Prawdziwa miłość

Ocena: 
0
Brak głosów

O Matyldzie Wirskiej można było powiedzieć wszystko. No dobrze, wszystko poza tym, że to „przemiła staruszka”. Od ponad 80 lat żyła w domku położonym tak bardzo na skraju wsi, że właściwie była już teraz Leśną Babą. Dzieciaki za plecami nazywały ją wiedźmą, a w twarz grzecznie mówiły „dzień dobry, pani Wirska”. Ot, życie.

Zbierała zioła, karmiła kozy, grała nocami w „Diablo”, a popołudnia spędzała na ganku z książką albo robótką.

I to mieszkanie w lesie byłoby miłe i wygodne, gdyby nie comiesięczne trzydniowe (trzynocne?) wilcze koncerty. A nawet wilkołacze. Niewiele osób słyszało ten lekki dysonans, gdy wycie wydobywało się z częściowo ludzkiego gardła. Ale Matylda żyła już na tyle długo i słyszała tyle wilczych watah, że ten pojedynczy głos przebijał się nawet przez parę szczelnych słuchawek. Dziwnie znajomy głos.

A mówiła, że wnuk Genowefy to nie jest dobry człowiek. Ale, oczywiście, kto będzie słuchać szalonej staruszki.

Z westchnieniem wstała z łóżka, założyła szlafrok i kapcie z króliczkami. Z pokoju gościnnego wzięła haftowany w maki szlafrok. Rozejrzała się po pokoju, nie do końca pewna czy ma wszystko, czego mogłaby potrzebować i z ciężkim sercem wyszła na ganek.

 

– Dość tych koncertów! Tu się próbuje spać! – Powiedziała głośno. Spojrzała w mroczny zarys drzew. Nie musiała długo czekać, po kilku minutach z lasu wybiegł wilkołak.

Nieszczęsne stworzenie nosiło wszystkie znamiona klątwy. Przekrwione, dzikie oczy, splątana sierść, zmierzwiona i brudna, chaotyczne ruchy, spazmatycznie zaciskane pazury u łap, które powinny być dłońmi. Klątwa odbierała stworzeniu świadomość i człowieczeństwo, obnażając najgorsze cechy ludzkości i maskując je jako instynkt drapieżnika.

 

– Leonoro Klementyno Wirska! – Głos Matyldy poniósł się po polanie dźwięcznie. – Proszę natychmiast zaprzestać tych ekscesów!

 

Wilkołak zatrzymał się w pół ruchu, niepewny, niezdecydowany. Matylda powoli zbliżyła się do potwora i zarzuciła mu na ramiona haftowany w maki szlafrok.

 

– No i patrz, tak to jest jak się zadajesz z nieodpowiednimi ludźmi. Mówiłam Ci, że ten chłopak jest jakiś dziwny. Ale nie, ty wiesz lepiej. No i masz. Zrobię ci herbatki, z dziurawca. Pewnie się jakiejś surowizny najadłaś, herbatki się napijesz, to cię brzuch nie będzie rano bolał. – Mruczała uspokajająco w złocistorude włosy wnuczki. Rano wszystko będzie dobrze.