Puls

Ocena: 
0
Brak głosów

Lenifas opadł ciężko na schody. Skrył twarz w dłoniach, lecz jego myśli nie mogły uciec od powiększającej się kałuży krwi. Intruz leżał martwy, zabity celnym uderzeniem w głowę. Narzędzie zbrodni nadal ociekało posoką, lepkie jak dusza mordercy.

– Nie. Nie jestem zabójcą. – Gospodarz odezwał się, byle tylko usłyszeć czyjś głos. Czuł zimno. Za każdym cholernym razem, gdy musiał to robić.

Wziął się w garść. Obrócił nieboszczyka na plecy, odsłonił zastygłą w przerażeniu twarz. Te same brązowe oczy, zakrzywiony nos i wąskie usta, dokładna kopia właściciela domu. Siedemnasty trup. Czwarty, licząc od początku tego miesiąca.

– Nie zabiłem. Był mną. Mogę być tylko jeden – zarzekał się kapłan, pakując ciało do worka. Wioskowy rzeźnik pokroi je, a potem przekaże chłopom na kompost. Materia pochodziła zza Węzła i nie należało spożywać jej bezpośrednio. Mimo to nie mogła się zmarnować.

Mijał piąty cykl, od kiedy ojciec Len przejął schedę po starszym duchownym w osadzie Mitras. Uważał to za dar od bogów Hexagramu, wymarzoną emeryturę z dala od miast pełnych intryg. Po kilku latach spokoju niedaleko wioski pojawił się jednak ten przeklęty Węzeł. Drzwi do nieznanych światów. Zwiastun Koszmarów.

Jako powiernik bożych łask, Lenifas wyczuł wyrwę w rzeczywistości i natychmiast wysłał gońca do miasta. Posłał po paladyna, lecz żaden nie odpowiedział na wezwanie. Na ratunek przybył jedynie zakonny rycerz z Eliaraganu, skory do zabijania nieczystych bytów z Drugiej Strony.

Niestety przejście wypluwało z siebie najgorszy rodzaj potworów.

Ludzi.

Idąc drogą do rzeźnika, kapłan starał się nie zauważać innych osadników zmierzających w tym samym kierunku. Jedni ciągnęli taczki, inni wykorzystywali do przewozu zwierzęta. Towar pozostawał niezmienny.

– Dobrze, że nas ostrzegłeś, ojcze – zagadnął barczysty pasterz, zrównawszy się z Lenem. Parobek taszczył za sobą wózek, na którym również spoczywało ciało. Ubrane w wymiętą koszulę i poplamione spodnie nie różniło się niczym od oryginału.

Duchowny długo spoglądał na towarzysza posępnym wzrokiem. Zachęcony skinieniem mężczyzny również zrzucił bagaż na skrzynię. Otarł pot z czoła, ostatni raz spoglądając w oblicza martwych sobowtórów.

– Pomagam jak mogę – odparł sucho. Zanim następował Puls, okolicę wypełniała nienaturalna cisza, przepowiadając wzbierającą falę. Jako kapłan, Lenifas od razu wychwytywał tego rodzaju zmiany. To dzięki niemu właściwi mieszkańcy Mitras byli zawsze gotowi na przybyszów. Na mord.

Znowu tak to określił w myślach. Przecież to nie morderstwo. Istoty z Węzła przybierały postacie osadników, aby uciec przed wzrokiem bogów. Krwawiły jak zwykli ludzie. Błagały o litość jak ludzie. Jednak wciąż pozostawały potworami.

– Ojcze, potrzebujemy cię na dziedzińcu – oznajmił młodszy syn kowala, kiedy tylko odnalazł Lena. – Należy zmówić modlitwę.

Pasterz nie zatrzymywał kapłana, wręcz nalegał, aby ten zostawił swoją kopię w jego rękach. Jedni zmarli byli w końcu ważniejsi od drugich.

 

Rude włosy dziewczyny pachniały krwią i ziemią. Kiedy wraz z rzemieślnikiem przenosili zwłoki na stół, nikt nie wypowiedział ani słowa. Śmierć rodziny opłakiwano milczeniem.

– Kopia dopadła ją w ogródku – tłumaczył starszy syn, podając kapłanowi olejek do namaszczenia.

– Skąd wiecie, że ta jest prawdziwa?

– Widziałem całe zajście – zarzekał się kowal. Dłońmi wykonywał ruchy, jakby próbował zmyć z nich winę. – Zresztą myślisz, że mógłbym nie rozpoznać rodzonej córki?

