, na co w danej chwili było mnie stać.

W tego typu krytycznych momentach do rzeczy brał się Fifi. Łapał mnie w pół i przerzucał sobie przez ramię jak worek kartofli, czy raczej, zważywszy na moje kościste ciało, jak wiązkę chrustu.

Droga do autobusu w takiej pozycji zmusiła mnie do uniesienia drugiej powieki. Przed oczami migały mi tylko pięty obute w czarne mokasyny. Przewieszony głową w dół, nie miałem szans na rozleglejsze widoki. Dodatkowo mdliło mnie od tego bujania. Dumny paw nadchodził z majestatem, szykując do rozpostarcia swój barwny ogon. Czknięcie, stanowiące preludium do jego narodzin, w porę zaalarmowało Fifiego. Znał mnie jak matka dziecię swoje. Natychmiast postawił mnie na ziemi i oparł plecami o bok autobusu. W tej samej chwili wzbierająca treść żołądka wylała mi się ustami na zewnątrz. Kolorowy kwiat w pełni rozkwitł na ulicy i nie tylko. Ciepła breja okleiła także tylne koło i zderzak pojazdu.

– Trzymaj fason, ziomuś. – Fifi próbował przywrócić mi trzeźwy wygląd, piorąc mnie po pysku. Ma się rozumieć, z wyczuciem. – Kierowca się wkurwi i nigdzie nie pojedziemy.

Szczęściem kierowca nie zauważył chlewu, jaki po sobie zostawiłem, i już po chwili, zaległszy na ostatnim siedzeniu obskurnego autobusu, ponownie zapadałem w alkoholową drzemkę.

Niestety tak zazwyczaj kończyły się moje zakrapiane balety. Bez hamulców i umiaru. Byle więcej, byle do gardła i dalej przełykiem do krwioobiegu. Jak się upodlić, to na całego. Żadna granica, żadna migająca lampka kontrolna, nic nie było w stanie powstrzymać mnie przed upadkiem. Chlałem, bo było. Było, to chlałem.

 

Zaledwie tydzień później mój świat posypał się jak domek z kart. Przed południem, skacowany, szukając ratunku w osiedlowym markecie, trafiłem na Żabę.

– Słyszałeś? Fifi nie żyje! – zagaił na dzień dobry.

W tej samej chwili czas stanął w miejscu. Ta wiadomość spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Gwałtownie i bez ostrzeżenia, niczym jastrząb atakujący gołębia. Wyprostowałem się i zesztywniałem cały, jak gdyby poddano mnie działaniu ciekłego azotu. Kac minął mi w jednej sekundzie.

– Pierdolisz?! – wymamrotałem.

– Nad ranem sąsiad znalazł go na klatce –wyjaśnił Żaba. – Strzeliła mu wątroba, jak wracał nocą do domu.

Słyszałem słowa, ale mój umysł ich nie przyswajał, jakby odbijały się od niewidzialnej bariery ochronnej.

– Wiesz przecież, że ostatnio się nie oszczędzał...

A kto z nas się oszczędzał, pomyślałem. Każdy pił w miarę możliwości – jeden więcej, drugi mniej. W zależności od tego, na ile trucizny było go stać i ile mógł jej przyjąć. Tak naprawdę, nie oszczędzał się nikt.

– Podobno od paru dni pił jakiś lewy bimber... – nawijał jak najęty Żaba. Jego głos coraz bardziej rozpływał się w powietrzu.

Na sztywnych nogach wyszedłem ze sklepu, zostawiając za sobą trajkoczącego koleżkę i niezrealizowany zakup piwa. Roztrącając przechodniów, szedłem przed siebie jak lunatyk, nie za bardzo wiedząc dokąd. Nie mogłem, nie chciałem uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszałem. Wiedziałem, że ta koszmarna wiadomość nie była głupim żartem, co jak co, ale nikt z nas nie żartował sobie z takich rzeczy.

Nasz blok mieszkalny, czyli Lokalna Przystań Rozbitków, w skrócie LPR, dawał bezpieczne schronienie swoim synom. Tu w spokoju można było zacumować i bez przeszkód zjeżdżać niczym po równi pochyłej. Niejeden zdobył tutaj tytuł mistrza w staczaniu się na samo dno. Niejeden też przedwcześnie odpadł z wyścigu po ten zaszczyt. Tych, którzy polegli przed metą, nie brakowało: Jurek Tyfus, Oczko, Drzymała. Pamięć i łzy najbliższych – tyle po nich zostało. Ale nie Fifi! Nie dopuszczałem do siebie tej myśli. On nie mógł być w tym gronie.

