Plaga

Ocena: 
10
Average: 10 (1 vote)

Po raz pierwszy zobaczyła go przy studni. Już wtedy nie była w stanie oderwać wzroku od jego jasnych włosów i bladej, niemal przezroczystej skóry. Nigdy wcześniej nie widziała w Tangierze kogoś takiego jak on. Wydawał się zbyt czysty, zbyt nieskazitelny na zakurzone, rozgrzane do białości ulice. Nie miał nawet kapelusza ani chusty, żeby osłonić się przed palącym słońcem. Zaoferowała mu wodę z czerpaka, uprzejmie jednak odmówił. Miasto przesiąknięte było zapachem pyłu, akacji i eukaliptusów. I czymś jeszcze, czego nie wyczuwała chwilę wcześniej, a co przywędrowało tu wraz z nim.

– Poczekaj – powiedziała. Zdjęła przytrzymującą włosy chustę i zanurzyła ją w wiadrze, po czym zbliżyła do jego twarzy. Skóra wydawała się papierowo sucha i chłodna w dotyku. Ktoś taki jak on nie będzie przecież chodził spocony i uwalany tłuszczem jak byle handlarz z targu. W pierwszym momencie chciał odtrącić jej rękę, kiedy jednak zignorowała to, znieruchomiał, zaskoczony i zbity z tropu.

– Kim ty jesteś?

Nie odpowiedziała, nagle onieśmielona. Co też sobie myślała. Nie powinna go dotykać, nie w taki sposób. To pewnie jakiś szlachcic albo nawet książę z daleka. Ona była kim była. Szkoda gadać.

Szybko wycofała rękę, on jednak ujął ją w swoje jasne, pozbawione odcisków dłonie. W jego lodowato błękitnych oczach czaiło się zdumienie, stopniowo zastępowane przez lęk. I pożądanie. Pożądanie, które tak dobrze znała. Widziała je codziennie w oczach tylu mężczyzn.

Nieznajomy wziął głęboki oddech. Jego szczupłe ramiona zadrżały.

– Jak? Dlaczego? Ty… powinnaś przecież… Nigdy nie spotkałem kogoś takiego jak ty – zadeklarował.

Zerknęła na stojące pod jej nogami wiadro. W tafli wody odbijała się oliwkowa twarz okalana przez czarne, spływające na ramiona loki. Owszem, wiedziała, że miejscowi są gotowi zapłacić każde pieniądze za kilka godzin w jej towarzystwie, ale cóż z tego? Brudne, śmierdzące czosnkiem stare capy. Gdy nie mogli mieć jej, zadowalali się pierwszą z brzegu dziewczyną i wcale nie byli wybredni. Nie widziała w swoim odbiciu nic, co mogłoby aż tak zafascynować księcia z dalekiej krainy. Nie wyróżniała się ani odcieniem cery, ani kolorem włosów. Jedynie oczy – błękitne, jaśniejsze niż u innych dziewczyn z miasta – mogły budzić pewne zdziwienie. Nie rozumiała. Jeszcze nie.

– Dziękuję ci. – Przyjął z jej dłoni chusteczkę i starannie otarł twarz. – Powiesz mi może, jak trafić na targ?

Wskazała właściwy kierunek, wciąż wpatrując się w przybysza jak zahipnotyzowana. Chciała spytać, kim jest, jakiego kraju jest księciem i czy wyjeżdżając zabierze ją ze sobą, nie zdążyła jednak. Odszedł równie niespodziewanie jak się pojawił. Podniosła pełne już wiadro i ruszyła w stronę gospodarstwa, w którym pomagała w zamian za dach nad głową i strawę. Nie chciała jeszcze tracić jasnowłosego księcia z oczu, ale nie zwykła biegać za mężczyznami. Przeczucie mówiło jej, że jeszcze się dziś spotkają. Poza tym wciąż miał ze sobą jej chustę.

