W niebku

Ocena: 
0
Brak głosów

‒ Mamo, czy tamta dziewczynka, która się wczoraj utopiła, zostanie syrenką?

Chwila milczenia.

‒ Tak, kochanie... Z pewnością tak.

 

***

 

Z dzieciństwa pamiętam niewiele. Na tle czarnych plam przebija jednak wydarzenie, przez które na stałe wyzbyłam się złudzeń.

 

Jeśli kiedykolwiek ktoś zapytał mnie, co kocham najbardziej na świecie, odpowiadałam pewnie, że siebie, syreny i wodę. Potem następowało milczenie, jakbym się chwilę namyślała i wreszcie twierdziłam, że kocham też swoją siostrę bliźniaczkę, bo wygląda zupełnie jak moje lustrzane odbicie. Szokowało to nieco ciotki, przerażało babcię, frustrowało mamę. Tatuś tylko się uśmiechał, bo od samego początku chciał przyzwyczaić nas do wyścigu szczurów, w którym sam brał czynny udział.

I teraz, kiedy miał cięższy okres w pracy, a mama wyjechała w delegację, spakował oba urwisy w walizkę i, mimo płaczliwych protestów, wysłał do babci na wieś.

Były późne lata dziewięćdziesiąte.

Zaczęło się problematycznie. Baterie w przywiezionych telefonach i gameboyach padały jedna za drugą, a niedobra babcia gdzieś schowała torbę z ładowarką. Niepomna na łzy, tupanie i groźne grymasy na buźkach dziewczynek, pięknych jak u porcelanowych laleczek, nie chciała ustąpić.

‒ Babciu, to może pooglądamy kablówkę? ‒ Próbowałam wymusić. Druga z nas, Moniczka, tylko skinęła bródką.

Kobieta teatralnie załamała ręce i westchnęła ciężko.

‒ Nie ma kablówki.

‒ Ale jak to?! ‒ Oburzyła się tym razem Monika, by nie pozostawać w tyle.

‒ Za dwie godziny obiad. Pobawcie się na zewnątrz.

‒ Chcemy telewizję!

Babcia pozostała nieugięta. Porwała ścierkę z pieca i zamachnęła się na jedną z nas. Nie trafiła, nie chciała. Przysiadła i położyła kawałek materiału na kolanach, przysunęła bliżej stojącą na regale misę z fasolą szparagową.

‒ Telewizor się zepsuł, może jutro przyjedzie majster. Idźcie na dwór, pobawcie się w coś.

‒ Ale w co? ‒ Moniczka rozłożyła ręce.

No tak, miejskie dzieci, pomyślała zapewne babcia, przewracając oczami. Jak im czego nie podpowiedzieć, to będą się tępo gapiły w ścianę i tłukły patykami o ziemię.

‒ Wiecie, jak byłam kiedyś mała, to nie miałam telewizora. ‒ Efekt osiągnięty. Spoglądała na dwie rozdziawione, zaciekawione buźki.

‒ A co miałaś?

‒ Niebko.

‒ Co to niebko?

Babcia poprawiła fartuch. Łuskając fasolę, zanurzyła się we wspomnieniach.

‒ W dzieciństwie z koleżankami tworzyłyśmy swoje sekretniki. Dołek wyściełałyśmy folią lub staniolem, na tym układałyśmy ładne rzeczy i nakrywałyśmy szkłem, które przysypywałyśmy ziemią, a zadaniem innej osoby było odnalezienie naszej tajemnicy. Niebko to taka mała wiadomość, o wiele ciekawsza niż seriale z Polsatu.

‒ A czy my możemy zostawić ci taką wiadomość? ‒ Rozochociłam się. W głowie szalało mi ponad tysiąc różnych pomysłów. Tyle kwiatków i kamyków na zewnątrz, tyle patyków, tyle... wszystkiego.

‒ Możecie.

Więcej do szczęścia nie było nam trzeba. Jak z procy wystrzeliłyśmy na podwórko przy akompaniamencie głośnych krzyków. Babcia odetchnęła z ulgą. Chwila spokoju. Przynajmniej taką miała nadzieję.

 

Długo nie mogłam zdecydować się, gdzie można ukryć tajemnicę. Kręciłam się przy stodole, przy chlewiku, ale wciąż czegoś brakowało. Zagłębienie za małe, zwierzęta za głośne, gdzie indziej zdecydowanie brakuje otoczki dla dzieła, które za chwilę miało powstać. Tak, otoczki. Tatuś mówił, że to dobre słowo.

Nagle mój wzrok padł na przykryty folią silos. Olśnienie. Wystarczyło tylko upewnić się, czy zagłębienie jest puste. I znaleźć szkło.

Poszło gładko.

 

‒ No nie wierć się! ‒ fuknęłam na Monikę, gdy ta po raz kolejny zrzuciła z siebie mozolnie zbierane z ogródka babci kwiaty. Jeśli zniszczy i te, z pewnością nie zerwę nowych niezauważona. A ochrzanu bym nie chciała.

‒ Ale... ‒ próbowała protestować.

‒ Siedź cicho! Już kończę. Jeszcze tylko trochę wody...

‒ Ale!

‒ Będę liczyć do stu. Nie ruszaj się. Jak się nie poruszysz do momentu, aż skończę, dostaniesz gameboya pierwsza. Umowa stoi?

‒ Stoi. ‒ Wydawało mi się, że to słowo wydostało się na powierzchnię wraz z bąblami.

‒ Raaz... dwaaa... trzyyy...

Nie umiałam jeszcze liczyć. Wydawało mi się, że to bardzo długo, dlatego pognałam do stodoły. W myślach próbowałam wyliczać kolejne liczby. Nie wiem, czy przysnęłam na sianie. Najprawdopodobniej.

Gdy się ocknęłam, pobiegłam po babcię. Musiałam pokazać jej swoje niebko.

Nie sądziłam nawet, że nie zrozumie.

Z początku szukała niechętnie, ponaglana przeze mnie rozglądała się przy płocie, potem ruszyła w stronę chlewików. Strasznie się ociągała, o czym co rusz jej przypominałam. Nie mogłam czekać!

Wreszcie znalazła. Wdarła się do mojego sekretnika z krzykiem bestii i po chwili wyszarpnęła z niego mokrą Monikę, która się nie ruszała.

 

Babcia tuliła do siebie bezwładną bliźniaczkę i szlochała. Pomstowała, że nas nie upilnowała.

‒ Babciu, wciąż nie poznałaś wiadomości ‒ wtrąciłam nieśmiało, gdy na moment ucichł lament starszej kobiety.

‒ Wiadomości?! Czy ty dzieciaku masz w ogóle rozum?! Co za wiadomość  niby zamierzałaś mi przekazać?

Wzięłam głęboki oddech.

‒ Jak dorosnę, to będę ładniejszą syrenką od Moniki.