Biały wilk

Ocena: 
10
Average: 10 (2 votes)

Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za siedmioma lasami, morzami, klifami i dolinami, w lewo za placem budowy nowego Kauflandu (poznacie po tablicy informacyjnej – otwarcie już 1 listopada!) i ledwie rzut kamieniem od planowanej autostrady, była sobie kraina mlekiem i miodem płynąca. Dostatnia a spokojna, żyzna i bogata. No, jakieś małe zamieszki czasem, kilka aut spłonie, wiadomo, jak to jest, gdy się czarnuchom i brudasom tanie wino znudzi, to się biorą za łby. Ale poza tym, przysięgam – spokój i cisza!

W centrum tej krainy (niedaleko dealera Skody, jakbyście szukali) rósł las. Ani mały, ani wielki, ot taki – w sam raz. Mroczny był, gęsty, ciemny niczym myśli nauczyciela po wypłacie. Taki właśnie.

W lesie owym żył sobie, pośród swych pobratymców, wilk, wielki i zły. Okrutnik był z niego, że hej, moczymorda zawołany, hultaj i warchoł. Typowy znaczy. Cóż on czynił? Miesiączka nie starczy na takową relację, choćbym i cięgiem opowiadał.

A to zwierzątko niewinne zeżarł… Jedno? Gdzież tam, potrafił huncwot między owce wleźć, pakty pozawierać, że niby żreć nie będzie, a potem wyjadać po jednej i się na te… wyjątki w umowie powoływać. Głupi to on nie był. Albo też dziewki nagabywał, w krzaki ciągnął, bywało – wianek zerwał, charakternik. A jak się jedna, Kapturek jej było, poskarżyć straży chciała, to i jej babci na cześć nastawał, póki dziewczę nie odpuściło. Tu rozróbę w pabie zrobił, tam burmistrzowi do auta naszczał. Hulajpartię zebrał i tak szaleli, że tegoż lasu cała okolica spokojna nie była. Kawał chu… hultaja był z niego, powiadam wam.

Wilk ten, nie dacie wiary, razu pewnego zapragnął odmienić swój żywot na lepszy. Dość miał bijatyk, zatrzymań na czterdzieści osiem i grzywien w sądzie grodzkim. Dość mu było łez na niewinnych twarzyczkach. A najbardziej chyba wiecznego obsmarowywania w bajkach i legendach. Basta! Zapragnął być dobry.

Mówili, z drzewa spadł. Mówili, koń w łeb kopnął. Mówili, linia wysokiego napięcia na grzbiet spadła zeszłej zimy, jak to przy mrozie i śniegach słupy jak zapałki trzaskały na wichurze. Ale w to nie wierzcie, łeż to. Ja w energietyce pracował to wiem, jak by go taka po kręgosłupie połechtała, to by se to życie zmienił nad wyraz radykalnie. I ostatecznie, tylko by się truchło spalenizną cuchnące ostało. Już prędzej ten koń, dumam, bo wilk pasjami lubiał po pijaku w pobliskiej szkółce jeździeckiej wałachy lżyć i wkurwiać, że jaj nie mają. Niezły sukinsyn był, powiadałem wam już, mili moi? No.

Jak wilk postanowił, tak uczynił. Pierwej zamyślił sobie barwy zmienić, co by się w społecznej świadomości kojarzyć lepiej, boć wiadomo – czarny znaczy niedobry. I się wilk calusieńki na biało pofarbował! Ostatnim swym złym uczynkiem w niedalekiej perfumerii zajumał baterię flakonów. Czego tam nie było, loreale, welle, sajosy, wszystkiego wilk na swej grzywie popróbował. Tylko palety szwarzkopfa nie brał, bo ufności nie miał, toż wiadomo – schwarz to schwarz. A jak już biały był, jako to mleko i jak śnieg czysty, bo oprócz farb też kilka szamponów mu się w perfumerii zaplątało, to się za dobre uczynki zabrał.

Owieczki, co się w pobliże czarnego lasu zaplątały, na łąki przeganiał i przed drapieżnikami bronił. Kapturkowi inną trasę wskazał i paralizator sprawił a babci wideofon narychtował. Dziatki na pasach do szkoły przeprowadzał a staruszkom zakupy robił. Koźlątkom judasza w odrzwiach wstawił. Z burmistrzem załatwił, co by blisko lasu żaden sklep licencyji na alkohol nie miał i żadnym winem nie handlował. Wilkom inakszym pogadanki czynił jak w zgodzie z naturą żyć należy. Taki był prawy. A świnkom domy pobudował, a tak się przy tym cementem zaciapał, że się znowu farbować musiał. Niezły majątek na te farby puścił, prawię wam, bo kraść już mu nie wypadało. A był sierściuch fest zarośnięty.

Co rzecz najważniejsza, nasz wilk przestał mięso spożywać. Zupełnie. Myśl o zeżarciu stworzenia bożego obmierzła mu była. Nawet MacDonaldsy i Burger Kingi łukiem omijał. Łacniej mu było zieleninki, warzywka, jagódki w lesie i makarony babuni Kapturka (zniżkę u babci miał, boć jej też sprawunki czynił). A soję to sobie prawdziwie umiłował.

I trwałaby ta sielanka do dziś pewnie, gdyby zawiść zła w sercach pobratymców nie urosła. Aż zebrali się wilcy któregoż dnia, zasadzili na białasa wracającego, jak co dzień o tej porze, z sierocińca. I spuścili mu dziesionę, łomot aż miło, prawię wam, mili moi. Za co? A za żywota utrudnianie. Za niespożyte owce, kozy, Kapturki i świnki. Za przynudzanie i wnerwianie pouczankami. A tak po prawdzie to najbardziej za psowanie reputacji wilczej. Za cały ten cholerny, czarn… znaczy się biały pi-ar. Gnaty mu połamali na drobne. I biały grzbiet wygolili na zero.

I bajki to koniec.

Morał, pytacie? A do wyboru. Że lampart cętek zmienić nie może. Alboć, że dobre uczynki się kiepsko w życiu bilansują. A tak po mojemu, to zwyczajnie – nie popłaca się być nonkonformistą, mili moi. Nie popłaca.

Niedobra bajka, prawicie? A poszli w pizdu, bo kosturem po żebrach pomacam!