Lenifas darował sobie dyskusję. Nie pytał jak lub dlaczego młoda panna znalazła się na zewnątrz i czemu nie przyszli jej z pomocą, skoro wiedzieli którą ratować. Być może mieli więcej problemów z własnymi duplikatami.

Chciał zmówić modlitwę do bogów w ciszy, jednak krzyki fałszywej córki nie ułatwiały mu zadania. Rodzina kowala wyprowadzała ją z piwnicy, poobijaną i brudną. Gdy przelotnie ujrzała duszpasterza, zapłakała. Chciała coś powiedzieć, jednak knebel blokował jej usta.

 

Czuli jak ludzie. Stwór reagował na ból dokładnie w ten sam sposób co dziewczyna, którą duchowny znał tak długo. Z gardzieli wydobywał się jej głos. Roniła takie same łzy. A mimo to eliaragański rycerz podkładał ogień pod przygotowany stos. Pogromcy potworów słynęli z bezwzględności. Ten dodatkowo się uśmiechał.

Ojciec Len przymknął oczy. Chciał zapamiętać dziewczynę w jej momentach szczęścia. Przywołał wspomnienia, w których stawiała pierwsze kroki, cieszyła się ze szmacianych lalek, tańczyła między pobliskimi drzewami. Pragnął widzieć jej uśmiech, niczyj inny.

– Dwudziesty stos w tym miesiącu – mruknął, kiedy wojownik stanął obok niego. Teraz obaj nie spuszczali wzroku z widowiska. Jeden spoglądał na płomienie z czystego obowiązku, drugi zaś odczuwał widoczną satysfakcję, kiedy ogień smagał istotę niczym bicz. Krzyczała nieludzko, jednak przy takim cierpieniu żaden człowiek nie wydałby z siebie zrozumiałego okrzyku.

– Mają te same wspomnienia, wiesz? – zagadnął rycerz obcesowo. Rinard. Takie nosił imię. Teraz Len to pamiętał.

– Czy istnieje cokolwiek, co by nas od nich odróżniało?

– Są stamtąd. A my jesteśmy stąd. Czy ta argumentacja ci nie wystarcza, ojcze?

Nie wystarczała. Za to Rinard nie potrzebował żadnego powodu, aby skazać kogoś na śmierć w mękach. To ich różniło.

Czy naprawdę musieli stać się potworami, żeby przetrwać? Zapewniał się, że takie wyjście jest najbezpieczniejsze, że tylko to chroni ich przed tryumfem niewypowiedzianego zła. Puls następował w niemal regularnych odstępach czasu, a oni musieli podjąć pewne kroki w celu ocalenia ich małej społeczności. Paladyni nie odpowiadali na prośby. Oczyścić intruzów mógł tylko ogień.

Czterdzieści osób było obecnych przy egzekucji. Żadna nie odwracała wzroku. Musieli dać świadectwo wytyczonej moralności. Zakomunikować, że nie uznają kopii za człowieka.

– Ich pamięć działa inaczej – rzekł rycerz, przy akompaniamencie kwitnącej agonii. – Pamiętają o wiele więcej niż my. Są odrobinę lepiej wykonani pod tym względem. Lepsi niż oryginały.

Kapłan nie odpowiedział nic. Słuchał.

– To wciąż tylko teoria. Osobliwość, jaką nazywamy Pulsem, również się zmienia. Z każdą kolejną falą wiedzą więcej o tym miejscu. O wiosce.

Mrugnął zaniepokojony. Czy wojownik chciał mu coś przekazać?

– Jeżeli przybiera na sile, to tego nie zauważyłem. Bogowie pozwalają mi ujrzeć tylko cień zjawiska. Na tyle szybko, abyśmy byli gotowi.

– Uczono was tego w shinvadzkim seminarium? – dopytywał Rinard. – Słyszałem, że kapłani Hexagramu muszą wiele przejść, aby przygotować się do służby każdemu z bóstw.

– To nie tak – odparł Lenifas. – Każdy z nas byłby w stanie wyczuć zmiany w poszyciu rzeczywistości. Przez obcowanie z bogami jestem na nie po prostu bardziej wyczulony.

Rycerz roześmiał się bezbarwnie. Nie pytał już o nic.

Kiedy ogień przygasł, odsłaniając spalone truchło, duchowny skłonił głowę i odszedł w stronę kaplicy. Czuł na karku wzrok pogromcy, jak i paru innych mieszkańców wioski. Długo zastanawiał się, co może być powodem zainteresowania. Dopiero pod drzwiami zrozumiał, że ojciec Len nigdy nie uczęszczał do seminarium w Shinvadzie.