Chciałem krzyczeć, chciałem wyć, chciałem spuścić komuś wpierdol, jakby był winny tego, co się stało. Co teraz? Czułem się bezradny jak dziecko we mgle. Już nigdy mam nie zobaczyć tej mordy? Więcej nie oglądać złamanego nosa i śmiesznie zezującego oka, gdy się denerwował? Nie słyszeć sapania, kiedy transportował mnie na swym ramieniu? Zadawałem sobie pytania, z góry wiedząc, jaka jest odpowiedź.

Jak mam dalej żyć? Bez mojego mentora, mojego anioła stróża. Dojrzewałem, czerpiąc wiedzę z jego ulicznych mądrości. Pod jego skrzydłami stawiałem pierwsze kroki na osiedlowych melanżach. Razem spożyliśmy oceany ognistej wody i przeszliśmy przez niejedną rozróbę. Zawsze był przy mnie, lecz tym razem to ja powinienem był być przy nim.

Ale nie będę się rozklejał, nie będę się mazał, hardo uniosłem głowę. Taki już nasz los. Żołnierze Wymięci – to my. Doskonale zdajemy sobie sprawę, na co się piszemy. Każdy, kto wkracza na ten pokład, jest świadomy dokąd ów statek zmierza. Nasz wybór, nasze życie, nasza śmierć.

 

Zrzuta na kwiaty odbyła się w „Kaczuszce”, gdzie kasę zbierała barmanka Iza. Po prawdzie, żaden z nas się do tego nie nadawał; nikt nie dawał stuprocentowej pewności, że nie zniknie z pieniędzmi i ich nie przetańczy. W efekcie kupiliśmy wieniec z białych chryzantem opatrzony złotą szarfą, na której każdy złożył swój bazgroł.

Na uroczystości nie zabrakło nikogo, żałobnicy dopisali w pełnej krasie. Rodzina, znajomi, koledzy z pracy. Ci, którzy mieli być, po prostu byli. Przed cmentarzem roiło się od hałasujących czarnych beemek. To łysogłowi kontrahenci Fifiego od rozmaitych szemranych interesów trąbieniem oddawali cześć zmarłemu i zaznaczali swoją obecność.

Pogrzeb odbył się bez zbędnej pompy i ekstrawagancji, pełna kultura i klasyczna elegancja. Chociaż Marek, bezdomny zaliczający wszystkie ceremonie pogrzebowe, wprowadził drobny element kontrowersji. Z racji trzydziestostopniowego upału postanowił obnażyć tors, demonstrując swe pokryte strupami niczym drożdżówka kruszonką ciało.

Olka, razem z Grubą Marzeną, przyniosły wiązankę czarnych róż, że niby tak klimatycznie. Mówiły potem, że przez pół nocy tuszem do powiek farbowały białe płatki. Głupie pipy, farbą w sprayu byłoby szybciej.

Czerstwy, który stał tuż obok mnie, nie krył łez. Przecież w przyszłym miesiącu Fifi miał trzymać jego pierworodnego do chrztu. Gdy narodził się Michaś, przez ponad tydzień wspólnie opijaliśmy ten radosny fakt.

Szloch, wzruszenie, kwiaty, przemowa kapłana – niby pogrzeb jak każdy inny, ale mnie dusiło od wewnątrz jak nigdy. Czułem, że do piachu idzie cząstka mnie. Wiedziałem, że pewien ważny rozdział został zamknięty na amen. Powstała straszna wyrwa nie do wypełnienia. Życie straciło swój stały rytm. Od teraz już zawsze będzie podzielone na: „przed śmiercią Fifiego” i „po śmierci Fifiego”.

Patrzyłem na otaczające mnie gęby lubiące ryzykowne gry i zabawy, i pytanie rodziło się samoczynnie: „Kto następny?”. Zamyśleni i pogrążeni w smutku, wydawali się być szczerzy w swym żalu. Czy chwila refleksji i zadumy wystarczy i rozgrzeszy, by dalej nic nie robić ze swoim nałogiem i tkwić w nim bez reszty?