 

Do tej pory pamięta tętniący życiem targ w Tangierze. Pamięta ściekający po brodzie sok z opuncji, woń cynamonu, kolendry i szafranu, i wciskający się w oczy dym buchający ze straganów z pieczonym mięsem. Handlarzy nawołujących, by kupować, zanim ceny wzrosną. Osły rżały, egzotyczne ptaki przekrzykiwały się w klatkach, bezpańskie koty i psy przemykały się między straganami w poszukiwaniu łatwych zdobyczy. Kochała to miejsce.

Wychowała się w zaułku obok placu targowego, tutaj uczyła się wszystkich swoich drobnych czarów i sztuczek, wśród tych straganów znalazła pierwszych kochanków. I znalazła też wreszcie jego – jasnoskórego i jasnowłosego. Szukał kobiety na noc, a na targowisku wszystkie drogi prowadziły do niej.

– Więc to ty jesteś Hal – powiedział, widząc ją siedzącą na brzegu posłania w wynajętej przez niego komnacie.

–  Pytałeś o mnie.

–  Pytałem o kobietę gotową ogrzać moje łoże i dać mi rozkosz za pieniądze. Podobno jesteś w tym najlepsza.

–  Podobno.

Podszedł bliżej i pochwycił kosmyk jej ciemnych, wijących się włosów między blade palce.

–  Nie ukrywam, że cieszę się, że z pewnych względów wskazali mi ciebie.

Lekko musnęła ustami czubek jego ucha.

– Wciąż masz moją chustę. Lubię ją.

Nigdy nie spotkała tak wygłodniałego mężczyzny. Nie chodziło o gwałtowność czy wynaturzone fantazje. Wszystko w nim było głodne – wzrok, pocałunki, ręce zaciskające się na jej karku i ramionach. Zachowywał się jak ktoś, komu po latach głodówki podsunięto pod nos kęs jedzenia.

– Spokojnie – szeptała mu na ucho, tak, jakby zwracała się do takiego zagłodzonego nieszczęśnika. – Spokojnie. Powoli, mamy czas. Noc jest długa.

Nie zasnęli ani na chwilę. Gdy opadali z sił, karmiła go pomarańczami i opowiadała bajki z wybrzeża i jeszcze dziwniejsze baśnie z pustyni. Próbowała dowiedzieć się, skąd przyjechał i jakie baśnie opowiada się w jego kraju, milczał jednak, od niechcenia przesuwając dłońmi po jej ciele. Nie przypominały niczym dużych, ciepłych dłoni handlarzy i pasterzy. Były drobne, gładkie, niosły ze sobą wrażenie chłodu.

– Dziś wyjeżdżam – zakomunikował, gdy przez ciężkie zasłony prześlizgnęły się pierwsze promienie słońca.

Leniwie przeciągnęła się, mrużąc oczy w smudze światła.

– Nie podoba ci się tutaj?

– Jeden dzień i jedna noc w zupełności wystarczą, i mnie, i temu miastu.

Zmarszczyła brwi, nie bardzo rozumiejąc, co ma na myśli.

– Wrócisz tu jeszcze?

– Być może. Za jakiś czas. Teraz jednak moja praca tutaj jest skończona, muszę ruszać dalej.

 

Dopiero później, wiele godzin po jego wyjeździe zrozumiała, co znaczyły te słowa. Dopiero kiedy wszyscy jej kochankowie jeden po drugim przestawali jeść, dręczeni dziwną, nieznaną chorobą. Kiedy wymiotowali i krwawili z obu stron, gdy tylko usiłowali przełknąć choć kęs owocu. Nie dotknął ich nawet, wystarczyło, że chodził tymi samymi uliczkami i oddychał tym samym powietrzem.

Dopiero wtedy dotarło do niej, dlaczego dziwny, jasnowłosy mężczyzna tak ucieszył się na spotkanie z nią. Powinna była umrzeć już wtedy, przy studni, gdy musnęła jego twarz opuszkami palców.

Cóż, przynajmniej raz w życiu miał okazję obudzić się obok żywej kobiety, nie tkniętej nawet przez plagę, której był wcieleniem.  

 

Cóż, przynajmniej raz w życiu miał okazję obudzić się obok żywej kobiety, nie tkniętej nawet przez plagę, której był wcieleniem.