O północy

Ocena: 
8
Average: 8 (1 vote)

Drzwi otworzyły się z trzaskiem, a do pokoju na piętrze salonu wparował kowboj. Trzymał pod pachą dłoń, celując nią prosto w pierś mężczyzny leżącego na łóżku w objęciach dwóch kobiet. Ponętne damy do towarzystwa pisnęły w panice i schowały się pod kołdrą.
– Wreszcie cię dopadłem, Czarny Jimmy. Choć może powinienem powiedzieć: Janie Czarnocki?! – Kowboj charknął i splunął na ziemię wymawiając imię delikwenta. – Myślałeś, że ujdzie ci to płazem? Że nie dowiem się, kim jesteś, europejski dupku? Zrobiłeś sobie polowanie zarówno na moje bydło jak i na moich ludzi. Moich, pies ci matkę i tak dalej synie, ludzi! Rada wydała na ciebie wyrok śmierci.
Jan nie krył zaskoczenia. Prawda, zabawił się trochę w Friendblood, ale to były niewinne wybryki. Dziwił się, że ten pastuch ścigał go tyle mil na zachód. Niby sprawa personalna, ale po cholerę wciągnął w to Radę?
Raptem domyślił się, dlaczego go ścigano. Syknął wściekle. Miał ochotę wyrwać serce zarówno temu idealistycznemu idiocie, jak i jego starszym. Jednak tym, co najbardziej zdenerwowało Jana, był fakt, że obcy znał jego prawdziwe imię. Oficjalnie Jan Czarnocki umarł, a jego prochy rozsypano w lasach Podlasia. W Nowym Jorku pojawił się jako ktoś zupełnie inny – Jimmy Black, kolonista chcący osiedlić się na zachodzie Ameryki. Zastanawiał się kto go wsypał? Może któryś ze starszyzny tego pastucha znał go za poprzedniego życia? Możliwe, ale najważniejsze musiał pozbyć się zagrożenia.
– I dopadłeś mnie, odszczepieńcu. Tylko na cholerę ci to było? Jechać taki kawał drogi aż tu, do granicy z Kalifornią? Rozumiem, może lubiłeś którąś krówkę albo dziwkę. Ale bądźmy cywilizowanymi wampirami.
– Nie twoja sprawa, europejski śmieciu. Tu mamy inne zasady i albo się dostosowujesz, albo giniesz. W większości to, co robiłeś tam, tu jest niedopuszczalne. Jakieś ostatnie życzenie?
– Tak. I jednak starego kodeksu nawet wy musicie przestrzegać. Wyzywam cię na pojedynek i nie możesz odmówić.
– Pojedynek? – prychnął kowboj. – Dobra, ale oczywiście na amerykańskich zasadach. Żadnych szpad, mieczy czy innej tandety. Tylko broń miotana. Czekam o północy przy wschodniej granicy miasta.
Kowboj splunął jeszcze raz, po czym wyszedł zostawiając Jimmy’ego i kobiety samych.
– Wynoście się – powiedział cicho mężczyzna, a dziwki usłuchały. Wybiegły z pokoju zabierając ze sobą swoje rzeczy.
Czarnocki wstał i westchnął ciężko. Gdyby nie osikowy kołek wycelowany w jego serce, to nigdy nie zgodziłby się na coś takiego. Naprawdę, jak można za kilka zarżniętych krów i spożytych ludzi z miasteczka tak się mścić? Ci amerykańscy idealiści wymyślili sobie, że będą pili krew zwierząt. Zwierząt! I on, Szlachcic Przenajświętszej Rzeczypospolitej oraz wampir od półtora stulecia, miałby się na coś takiego godzić?
Jan uderzył pięścią w ścianę. Koniec z nowym życiem. Pokaże miejscowym, co to znaczy być wampirem. Zwłaszcza dzieciakom mającym ledwo co krew pod nosem.
Wstał i zaczął się ubierać. Gdy tylko przyszło do wyboru broni, odrzucił rewolwery na bok. To była broń na ludzi, na wampiry potrzebował czegoś innego. Zszedł do stajni. Czarny jak smoła koń o czerwonych oczach zarżał głośno, gdy zobaczył swego pana. Czarnocki poklepał go po szyi i sięgnął do sakw. W środku była kusza z wypolerowanego drewna. Stara broń przystosowana do nowych, barbarzyńskich czasów. Napiął cięciwę i w miejsce bełtu wsadził osikowy kołek.
Spotkali się w umówionym miejscu. Kowboj już na niego czekał.
Stanęli naprzeciwko siebie i spojrzeli sobie w oczy. Zasady amerykańskich pojedynków były proste. Trzeba było strzelić i, korzystając z nieludzkiego refleksu, jakim dysponowały wampiry, uniknąć pocisku przeciwnika. Haczyk tkwił w jednym szczególe. Ich kusze wzmocniono zaklęciem przyspieszenia, aby osikowe kołki latały z prędkością równą ołowianym pociskom z rewolwerów.
Obaj chwycili mocniej kusze za kolby. Dookoła słyszeli jedynie wiatr ganiający w oddali splecioną w kulę wyschniętą trawę. Czekali aż rogalik księżyca znajdzie się tuż nad ich głowami. Jan wyszczerzył zęby ukazując wyrośnięte kły. Jego oponent stał skupiony i czekał na odpowiedni moment.
Wtem podnieśli broń, cięciwy zaśpiewały pieśń śmierci, a potem nastała cisza. Kowboj złapał dłonią osikowy kołek, który był dosłownie centymetr od środka jego piersi. Jan padł na ziemię. Kawałek drewna wystawał z miejsca, gdzie miał serce. Żył, ale nie mógł się ruszyć. Osikowy kołek może i wampira nie zabije, ale sparaliżuje, póki nikt go nie wyciągnie.
Kowboj chwycił mocniej kołek, po czym wbił go między nogi Jana. Popłynęła krew, która ciurkiem spływała na suchy piasek.
– Tak robimy w Ameryce. Wasze stare zasady nie mają tu miejsca – powiedział na pożegnanie, a potem odjechał na wschód, zostawiając Czarnockiego samego.
Nad ranem w miejscu gdzie leżał wampir została tylko kupka popiołów.