Pantoflarz

Ocena: 
0
Brak głosów

     Szyld firmy krzyczał jaskrawymi literami. Nęcił, kusił, przyciągał uwagę ulicznej hordy potencjalnych klientów. Ogniskował przy witrynie tłumek zainteresowanych, zapoznających się z zakresem oferty, debatujących głośno o cenniku. Romana tylko odstręczał.

     Sterowanie charakterem. Wspomaganie procesów decyzyjnych. Kształtowanie jaźni. Rekonstrukcja motywacji. Zmiana wzorców behawioralnych.

     Bądź asertywny! Zrób się bezczelny! Naucz się pyskować!

     Stał niezdecydowany przed wejściem, w tłumie rozentuzjazmowanych ludzi. Wcale nie był pewny, czy tego chce. W końcu to całe… to jest gmeranie w głowie. Wbrew naturalnemu porządkowi rzeczy. W końcu jedni są tacy a drudzy siacy. Nie można wrzucać wszystkich do jednego worka, prawda? A jeśli zyskując coś, straci coś innego? Jakąś umiejętność, predyspozycję, cechę, której jeszcze nie odkrył? A która mogłaby mu się bardzo przydać w życiu?

     Chciałby po prostu móc byś sobą.

     Ale.. musiał tam wejść. Musiał, właśnie dlatego, że… musiał. Cholerna tautologia!

     Obsługa klienta była sprawna. Ledwie wszedł, ledwie zaczął się rozglądać i już, nie wiedząc jak i kiedy, znalazł się w jednym z boksów przed obliczem oczekującego nań sel-menadżera.  

     – Potrzebuję zwiększyć moją asertywność – rozpoczął łamiącym się głosem.

     – Ależ oczywiście! – Sprzedawca kipiał zawodowym entuzjazmem. – Tym się właśnie zajmujemy. Słyszał pan on nas, tak? Kilka miesięcy na rynku a jakie efekty! Rzesze zadowolonych klientów! Niech się pan przyzna, to pana skusiło?

     – Właściwie, to… żona mi kazała. – Słowa przychodziły Romanowi z trudem. – Kilka razy były w firmie awanse, jestem doświadczonym pracownikiem, ale zawsze jakoś inni… Ona uważa, że jestem zbyt spolegliwy, że nie umiem się postawić. Że w domu też jestem... Że czas bym wreszcie zarabiał więcej od niej. Więc przyszedłem, bo…

     – Bo panu kazała, a pan nie umiał odmówić! Doskonale. Nauczymy pana tego – Sprzedawca wyciągnął z przegródki kilka dokumentów. – Czyli zdecydowany? Cennik pan zna? Oto umowa do podpisania. Proszę zwrócić uwagę na tę klauzulę, o – tutaj! Dodatkowy podpis. Że zwalnia pan nas od odpowiedzialności za nieprzewidywalne skutki zmiany osobowości.

     – To może się nie udać?

     – Ależ nie. Zawsze się udaje. Może to wyjść w różnym stopniu… wie pan, to zależy od dokładności wypełnienia testu, skuteczności profilu, jaki wykonamy i od odpowiedniej kalibracji hipnotera. Czasem efekty są silniejsze a czasem słabsze. Ale zmianę na pewno pan odczuje, gwarantuję! Musi pan tylko wypełnić formularz z zaznaczeniem zmian, które mamy wykonać. I proszę wypełnić ten teścik, tylko cały!

     – A gdzie mogę…

     – Na początku sali są stoliki i wygodne fotele. Potem proszę wrócić do mnie.

     Roman usiadł we wskazanym miejscu. Szybko przejrzał test. I zdębiał.

     Sześćset pytań! Jak Pan/Pani się zachowa w takiej sytuacji? A w takiej? Co Pan/Pani zrobi gdy staruszka nadepnie Panu/Pani na nogę? A jak Pan/Pani zareaguje, gdy mąż/żona pogrozi Panu/Pani nożem? Co Pan/Pani odpowie współmałżonkowi obwiniającemu Pana/Panią o brak benzyny w baku? Jak Pan/Pani zareaguje na histerię swego dziecka w sklepie zabawkowym?

     Kilkanaście podobnych Romanowi mrówek pracowicie przekładało kartki i zakreślało pola. Muszę – pomyślał. I zabrał się do pracy.

     – Ochujaliście!? Mam wypełnić to wielkie gówno? Chybaście na łby poupadali!

     – Ależ proszę się nie denerwować. – Gardłującego się nieopodal klienta mitygował pracownik firmy.

     – Jak mam się, kurwa, nie denerwować? Przecież to jest grubsze od katalogu samochodowego. Ja książek nie czytam!

     – Pana reakcja świadczy, że nie potrzebuje pan naszej usługi. Dostanie pan bezpłatne zaświadczenie. Policyjne kadry je honorują.

     Uspokojony już prawie dwumetrowy bysio pomaszerował energicznie do boksu sprzedawcy.

     Chcę taki być – rozmarzył się Roman. Właśnie taki. Bezpardonowy, wręcz bezczelny! Wykłócić się o swoje. Ja to takiemu chamowi ludzie ustępują. A przecież – ja też mogę!

     Tylko wypełnić ten test…

* * *

     – I jak, Romek, i jak? Udało się? – Bożena wpadła do domu jak burza. – No jak? Ile dostałeś?

     Jej małżonek siedział na kanapie zapatrzony w dal. W jego dłoni tkwiła otwarta i chyba zapomniana butelka piwa.

     – Trzy tysiące – odparł pozbawionym emocji głosem.

     – Podwyżki?! – Bożena wzniosła triumfalnie ręce.

     – Nie, odprawy. Wylali mnie. Bo pokazałem, że mam swoje zdanie.

     – Romuś… – Bożena rzuciła torbę i siadając, przytuliła mocno męża. – Nie martw się kochanie. Będzie dobrze. Znajdziesz lepszą pracę. Właśnie dzięki temu, że teraz potrafisz być niezależny. Jeszcze im pokażesz!

     Pogłaskała go pocieszająco. Po czym energiczna natura wzięła w niej górę.

     – No, Romek! Bierzemy się w garść, będzie dobrze. Ja jeszcze muszę skończyć coś pracowego, a ty leć zrobić obiadek!

     – Obiadek? – wycedził Roman. – Jak jesteś głodna, to sama sobie rób… obiadek!

     Pociągnął długi łyk piwa. Przegryzł chipsem. I sięgnął po pilota.