Pożegnalny balet, ku pamięci Fifiego, zrobiliśmy wieczorem u mnie. Niczego nie brakowało, alkohol lał się strumieniami, a stół uginał od zagrychy. Stała ekipa, z Karabinem i Zupą na czele, zamontowała się na moich kilkudziesięciu metrach. Razem z nimi pojawiło się też parę mniej lub bardziej szanujących się dziewczyn. Wąska Żaneta i Aldona Miseczka D, jak zwykle, wiodły prym.

Na stypach zazwyczaj albo siedzi się sztywno i milczy, albo gada o pierdołach, albo wspomina zmarłego. No i z zasady się nie tańczy. My wybraliśmy wariant trzeci i tańce. Przy elektronicznych rytmach co rusz nad głowami unosiło się pytanie: „A pamiętacie?” i ktoś przytaczał historię z Fifim w roli głównej. Czego to nie dokonał i jakiego to numeru nie wywinął. Niebywałe pomieszane z niemożliwym; takie „Z Archiwum X”.

Po paru godzinach niezłego moczenia mordy i zalewania pały, niewiele już mi było trzeba, żeby paść na twarz. Towarzystwo również było w całkowitej rozsypce. Część wykruszyła się i ulotniła z mieszkania, parę osób zaliczyło zgon i kimało w najlepsze. Tylko nieliczni utrzymywali się jeszcze na pograniczu tego świata i niczym szczury buszowali w resztkach jedzenia i osuszali butelki do ostatniej kropli.

Wytoczyłem się na balkon, żeby zapalić szluga. Spojrzałem w dół. Dziewięć pięter niżej latarnie oświetlały puste ulice. Ciepłe, letnie powietrze wypełniło mi nozdrza. Zaciągnąłem się głęboko. Świat nagle zawirował i obraz zlał się w jedną plamę. Karuzela, na której się znalazłem, sprawiła, że musiałem kurczowo chwycić się barierki. Balkonem rzucało na wszystkie strony, jakbym siedział na mechanicznym byku. Próbowałem ocenić sytuację: gwiaździste niebo nade mną, przepastna czeluść pode mną. A może odwrotnie. Nie wiem, jak długo by to jeszcze trwało, gdyby w mojej głowie niespodziewanie nie spaliła się żarówka i nie zrobiło się ciemno.

 

– Hej, ziomuś! Dajesz radę?! – głos dochodził z oddali. Czułem się, jakbym miał déjà vu.

Otworzyłem oko. Znajdowałem się w pozycji horyzontalnej. Nade mną stał Fifi i szczerzył się w uśmiechu. Kochana morda! Nie ma co, piękna, wzruszająca historia. Oto mój guru nawiedził mnie we śnie. Będzie co wspominać i o czym opowiadać.

– To nie sen – odparł, jakby wiedział, co pomyślałem.

– Jak nie sen, to co?

– Możesz wstać? – zignorował moje pytanie.

– Chyba tak – odpowiedziałem niepewnie, podnosząc się. – Powiesz mi, co jest grane?

– Wypadłeś z balkonu, ziomuś. Jesteś zimny trup.

– Serio?! – Nie mogłem uwierzyć. No tak, głupi wypadek, pomyślałem. Musiałem za bardzo się wychylić.

– A może po prostu tego właśnie chciałeś. – Fifi znów czytał mi w myślach.

Nic nie odpowiedziałem; nie chciałem przyznawać mu racji. Nasz wybór, nasze życie, nasza śmierć.

– Skoro ja też nie żyję, to gdzie my właściwie jesteśmy? – zapytałem.

– Po Drugiej Stronie Drzwi. Nie pękaj, ziomuś – dorzucił, widząc moją przygnębioną minę. – Przekonałem się już, że tu się za kołnierz nie wylewa.

– Nie mów, tutaj też piją? – w moim głosie pojawiła się nadzieja.

– I to jak! – Fifi klepnął się radośnie w tylną kieszeń spodni, z której wystawała szyjka płaskiej butelki. – A co myślałeś, ziomuś? Wszędzie piją.

Pokrzepiony myślą, że moja nieodłączna towarzyszka życia, a teraz i śmierci, jest na wyciągnięcie ręki, przywołałem szeroki uśmiech na swoje oblicze.