Batman. Mroczny Rycerz: Rasa Panów – Frank Miller, Brian Azzarello, Andy Kubert i inni

Próba dorównania legendzie

Marek Adamkiewicz

Wątpliwości rozwieję już na samym początku – nie, „Rasa Panów”, czyli trzecia część Millerowskiego „Powrotu Mrocznego Rycerza”, nie zbliżyła się poziomem do oryginału. Jednak to było do przewidzenia jeszcze przed lekturą, zwłaszcza gdy spojrzało się na bibliografię autora, który od dłuższego już czasu nie stworzył żadnego dzieła mogącego nawiązywać do jego najlepszych dokonań. Mimo to komiks wciąż mógł okazać się całkiem satysfakcjonującą rozrywką, oferującą czytelnikom parę ciekawych wątków i pomysłów. Czy tak się stało? Myślę, że trzecia odsłona sagi przynosi kilka chwil całkiem niezłej zabawy, ale warunkiem jest wyłączenie oczekiwań.

Batman nie żyje. Podobno. Tak przynajmniej twierdzą media. Tym większe jest zdziwienie wszystkich, gdy na ulicach pojawia się osoba w stroju Nietoperza. Co więcej, jej umiejętności wydają się zbliżone do tych, jakimi dysponował Mroczny Rycerz. Czy to dawny obrońca Gotham powrócił na ulice miasta, by ponownie walczyć z panoszącą się przestępczością? Na odpowiedź nie przyjdzie nam długo czekać, a to zaledwie początek tej opowieści. Gdzieś niedaleko z więzienia zostają uwolnieni mieszkańcy kryptonijskiego Kandoru. Problem w tym, że wśród nich znajduje się niejaki Quar, despota pragnący podbić Ziemię. By go powstrzymać, siły będą musieli połączyć najwięksi ziemscy superbohaterowie, z Supermanem i Batmanem na czele.

„Rasa Panów” nie wydaje się już tak nowatorska, jak pierwsza, a nawet druga część „Powrotu” i nie jest to w żadnym stopniu tytuł, który zrewolucjonizuje całe medium, ale trzeba uczciwie przyznać, że w większej części albumu znajdziemy całkiem przyjemną rozrywkę, lepszą niż wszystkie, lub prawie wszystkie (bo chyba wyłączyłbym „Detective Comics”) wydawane obecnie regularne bat-serie. Siła rażenia pomysłów Franka Millera (tutaj we współpracy z Brianem Azzarello) nie jest już taka jak kiedyś, mimo to niektóre z nich wciąż potrafią zafascynować a zaprezentowana problematyka może niekiedy skłonić do refleksji, zwłaszcza na temat kondycji społeczeństwa. W niektórych scenach analizowana jest na przykład psychologia tłumu, a autor skłania się w widoczny sposób do opinii, że reakcje doprowadzonych do skrajności ludzi są różne i często zaskakujące, ale gdy takie skupisko zostanie odpowiednio pokierowane, stanowi potężną, choć również bardzo zmienną siłę. A to nie wszystko, bo scenarzyści poruszają też inne interesujące tematy, jak choćby zachłyśnięcie się młodej osoby radykalną filozofią.

Miller, jak to Miller, stosuje typowe dla siebie chwyty, a najbardziej znanym z nich są wstawki z mediów, pojawiające się co jakiś czas na kolejnych kartach. Ten element jest charakterystyczny dla całej serii, więc nie dziwi, że mamy z nim do czynienia i tym razem. Pewnym novum są za to w tym przypadku cytaty z mediów społecznościowych – autor idzie, jak widać, z duchem czasu, co można poczytać mu na plus. Nie boi się przy tym nawiązywać do współczesnej polityki amerykańskiej, znajdziemy tu twórczą interpretację poglądów takich osób jak Donald Trump czy Hillary Clinton i dowiemy się, co ci politycy mieliby, według Millera, do powiedzenia w sprawach dotyczących świata przedstawionego.

Istotnym elementem „Rasy Panów” musiała być kreacja samego Batmana. Jak wypadł ten element? W mojej opinii niestety nie najlepiej. Głównym problemem w tej konkretnej kwestii jest pchnięcie bohatera w zgoła nieoczekiwanym i zarazem rozczarowującym kierunku. Pozwolę sobie w tym momencie ostrzec tych, którzy albumu nie czytali, że do końca tego akapitu będą spoilery. Otóż Frank Miller postanowił zaserwować nam ordynarnie tani manewr i gdy sytuacja doszła do dramatycznego momentu, a sam Batman do ściany, okazało się, że wystarczy, by Superman dostarczył Nietoperza do Jamy Łazarza, by nasz ulubiony bohater odzyskał nie tylko siły i zdrowie, ale również młodość. Zaiste jest to jeden z najbardziej bezczelnych przykładów „deus ex machina”, jakie miałem okazję czytać i. Nie przystoi twórcy takiemu jak Miller stosować podobnych rozwiązań, a zapewniam, że nas one jeszcze bardziej rozczarują, gdy przypomnimy sobie, że ta wersja Batmana to nic innego jak tylko elseworld, a to dawało autorowi możliwość zakończenia wątku o wiele lepiej, bez oglądania się na konsekwencje w innych tytułach. Niestety, okazja pozostała niewykorzystana.

Bardzo dobrą wiadomością było dla mnie, że to nie Frank Miller odpowiada tym razem za główną część warstwy graficznej albumu. Ta robota przypadła w udziale Andy'emu Kubertowi, który wywiązał się z zadania w zadowalający sposób. Jego prace są na pewno bardziej klasyczne i konwencjonalne niż to, co zaproponował Miller zwłaszcza w „Mroczny Rycerz kontratakuje”. Przede wszystkim w pierwszej części komiksu ogląda się je z dużą przyjemnością, są klimatyczne i sensownie nawiązują do oryginalnego „Powrotu”. Poza tym na końcu każdego zeszytu znajdziemy mały suplement i tutaj już rysownicy byli inni. Jednym z nich był sam Miller, który prezentuje równie karykaturalną i pokraczną formę, jak w pierwszym sequelu „Powrotu”. Na wyżyny nie wznosi się także Eduardo Risso, który wyraźnie do Millera nawiązuje, co niekoniecznie okazuje się dobrym wyborem. Z kolej John Romita Jr. rysuje wybitnie „na odczepnego”. To zaś sprawia, że na uwagę zasługują wyłącznie poprawne prace Kuberta.

Ciągnęło wilka do lasu, oj, ciągnęło. Frank Miller nie może porzucić swojego dziecka, co nijak nie ma prawa dziwić, grunt jednak, żeby chęci dorównywały twórczej formie, a z tym jest tu odrobinę gorzej. „Rasa Panów” to kontynuacja, której nie udało się dorównać legendarnemu oryginałowi, ale przy odrobinie dobrej woli zapewni parę chwil całkiem satysfakcjonującej lektury. Razem z wydaną niedawno „Ostatnią krucjatą” stanowi dość interesującą eksplorację świata, w którym stary i zniszczony Batman stara się ze wszystkich sił dorównać własnej legendzie.

Tytuł: Mroczny Rycerz. Rasa Panów
Scenariusz: Frank Miller, Brian Azzarello
Rysunki: Andy Kubert i inni
Kolory: Brad Anderson i inni
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Batman: The Dark Knight – Master Race
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: wrzesień 2018
Liczba stron: 392
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 180 x 275 mm
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-3455-4