Komunikat o błędzie

  • Nie udało się utworzyć pliku.
  • Nie udało się utworzyć pliku.

Wieczorem

Ocena: 
0
Brak głosów

Pani Ludmiła postawiła szklankę, ostrożnie wysuwając palec z ciasnego uchwytu metalowego koszyczka. Spojrzała na stół: z dwóch szklanek unosił się aromatyczny zapach świeżo zaparzonej kawy. Obok stała czerwona cukierniczka i wyszczerbiony spodek z ciasteczkami. Zadowolona wygładziła odruchowo ceratę i zbliżyła się do okna. "Zaraz powinna być."Odchyliła pożółkłą firankę i utkwiła wzrok w oknie. Myślała o tym jak kiedyś uwielbiała jesień. Jak boso biegała po  lesie podrzucając do góry kolorowe liście. Była młoda i pełna nadziei. Dziś te spadające liście zmuszały do rozmyślań nad ulotnością i kruchością życia. Pani Ludmiła kilkakrotnie westchnęła odprowadzając spojrzeniem różnobarwne liście klonu, kręcące piruety, w krótkim locie ku ziemi. Przysunęła twarz bliżej  z niepokojem wpatrując się w furtkę. Mosiężną, skrzypiącą dawno nie smarowanymi zawiasami. Co jakiś czas przecierała rękawem,  zaparowaną od oddechu, szybę. Wolała patrzeć dość miała  nasłuchiwania. Odwróciła głowę w stronę stołu. "Oby kawa nie wystygła. " Zaniepokoiła się. Gdy ponownie spojrzała na furtkę dostrzegła ją. Młoda, około trzydziestoletnia kobieta właśnie kładła dłoń na wielkiej, ozdobnej klamce. Dwa charakterystyczne zgrzytnięcia i przybyła zmierzała energicznym krokiem w stronę drewnianej chaty.  Chaty dwuizbowej z niewielkim gankiem, z którego wchodziło się prosto do kuchni. Pomieszczenie, mierzące nie więcej niż  dwudzieścia metrów pełniło też funkcję jadalni i pokoju gościnnego. Stamtąd widać było wejście do sypialni. Staruszka najszybciej jak mogła znalazła się przy drzwiach wejściowych. Entuzjazm i podniecenie malowały się na pociętej zmarszczkami twarzy. Małe oczka zaszklone mgłą radości świdrowały wejście.

- Witam pani Ludmiło - powiedziała kobieta ściągając kurtkę. - Wszystko w porządku?.- Zapytała i nie czekając na odpowiedź wzięła siatki z zakupami, minęła kobietę i postawiła je przy kredensie. Pani Ludmiła uśmiechnęła się.

- Witaj Laurko, kawa gotowa. Siadaj, napijemy się. Świeżo parzona. - Zachęcała krzatającą się opiekunkę.

- Kochana pani Ludmiło. Nie dzisiaj. Mnóstwo pracy mnie czeka. Może innym razem?

 Kiedy skończyła odwróciła się w stronę gospodyni i wkazała na wypakowane w pośpiechu produkty.

- Jest wszystko o co pani prosiła. - Złożyła puste siatki jedna w drugą i szybko ruszyła do wyjścia. Pani Ludmiła przyglądała się jak kobieta narzuca w pośpiechu ubranie. " To do jutro pani Ludmiło. Do widzenia" - Słowa zagłuszył odgłos zamykanych drzwi.

- Do widzenia - wyszeptała Ludmiła kuląc ramiona.

Po chwili skierowała wózek do ściany, na której wisiał kalendarz i zerwała kartkę. Trzymała ją przez chwilę, po czym zacisnęła chudą dłoń i zmiąwszy kartkę, ze złością, rzuciła  na podłogę.

Spuściła głowę i w zadumie przyglądała się jak kolejne, pojedyncze krople, skapują na grzbiety dłoni, a potem szukają drogi w labiryntach grubych, splątanych żył.

Do Świąt Bożego Narodzenia pozostało niewiele. Pani Ludmiła tęsknie spoglądała w okno, za którym puchata pierzynka przykryła wszystko co znajdowało się w zasięgu wzroku kobiety. Olbrzymi, stary klon stał dumnie, cały w bieli, jedynie co cieńsze gałązki, poruszone wiatrem, zrzuciły z siebie delikatną bielinkę. Kolejne dni, kolejne wizyty, kolejne zimne kawy. "Dziś nie mogę, pani Ludmiło", "Dzisiaj nie dam rady.", "Może jutro?"... Bezradnie rozłożone ręce młodej opiekunki i małe, tęskne oczy pani Ludmiły. W kącie pomiędzy oknem, a kredensem piętrzyła się góra zmiętych kartek z kalendarza. Nie pozwoliła ich ruszać tłumacząc, że to symbol upływającego czasu.

"Jutro Wigilia" Cieszyła się pani Ludmiła zerkając w kalendarz. Cieszyła się, bo miała już wszystko wyszykowane. Czerwoną ceratę w kratkę zamieniła na własnoręcznie haftowany obrus. Na nim, zamiast szklanek i plastikowej cukierniczki, leżało porcelanowe nakrycie na trzy osoby. Koniecznie trzy na wypadek przypadkowego wędrowca, tłumaczyła sobie kobieta.  Misterne różyczki na porcelanie po pieczołowitym wypolerowaniu lnianą ściereczką, lśniły jak nowe. "Jutro Wigilia". pani Ludmiła uśmiechała się, wyjmując z szafy ubranie. Powiesiła je na krześle i ponownie sięgnęła do szafy. Ostrożnie postawiła sobie na kolanach, drewnianą, rzeźbioną szkatułkę. Przyglądała się jej  kilka minut zanim pojechała do kuchni by ją przetrzeć. Lnianą ściereczką, tą samą, którą wcześniej czyściła porcelanę. Po chwili ze złością rzuciła szmatkę, zakryła usta dlonią i zachichotała. Chichot zamienił się w spazmatyczny szloch. Jutro. Jutro Wigilia. Przecież w takim dniu nikt nie może być sam.

Pani Laura zjawiła się punktualnie, jak co dzień. Jak zwykle postawiła siatki z zakupami i zdjęła kurtkę. Spojrzała na gospodynię. Ludmiła siedziała pośrodku izby w wąskiej strudze światła, które wlewało brudne okno, wciśnięte w drewnianą framugę. Odświętne ubranie kontrastowało z nieco zniszczonym wózkiem. Stół też wygląda jakoś inaczej, pomyślała Laura i  przeniosła wzrok na pania Ludmiłę, która nie odpowiedziała na przywitanie i nie czekała przy drzwiach. Staruszka trzymała na kolanach drewniane pudełko  przyglądając  mu się uważnie. Przechylała głowę w prawo, to w lewo wykrzywiając przy tym usta i marszcząc czoło.

- Mam dla ciebie prezent. - Podniosła wzrok na opiekunkę.

****

- To co? Dziś napijemy się kawy,  napijemy. -  Powtarzała nieustannie Pani Ludmiła, taszcząc z mozołem martwe ciało opiekunki, a potem z niemałym wysiłkiem lokując je na krześle.

 Dotknęła filiżanki z kawą.

"Jeszcze nie wystygła" Ucieszyła się, zajmując miejsce po przeciwnej stronie stołu.