 

Padł krzyżem przed posągami Sześciu. Pytał, czy go rozpoznają, czy nadal widzą w nim sługę. Kamienne oblicza bogów pozostawały niewzruszone jego wołaniem. Tylko posadzka świątyni przypominała mu, że jeszcze żyje, wlewając w niego zimno.

Dzieci Pulsu dobrze znały wioskę i każdego jej mieszkańca. Potrafiły spoglądać w przeszłość Mitras bez większych problemów. To dlatego Lenifas przywołał obraz malutkiej córki kowala, choć przecież pierwszy raz zobaczył ją na oczy dopiero pięć cykli temu, kiedy to dołączył do tutejszej społeczności.

Czy nadal jest tą samą osobą? Nie czuł się inny, jednak w pewnym momencie musiał zamordować właściwego Lena i zająć jego miejsce. Czy zrobił to dzisiaj? A może podczas poprzednich fal? W głowie kapłana panował zamęt. W którym momencie przestał być tym prawdziwym?!

Sięgnął ku wspomnieniom sprzed przyjazdu do Mitras. Widział ich zarys, wydawały się być gdzieś na skraju zgorączkowanego umysłu, a jednak gdy przywoływał je po imieniu, nie reagowały. Poczuł przerażającą niemoc, dotknął jej i spróbował przezwyciężyć rosnący niepokój. Wciąż nic nie dało mu odpowiedzi.

Ta przyszła dopiero po minucie. Z najbardziej niespodziewanego kierunku.

– Jesteś ojciec Lenifas z Pentagory. Od pięciu lat na służbie w osadzie Mitras. – Szorstki głos rycerza wyswobadzał kapłana z okowów rozpaczy. – Wstań. Bogowie nie widzą w tobie żadnej różnicy. Inaczej już byś nie żył.

Len obejrzał się na rycerza. Skórzana rękawica spoczywała na głowicy miecza, lekko wysuniętego z pochwy.

– Wspomnienia się różnią – oznajmiła kopia kaznodziei, przełknąwszy strach. – Te stąd są najbardziej uwidocznione. Pozostałe to marna imitacja prawdziwej przeszłości.

– Wiem o tym – zapewnił Rinard. – Chciałem zadać ci zupełnie inne pytanie. – Zdjął dłoń z oręża, zauważywszy z jakim przerażeniem istota wpatrywała się w nią. – Czy pamiętasz moment przejścia przez Węzeł? Cokolwiek?

– Nie. Nie pamiętam. Kiedy zginął prawdziwy Lenifas?

– Jesteś równie prawdziwy.

– Nie igraj ze mną – syknął kapłan. W odpowiedzi dostał ten sam paskudny uśmiech.

– Naprawdę nic nie rozumiesz, prawda? Nie zabiję cię. Nie skończysz jak córka kowala, chyba że bardzo będziesz tego chciał.

– Czemu nie?

– Bo ona była prawdziwa – skwitował Rinard. Nie mówił nic więcej. Chciał, aby fałszywy kaznodzieja sam zrozumiał, co tak naprawdę działo się podczas kolejnego Pulsu. Był głupcem, myśląc, że za każdym razem mieszkańcy wygrywali starcia ze swoimi sobowtórami. Stopniowo duplikaty przejmowały role oryginałów i nikt nie był świadom tego procesu. Ta wizja była zbyt beznadziejna, aby ktoś w nią uwierzył.

Rycerz również musiał polec. Zapewne na samym początku, kiedy nie rozumiał, z czym ma do czynienia.

– Czy istnieje jeszcze ktoś…

– Oryginalny? Byłeś ostatni do sprawdzenia. Dlatego pytałem o wspomnienia z Węzła. Nikt ich nie posiada. – Pogromca podał rękę kapłanowi i pomógł mu podnieść się z ziemi.

– Wszyscy zostaliśmy podmienieni – nie dowierzał Lenifas. – A nikt nie wie dlaczego.

Czy sobowtór córki kowala znałby cel? Len przypomniał sobie spojrzenie rodziny rzemieślnika. Pochodzili z tej samej fali. Na śmierć skazali morderczynię ich wersji dziewczyny, dlatego nie czuli do niej sympatii.

– Nie wiemy, dlaczego tu jesteśmy. Jaki jest nasz cel. Co teraz? – rzekł kapłan.

– Nic – odparł Rinard. – Czekamy na kolejny Puls.